Back to Stories

Samotność współczesnego Nomady

Przez ostatnie pięć lat nigdzie nie mieszkałem dłużej niż sześć miesięcy. Spędziłem 28 dni w Lizbonie, trzy miesiące na Bali i przypadkowe pół roku w centrum Las Vegas. Z zaledwie dwiema walizkami w ręku miałem szczęście nurkować w Tajlandii, zwiedzać ruiny Pompejów i śpiewać karaoke z koreańską gwiazdą filmową.

Jak twierdzi Melody Warnick, autorka nowej książki This Is Where You Belong , czyni mnie to osobą „Przeprowadzkową” przez duże „M”. Mam zresztą sporo towarzystwa: obecnie przeciętny Amerykanin przeprowadza się prawie 12 razy w swoim życiu, a w ciągu roku przeprowadza się 12 procent Amerykanów.

Jednak ciągłe przeprowadzki mają swoje wady, według Warnicka. Badania pokazują, że osoby, które lubią swoje rodzinne miasto i sąsiadów, są mniej niespokojne i cieszą się lepszym samopoczuciem . Są mniej narażeni na dolegliwości fizyczne , zawały serca czy udary mózgu , a nawet żyją dłużej . Jedno z badań wykazało, że im szczęśliwsi są mieszkańcy swojego miasta, tym lepiej prosperuje ono gospodarczo .

Warnick była kiedyś aktywistką ruchu, ale ostatecznie zdecydowała się osiedlić w Blacksburg w Wirginii. Jej książka opisuje jej drogę do „przywiązania do miejsca” – serii popartych badaniami eksperymentów i praktyk, które miały sprawić, że pokocha miejsce, w którym mieszka. Wiele z tych praktyk – od jedzenia lokalnych produktów po organizowanie wspólnych projektów artystycznych – sprowadza się do wspólnoty, przynależności i więzi społecznych. To właśnie one sprawiają, że kochamy miejsce, w którym żyjemy, co oznacza również, że możemy nauczyć się kochać niemal każde miejsce (lub przynajmniej polubić je trochę bardziej).

„Przede wszystkim relacje z ludźmi sprawiają, że czujesz się jak w domu w swoim mieście” – pisze Warnick. „Wiele moich eksperymentów z programem „Kochaj miejsce, w którym mieszkasz” zadziałało, ponieważ udało im się sprawić, że polubiłem ludzi w Blacksburg”.

Na przykład Warnick zobowiązała się kupować i jeść lokalnie, i dołączyła do grupy rolniczej wspieranej przez społeczność, robiąc zakupy w sklepach, w których nigdy wcześniej nie była, i odwiedzając targowisko. Okazuje się, że w porównaniu ze sklepem spożywczym , ludzie trzy razy częściej odwiedzają targowiska z kimś innym i dziesięciokrotnie częściej rozmawiają ze sprzedawcami po dotarciu na miejsce. Co więcej, lokalne małe sklepiki słyną z przyjaźniejszej obsługi klienta, pisze Warnick; doznała olśnienia, gdy kupiła koszulkę w sklepie deskorolkowym w Blacksburg podczas „ małżeństwa gotówkowego ”, a właściciel serdecznie jej podziękował.

„Wtedy dotarło do mnie, że ten sklep należy do prawdziwego człowieka” – pisze. „Zrozumiałam… jak to, co kupuję, wpływa na moją lokalną społeczność”.

Sąsiedzkie relacje mogą zanikać – obecnie 28 procent Amerykanów nie zna żadnego ze swoich sąsiadów z imienia – ale to nie znaczy, że są mniej ważne dla utrzymania naszego zakorzenienia. Osoby, które mają najsilniejsze więzi społeczne w pobliżu (sześcioro członków dalszej rodziny w promieniu pół godziny jazdy samochodem), są najbardziej zadowoloną i najmniej niespokojną grupą , pisze Warnick. Jedno z duńskich badań wykazało, że firma próbująca przekonać potencjalnego pracownika do przeprowadzki do nowego miasta musiałaby zapłacić mu dodatkowe 12 500 dolarów, gdyby mieszkał on obok swojej siostry. Dobre relacje z sąsiadami mogą być siłą napędową, która sprawia, że ​​zostajemy, nawet jeśli nasze miasto nie szczyci się najlepszymi restauracjami ani najniższymi czynszami.

Osoby przywiązane do miejsca zamieszkania – w przeciwieństwie do osób przeprowadzających się – chętniej angażują się w wolontariat , co jest z natury praktyką społeczną. Wolontariat może sprawić, że mieszkańcy poczują się częścią lokalnego „my”, wyjaśnia Warnick. Dołączenie do kręgu darczyńców, w którym grupy osób łączą swoje fundusze i wspólnie wybierają beneficjenta charytatywnego, to szybka droga do zaangażowania się w społeczność dla nowoprzybyłych i najemców.

Nawet projekty kreatywne, kolejna praktyka polecana przez Warnicka w celu wzmocnienia więzi z miejscem, mogą budować relacje. Nie uczymy się kochać miejsca, w którym mieszkamy, siedząc w mieszkaniu i malując piękną panoramę miasta; robimy to, organizując zajęcia plastyczne dla nastolatków lub (w przypadku Warnicka) organizując wydarzenie z kredą na chodniku. Miejsce to ludzie; nawet korzystanie z wykwintnych restauracji i rozległych parków pozwala nam nawiązać kontakt z innymi.

<a href=“http://www.amazon.com/gp/product/0525429123?ie=UTF8&tag=gregooscicen-20&linkCode=as2&camp=1789&creative=9325&creativeASIN=0525429123†>Viking, czerwiec 2016, 320 stron</a> Książka Warnicka pomaga mi zrozumieć, co przegapiłem, żyjąc na walizkach. Chociaż czuję się niesamowicie szczęśliwy, że miałem możliwość tak dużo podróżować, ciągłe przeprowadzki utrudniają mi odnalezienie poczucia wspólnoty. Kiedy mieszka się gdzieś miesiącami, wysiłek wkładany w nawiązywanie przyjaźni jest praktycznie nieopłacalny – zwłaszcza jeśli jest się introwertykiem, takim jak ja, który z chęcią pominąłby etap poznawania się w związku i bezpiecznie wylądował w komforcie intymności i głębokiej rozmowy. Po pięciu latach takiego życia jestem po prostu trochę samotny.

Po części dlatego, podobnie jak Warnick, się ustatkuję. Nadal mogę podróżować i będę, ale teraz zdaję sobie sprawę, jak ważne jest posiadanie własnego miejsca i wspólnoty. Zainspirowana jej książką, dzielnie staram się rozmawiać z ludźmi w windzie, zamiast stać w milczeniu; poczułam przypływ wdzięczności za idealną niezależną kawiarnię, którą odkryłam zaledwie kilka kroków od mojego mieszkania; i mam nadzieję, że uda mi się przekonać mojego partnera, żeby poszedł na mecz Blue Jays – jedno z najważniejszych doświadczeń wspólnotowych w Toronto – mimo że nie interesujemy się baseballem. Teraz wiem, że jeśli chcę, żeby Toronto było moim domem, muszę je takim uczynić, kierując się duchem eksploracji, doceniania i otwartości.

Niektórzy mogą pomyśleć, że jestem szalona, ​​rezygnując z podróżowania odrzutowcami, ale dla mnie wybór jest jasny: chcę przynależeć.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

4 PAST RESPONSES

User avatar
Priscilla King Sep 1, 2016

I'd say you can learn to *like* a place by working at it, but you get only one home, and it probably has to feature the subliminal pheromones of your own kind of DNA in the air, maybe even under the ground. (I hadn't thought about "under the ground" until I read it in "100 Years of Solitude," but it may well be true.) Lots of other places resemble my home, but even if they're on the other side of the same small town (you can walk all across my town in an hour), they're not *my* home. (It's the place I'm talking about, a completely separate thing from love of a person.)

User avatar
jkimwright Sep 1, 2016

I grew up in the same small town until I went to college, 16 years in the same house. I lived several places (three US states) during the years I raised my children. I gave up my house to become a full-time traveler and since 2008, I've been a nomad. The longest I've been stationary in any place was 9 consecutive months. However, I go back to the same places over and over, while also adding new places. I experience community and connection in many places, not just one. I understand some people do like to eventually find their place. Sometimes, the travel is about doing just that: finding one place to call home. I hope to continue my global circumnavigations for a long time to come.

User avatar
transcending Aug 31, 2016

Yes AND yes. We do (or can) learn to love the place where we live by sitting in our apartment and painting the beautiful skyline AND we do it (or can do it) by helping to set up art classes for teens and participating in community art making events.

User avatar
Kelly Day Aug 31, 2016

I greatly appreciated this article. I've moved 15 times (I'm 30) - and while it has mostly been within Canada, it still takes the same toll. Just when I would start to put down some roots, I'd feel like the roots were being torn out. Friendships lost, sense of community lost....it definitely has been hard on me. I don't feel grounded, and I have a ton of 'friends' from all over, but very few people I can truly count on. Thanks for the unique perspective as well as the facts. We live in a modern era where being an 'independent woman' is all the rage, and exotic trips and adventures are almost seen as a sign of success or strength whereas a simple, more domestic life is seen as boring. I crave the connection you speak of. Its nice to feel understood, and to allow myself to sink into whatever life feels full & whole - even if that life isn't so glamorous.