„Nasze życie emocjonalne odwzorowuje naszą niekompletność”, napisała filozof Martha Nussbaum w swoim błyskotliwym liście z poradami dla młodych . „Istota bez żadnych potrzeb nigdy nie miałaby powodów do strachu, żalu, nadziei czy gniewu”. Gniew rzeczywiście jest jedną z emocji, które oceniamy najsurowiej — u innych, jak i u siebie — a jednak zrozumienie gniewu jest kluczowe dla nakreślenia krajobrazu naszego wewnętrznego życia. Arystoteles, sadząc cywilizacyjne ziarno praktycznej mądrości , rozpoznał to, gdy nie pytał, czy gniew jest „dobry” czy „zły”, ale jak ma być używany: skierowany do kogo, jak się objawia, jak długo i w jakim celu.
Tę niedocenianą cechę gniewu, która odzwierciedla duszę, bada angielski poeta i filozof David Whyte w rozdziale książki Consolations: The Solace, Nourishment and Underlying Meaning of Everyday Words ( biblioteka publiczna ) — tym samym zapierającym dech w piersiach tomie „poświęconym słowom i ich pięknej, ukrytej i kuszącej niepewności”, który pozwolił nam, jak Whyte wyjaśniał głębsze znaczenia przyjaźni, miłości i złamanego serca .
David Whyte (fotografia Nicola Raglanda)
Wiele rozważań Whyte'a wywraca powszechne rozumienie każdego słowa i odrzuca to, co powierzchowne, by odsłonić głębsze, często sprzeczne z intuicją znaczenie – ale nigdzie indziej nie widać tego tak wyraźnie jak w jego eseju o gniewie. Whyte pisze:
GNIEW jest najgłębszą formą współczucia – dla drugiego człowieka, dla świata, dla siebie, dla życia, dla ciała, dla rodziny i dla wszystkich naszych ideałów, wszystkich bezbronnych i wszystkich, potencjalnie zagrożonych. Pozbawiony fizycznego uwięzienia i gwałtownej reakcji, gniew jest najczystszą formą troski, wewnętrzny, żywy płomień gniewu zawsze oświetla to, do czego należymy, co chcemy chronić i dla czego jesteśmy gotowi się narazić. To, co zwykle nazywamy gniewem, to tylko to, co pozostaje z jego istoty, gdy przytłacza nas towarzysząca mu wrażliwość, gdy dociera do utraconej powierzchni naszego umysłu lub niezdolności naszego ciała do jej utrzymania, lub gdy dotyka granic naszego pojmowania. To, co nazywamy gniewem, to w rzeczywistości jedynie niespójna fizyczna niezdolność do podtrzymywania tej głębokiej formy troski w naszym zewnętrznym, codziennym życiu; niechęć do bycia wystarczająco wielkim i hojnym, by bezradnie utrzymać to, co kochamy, w naszych ciałach lub umysłach, z jasnością i szerokością całego naszego bytu.
Ilustracja Maurice’a Sendaka do „Dziadka do orzechów” ETA Hoffmanna. Kliknij obraz, aby zobaczyć więcej.
Takie ponowne przemyślenie czyni Whyte'a nie apologetą gniewu, lecz rozjemcą w naszej odwiecznej wojnie z leżącą u jej podstaw wrażliwością, która jest w istocie odwieczną wojną z samym sobą – gdyż u jej źródła leży nasze najczulsze, najbardziej nieśmiałe człowieczeństwo. W sentencji, która przywodzi na myśl mistrzowski i kulturowo niezbędny manifest Brené Brown na temat wrażliwości – „Wrażliwość” – napisała – „to miejsce narodzin miłości, przynależności, radości, odwagi, empatii, odpowiedzialności i autentyczności”. Whyte dodaje:
To, co na pierwszy rzut oka nazywamy gniewem, jest gwałtowną, zewnętrzną reakcją na naszą wewnętrzną bezsilność, bezsilność połączoną z tak głębokim poczuciem surowości i troski, że nie znajduje ona odpowiedniego ciała, tożsamości, głosu ani sposobu życia, który by ją pomieścił. To, co nazywamy gniewem, to często po prostu niechęć do przeżycia w pełni naszych lęków lub niewiedzy, w obliczu miłości do żony, w głębi troski o syna, w pragnieniu tego, co najlepsze, w obliczu po prostu bycia żywym i kochania tych, z którymi żyjemy.
Nasz gniew wypływa na powierzchnię najczęściej wtedy, gdy czujemy, że w tej bezsilności i wrażliwości jest coś głęboko nie tak… Gniew w czystej postaci jest miarą tego, w jaki sposób jesteśmy uwikłani w świat i uczynieni bezbronnymi przez miłość we wszystkich jej specyfikach.
Wystarczy pomyśleć o van Goghu – „Jestem tak zły na siebie, bo nie mogę robić tego, co chciałbym robić” – napisał w liście, zmagając się z chorobą psychiczną – by docenić wyprawę Whyte’a poza powierzchowne wzburzenia gniewu i dotrzeć do jego najgłębszego jądra: głębokiej frustracji narastającej poczuciem osobistej porażki. (Hannah Arendt uchwyciła inny aspekt tego zjawiska w swoim błyskotliwym eseju o tym , jak biurokracja rodzi przemoc – bo czymże jest biurokracja, jeśli nie najwyższą instytucjonalizacją bezradności?)
Z niezwykłą intelektualną elegancją i wrażliwością na pełen wymiar ludzkiego ducha Whyte rzuca światło na ożywczą stronę gniewu:
Gniew, prawdziwie odczuwany w swoim centrum, to esencja żywego płomienia bycia w pełni żywym i w pełni obecnym; to cecha, którą należy podążać do jej źródła, cenić ją, pielęgnować i zapraszać do znalezienia sposobu na pełne wprowadzenie tego źródła do świata poprzez uczynienie umysłu jaśniejszym i bardziej hojnym, serca bardziej współczującym, a ciała wystarczająco dużym i silnym, by je pomieścić. To, co na pierwszy rzut oka nazywamy gniewem, służy jedynie zdefiniowaniu jego prawdziwej, ukrytej cechy, będąc całkowitym, lecz absolutnym lustrzanym przeciwieństwem jego prawdziwej wewnętrznej istoty.
Ilustracja Marianne Dubuc z „Lew i ptak”. Kliknij obraz, aby zobaczyć więcej.
W powiązanej medytacji Whyte rozważa naturę przebaczenia:
WYBACZENIE jest bolesne i trudne do osiągnięcia, ponieważ, o dziwo, nie tylko odmawia usunięcia pierwotnej rany, ale wręcz przybliża nas do jej źródła. Zbliżanie się do wybaczenia oznacza skupienie się na naturze samego bólu, a jedynym lekarstwem, gdy zbliżamy się do jego surowego sedna, jest ponowne wyobrażenie sobie naszej relacji z nim.
Powtarzając historyczny dialog Margaret Mead i Jamesa Baldwina na temat przebaczenia , Whyte — który również stwierdził, że „wszystkie przyjaźnie, bez względu na długość, opierają się na ciągłym, wzajemnym przebaczaniu” — zgłębia prawdziwe źródło przebaczenia:
O dziwo, przebaczenie nigdy nie wypływa z tej części nas, która została faktycznie zraniona. Zranione „ja” może być tą częścią nas, która nie potrafi zapomnieć, a być może wcale nie jest przeznaczona do zapomnienia, jakby – niczym fundamentalna dynamika fizjologicznego układu odpornościowego – nasze psychologiczne mechanizmy obronne musiały pamiętać i organizować się przeciwko wszelkim przyszłym atakom – w końcu tożsamość osoby, która musi wybaczyć, opiera się na samym fakcie bycia zranioną.
Co dziwniejsze, to właśnie ta zraniona, napiętnowana, nie zapominająca część nas ostatecznie sprawia, że przebaczenie staje się aktem współczucia, a nie zwykłym zapomnieniem. Przebaczyć to przyjąć tożsamość większą niż ta, która została zraniona na początku, dojrzeć i urzeczywistnić tożsamość, która może objąć ramieniem nie tylko osobę dotkniętą cierpieniem, ale także wspomnienia wypalone w nas pierwotnym ciosem i, dzięki swoistej psychologicznej wirtuozerii, rozszerzyć nasze zrozumienie na tego, kto pierwszy je zadał. Przebaczenie to umiejętność, sposób na zachowanie jasności, zdrowego rozsądku i hojności w życiu jednostki, piękny sposób kształtowania umysłu ku przyszłości, jakiej pragniemy dla siebie; przyznanie, że jeśli przebaczenie przychodzi poprzez zrozumienie, a zrozumienie jest tylko kwestią czasu i zaangażowania, to równie dobrze możemy zacząć przebaczać od samego początku każdego dramatu, zamiast narażać się na cały cykl narastania, unieruchomienia, niechętnego gojenia się i ostatecznego błogosławieństwa.
Wybaczyć to umieścić się w szerszym polu grawitacyjnym doświadczenia niż to, które początkowo zdawało się nas zranić. Wyobrażamy sobie siebie na nowo w świetle naszej dojrzałości i na nowo wyobrażamy sobie przeszłość w świetle naszej nowej tożsamości, pozwalamy, by obdarowała nas historia większa niż ta, która początkowo nas zraniła i pozostawiła w poczuciu straty.
Ilustracja Marianne Dubuc z „Lew i ptak”. Kliknij obraz, aby zobaczyć więcej.
Ta kwestia dojrzałości, tak ściśle związana z przebaczeniem, jest tematem kolejnego krótkiego eseju Whyte’a. Powtarzając twierdzenie Anaïs Nin, że dojrzałość to kwestia „zjednoczenia” i „integracji”, pisze:
DOJRZAŁOŚĆ to zdolność do pełnego i równego życia w wielu kontekstach; a zwłaszcza zdolność, pomimo żalu i strat, do odważnego życia w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości jednocześnie. Mądrość płynąca z dojrzałości uwidacznia się w zdyscyplinowanym braku wyboru lub izolowania trzech potężnych dynamik kształtujących ludzką tożsamość: tego, co się wydarzyło, tego, co dzieje się teraz i tego, co dopiero nastąpi.
Niedojrzałość przejawia się w dokonywaniu fałszywych wyborów: życiu tylko przeszłością, tylko teraźniejszością, albo tylko przyszłością, a nawet życiu tylko dwoma z trzech rzeczy.
Dojrzałość to nie statyczna, raz nabyta platforma, z której na życie patrzy się z spokojnej, nietkniętej oazy mądrości, ale żywa, elementarna granica między tym, co się wydarzyło, tym, co dzieje się teraz, a konsekwencjami przeszłości i teraźniejszości; najpierw wyobrażone, a następnie przeżywane w czekającej przyszłości.
Dojrzałość nakazuje nam ryzykować sobą tak samo jak niedojrzałość, ale w imię szerszego obrazu, szerszych horyzontów; w imię potężnej, hojnej, zewnętrznej inkarnacji naszych wewnętrznych cech, a nie w imię zysków, które czynią nas mniejszymi, nawet w kwestii zwycięstw.
Dojrzałość, jak sugeruje Whyte, staje się pewnego rodzaju osiągnięciem poczucia wystarczalności – gotowością do wcielania w życie tego, co Kurt Vonnegut uważał za jedną z największych cnót człowieka: umiejętności powiedzenia: „Jeśli to nie jest miłe, co jest?”. Whyte pisze:
Dojrzałość również wzywa, wymagając od nas bycia większymi, bardziej płynnymi, bardziej podstawowymi, mniej ograniczonymi, mniej jednostronnymi, żywą intuicją konwersacyjną pomiędzy odziedziczoną historią, tą, w której mamy przywilej uczestniczyć, i tą, która, jeśli będziemy wystarczająco duzi i rozlegli, wystarczająco ruchomi, a nawet, wystarczająco tutaj, wystarczająco zadziwiająco, ma się wydarzyć.
„Consolations” , warto powtórzyć , to absolutnie wspaniała lektura – taka, która zmienia orientację w świecie i pozostaje kompasem na całe życie. Uzupełnij ją o Whyte’a o zakończeniu związków i przełamaniu tyranii równowagi między życiem zawodowym a prywatnym .
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
2 PAST RESPONSES
I'm not sure that anger is the feelings that we are talking about. I think that FEAR is more to the
point,I agree with most of what Whyte has to say about compassion and forgiveness, that this is
the whole of who we are or at least strive to be.
However the great motavator is pain and pain stems from an unwillingness to face our fears.
The anger then becomes what we hide behind.
I haven't read David Whyte's work extensively and was going to purchase the book first mentioned ("Consolations..."). I am looking for more of what you've presented here (prose rather than poetry). Is this the best of his work to start with? Thanks for a great article.