Ale częścią celu mojej książki jest powiedzenie ludziom, że jeśli podejmiesz zobowiązanie większe niż twoje własne życie, to zobowiązanie powróci i ukształtuje cię w osobę, którą musisz być, aby je wypełnić. To naprawdę potężne. Często myślimy, że Gandhi urodził się geniuszem, a potem znalazł sposób, aby to wyrazić, tak, może. Ale może urodził się i potem podjął wielkie zobowiązanie, a ono powróciło i ukształtowało go w osobę, którą musiał być, aby je wypełnić. Mówię, że tak to naprawdę działa. Zobowiązujesz się przebiec maraton, a ono wraca i czyni cię osobą, która ma odwagę i determinację, aby przetrwać dni, w których nie chcesz biec. I wtedy zyskujesz tę nową siłę i nową determinację. Sugeruję więc, że podjąłem wielkie zobowiązanie, kończąc głód na świecie, i to uczyniło mnie osobą, która może być w takich okolicznościach i tolerować to.
Ale jeśli twoim zobowiązaniem jest bycie najlepszym przyjacielem, jakim możesz być, i wprowadzanie zmian w życiu ludzi, którzy wkraczają w twoją dziedzinę, to znajdziesz sposób, by być z bliskimi ci osobami w ich najciemniejszych chwilach i być przy nich. Tak więc wszystko zależy od twojego zobowiązania. Myślę, że wszyscy chcemy służyć, chcemy być użyteczni, chcemy zmieniać swoje życie na lepsze. Myślę, że pragniemy tego niemal bardziej niż czegokolwiek innego, to jest moja podstawa bytu. Nie mogę tego udowodnić, ale takie jest moje doświadczenie. Dlatego zachęcam ludzi, by wiedzieli, że kiedy twoje serce pęka, a ludzie przychodzą do twojej dziedziny i cię wspierają, to jest coś, co ty również robiłeś przez całe życie i że będziesz to robił coraz częściej i częściej. Jeśli masz zobowiązanie większe niż twoje własne życie, będziesz miał takie możliwości. A kiedy się im podejmiesz i wkroczysz w nie, rozszerzy to twoje możliwości na wszystko, nie tylko na bycie z cierpieniem, ale na bycie z tym światem i tym, kim jesteś.
TS: Lynne, podjęłaś w życiu kilka zobowiązań, które mają większe znaczenie niż cokolwiek osobistego. Po dwóch dekadach zaangażowania w walkę z głodem na świecie, pojawiło się w twoim życiu nowe zobowiązanie, które, jak się dowiedziałem, cię zaskoczyło. Nie spodziewałaś się tego. A historia tego, jak do tego doszło, jest, ośmielę się powiedzieć, oszałamiająca. Zastanawiam się, czy mogłabyś się nią podzielić z naszymi słuchaczami.
LT: Bardzo chętnie, dziękuję. Cóż, byłem bardzo, bardzo zaangażowany i oddany Hunger Project i pełniłem rolę głównego zbieracza funduszy dla całego świata. Zarządzałem więc operacjami zbierania funduszy w 53 krajach, a także byłem bardzo zaangażowany w Afryce Subsaharyjskiej. We wszystkich krajach Afryki Subsaharyjskiej: Burkina Faso, Etiopii, Ghanie, Senegalu, Zambii, Zimbabwe, takich miejscach, Namibii, a także na subkontynencie azjatyckim: w Indiach, Bangladeszu, Sri Lance. Odpowiadałem za setki tysięcy wolontariuszy. To znaczy, nie podlegali mi bezpośrednio, ale byłem odpowiedzialny za naszą sieć wolontariuszy, która liczyła setki tysięcy ludzi i zbierała setki milionów dolarów. Byłem więc bardzo, bardzo, bardzo zajęty, miałem pełne ręce roboty, miałem trójkę dzieci i mój talerz był przepełniony. Pomyślałem więc, że będę to robił do końca życia, nie było wolnej chwili. A potem jeden z moich wielkich darczyńców i przyjaciół – Bob – miał projekt w Gwatemali. My w Hunger Project nie pracowaliśmy w ogóle w Gwatemali ani w Ameryce Południowej. W tym czasie pracowaliśmy w Azji i Afryce.
Powiedział: „Mam projekt dla siebie, organizację, którą założyłem w Gwatemali i uwielbiamy sposób, w jaki zorganizowano zbiórkę funduszy Hunger Project, jest ona tak serdeczna i niemanipulacyjna. Chcę, żebyś przeszkolił mojego dyrektora ds. rozwoju. Chcę, żebyś przyjechał do Gwatemali i wraz z kilkoma naszymi darczyńcami przeszkolił mojego dyrektora ds. rozwoju. Mógłbyś wziąć dwutygodniową przerwę, mały urlop. Dopilnuję, żeby wszystkie twoje cele, moje cele finansowe, zostały osiągnięte”. To była trochę łapówka, ale chętnie ją przyjąłem. OK, super. Więc wniósł bardzo duży wkład. Więc pojechałem do Gwatemali. Pojechałem z Johnem Perkinsem i nie wiem, czy rozmawiałeś z Johnem. John to niezwykły facet, który w latach 60. służył w Korpusie Pokoju i bardzo zaangażował się w działalność rdzennej ludności Ekwadoru, ekwadorskiej Amazonii z ludem Shuar, a sam został wyszkolonym szamanem.
Jesteśmy więc w Gwatemali, John i ja, wspólnie prowadząc grupę darczyńców dla naszego wspólnego przyjaciela Boba, i zdaliśmy sobie sprawę, że w te projekty Majów zaangażowany jest szaman. Ale szaman nie bierze udziału w żadnym z naszych spotkań i nie wiemy, kim on jest, a ludzie jakoś nie chcą o tym mówić. Więc John, którego instynkt podpowiadał, żebyśmy się z nim spotkali. Ostatecznie – dzięki wielu magicznym wydarzeniom, które pominę – wylądowaliśmy w dwunastu osobach na płaskowyżu w górach Gwatemali z niezwykłym szamanem Majów o imieniu Roberto Pose. Nigdy tego nie zapomnę. A John Perkins, mój drogi przyjaciel, wiedział dużo o szamanizmie i mówił płynnie po hiszpańsku, a także trochę po Majach, na tyle, żeby tłumaczyć szamanowi Roberto Pose, który mówił tylko po Majach. Szaman poprosił nas, abyśmy spotkali się z nim o północy – właśnie wtedy rozpoczynaliśmy ceremonię, o północy – na tym płaskowyżu na szczycie góry w pobliżu Totonicapán, w regionie Chichicastenango w Gwatemali, dla ludzi, którzy tam byli.
Jesteśmy więc na bardzo wiejskim [terenie], bez żadnych świateł wokół nas, i docieramy do tego miejsca na mapie, którą dla nas narysował. Jest tam wielkie ognisko i bardzo, bardzo jasne, rozgwieżdżone niebo. Mam na myśli milion gwiazd, było tak czysto i pięknie, że zapierało dech w piersiach. Można było praktycznie czytać z gwiazd, a nie było księżyca. Jest to ognisko, a szaman prosi nas, abyśmy położyli się wokół niego, z nogami skierowanymi w stronę ognia. Zrobiliśmy więc coś w rodzaju koła od wozu wokół tego ogniska, a on nam kazał się położyć. To wszystko dzięki dość prymitywnemu tłumaczeniu Johna. I tak zrobiliśmy, a John i szaman zaczęli śpiewać i bębnić. John miał bęben, a szaman zaczął śpiewać, i ten bęben, i to gwizdanie, i ten facet miał hipnotyzujący głos, po prostu niesamowity, i jego gwizdanie. To było przenoszące. Powiedział nam, żebyśmy podróżowali, a ja nie miałem pojęcia, co miał na myśli.
Ale myślałam, że to oznacza pójście spać i śnienie, bo była północ, czemu nie? Ale tak się nie stało. Jego głos, bęben, gwizd, śpiew, nocne powietrze, trzask ognia i niesamowite doznanie gwiazd nad głową były po prostu hipnotyczne i zaczęłam drżeć w prawej ręce. Zaczęło drżeć i miałam takie wrażenie, że absolutnie musiałam wyciągnąć prawą rękę, a ona zaczęła się trząść i stała się o wiele większa i przypominała gigantyczne skrzydło. Potem moja lewa ręka zaczęła drżeć i nie mogłam utrzymać jej blisko ciała ani sekundy dłużej, więc musiałam ją wyciągnąć. A potem na mojej twarzy zaczęła rosnąć jakaś dziwna, twarda rzecz, która, jak zrozumiałam, była dziobem. I wtedy musiałam latać. Nie mogłam tam leżeć ani sekundy dłużej.
Musiałem unieść moje ciało w zwolnionym tempie, korzystając z tych ogromnych, niesamowitych skrzydeł, które wyrosły mi na ciele. Zacząłem unosić się ku rozgwieżdżonemu niebu, które było tak wspaniałe, że poleciałem w stronę gwiazd. W pewnym momencie spojrzałem w dół i tam byłem, na dole, wciąż z innymi ludźmi wokół ogniska, a głos szamana, jego gwizdanie i bębnienie były wciąż bardzo, bardzo obecne, tuż w moim uchu. Nie byłem jakoś daleko od tego, ale byłem wysoko w niebie i byłem w stanie ogromnej błogości. A potem, w pewnym momencie, spojrzałem w dół. Ponieważ zaczął świtać, spojrzałem w dół i leciałem w zwolnionym tempie, to piękne doświadczenie lotu nad rozległym, nieskończonym lasem zieleni, który ciągnął się w nieskończoność, w nieskończoność, w nieskończoność, w nieskończoność, w nieskończoność. To było wspaniałe, piękne i zapierające dech w piersiach. Lecąc nad tym rozległym lasem, patrzę w dół i mam ten niesamowity, ostry wzrok.
Mogę widzieć aż do leśnej ściółki, jeśli się skupię. Widzę małe stworzenia, ale jeśli podniosę głowę i spojrzę przed siebie, widzę bardzo, bardzo daleko. Doświadczam więc absolutnej nirwany, niesamowitego spokoju i błogości. Potem te bezcielesne twarze mężczyzn z pomarańczowymi, geometrycznymi malunkami na twarzach zaczęły unosić się w powietrzu, z żółtymi, czerwonymi i czarnymi koronami z piór na głowach. Te bezcielesne twarze mężczyzn zaczęły unosić się z leśnej ściółki przez korony drzew do ptaka, do mnie, wołając w dziwnym języku, jak żałosny śpiew, piękny i hipnotyczny. Potem zniknęły w lesie, a ja po prostu leciałem dalej, a potem, może minutę później… Nie było czasu. I właśnie wtedy to się powtórzyło. Wynurzyły się, uniosły i wołały do ptaka, bezcielesne twarze mężczyzn w nakryciach głowy, a potem spadały w dół lasu raz po raz. To było napisane w języku, którego nie rozumiałam, ale było piękne, magiczne i mistyczne, ale prawdziwe.
Tak właśnie było – a potem rozległ się głośny huk, huk, huk, huk, huk, huk, huk, bicie bębna, naprawdę głośny. Zaskoczyło mnie to. Pamiętam, jak usiadłam, otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że nie mam skrzydeł, nie mam dzioba, byłam po prostu sobą, a to był ten szaman, to, co stworzył lub co umożliwił. Spojrzałam na krąg, a ogień zniknął. Był jak żar. Bardzo, bardzo trudno było go dostrzec, jego twarz, miał też pomalowaną twarz. I nie było w tym żadnego lekarstwa, tylko jego głos, bęben i John. Więc zapytał, co się stało, i poszliśmy dookoła kręgu, a każda osoba, łącznie ze mną, mówiła, że stała się zwierzęciem. A potem, na koniec rytuału, dokończył go i wszyscy odjechali małym minibusem. Ale poprosił Johna i mnie, żebyśmy zostali.
John miał bardzo podobną wizję. Chociaż brał udział w ceremonii, miał również bardzo podobną wizję. I wtedy szaman powiedział: „Musisz pójść do tych ludzi. To nie była wizja, to była wiadomość. Jesteś wzywany i musisz pójść do tych ludzi”.
Nie wiedziałam, o czym mówi, a John od razu się domyślił. Powiedział: „Lynne, wiem, kim oni są, wiem, gdzie są. Rozpoznaję malunek na twarzy, rozpoznaję korony. To Achuarowie w Ekwadorze. Właśnie byłam z Shuarami. Achuarowie przybyli do naszego obozu, szukają pierwszego kontaktu. Śnią, próbują przywołać do siebie ludzi. Tak się komunikują. Chcą sprowadzić do siebie ludzi ze współczesnego świata, żeby nawiązać z nimi pierwszy kontakt, chcą zainicjować kontakt. To jest to”.
Powiedziałem: „Nie ma mowy, John. Nie chodzi o to, że ci nie wierzę. Nie mogę pojechać do Amazonii, nic o niej nie wiem. Nie mówię po hiszpańsku. Zamierzam wyeliminować głód na świecie, w przyszłym tygodniu mam spotkanie w Ghanie. Jedź, błogosławię cię. Jedź, dzięki Bogu. Ale ja nie mogę tego zrobić, to nie moja robota”.
Powiedział: „Nie dadzą ci spokoju, dopóki nie wrócisz”. To było jak ostrzeżenie, a ja się na niego wkurzyłam. Pomyślałam, że to dla mnie za dużo, więc wyjechałam. To było niesamowite i naprawdę inspirujące. Ale skończyłam podróż i pojechałam do Ghany na posiedzenie zarządu Ghanaian Hunger Project. Byłam w hotelu Novotel w Akrze, w Ghanie, na parterze, w małej sali konferencyjnej, z pięcioma mężczyznami i trzema kobietami. Ghańczycy mają bardzo niebiesko-czarną skórę. Jest tak ciemna, że prawie niebiesko-czarna, piękni, piękni ludzie. Właśnie odbywało się posiedzenie zarządu Ghanaian Hunger Project, a ja siedziałam z biura globalnego, więc nie prowadziłam spotkania. To spotkanie się odbywało, to był bardzo intensywny dialog, a w pewnym momencie na twarzach mężczyzn, tylko mężczyzn, zaczęły pojawiać się pomarańczowe, geometryczne wzory, i nikt nic o tym nie mówił. Myślę, że mam halucynacje.
Więc przeprosiłam i poszłam do damskiej toalety, jak my, kobiety, robimy, kiedy tylko możemy. Kiedy nie wiesz, co robić, idziesz do damskiej toalety. Ochlapałam twarz wodą. Potem wróciłam i usiadłam, a wszyscy byli normalni i nadal rozmawiali. Potem pięć, dziesięć minut później to się powtórzyło. Pomarańczowa, geometryczna farba na twarzach mężczyzn po prostu pojawiła się na ich twarzach. Rozpłakałam się i wszyscy, łącznie z mężczyznami, pytali: „Co się stało?”. Zdałam sobie sprawę, że nikt inny tego nie widział oprócz mnie. Więc powiedziałam: „Czuję się bardzo, bardzo źle. Bardzo mi przykro, że nie mogę zostać, proszę, kontynuujcie spotkanie. Pójdę do swojego pokoju, spakuję torbę i pojadę prosto na lotnisko. Byłam w zbyt wielu strefach czasowych, za dużo podróżowałam, nie mogę zostać. Miałam zostać pięć dni, ale jestem zbyt chora, żeby wrócić do domu”. Wszyscy byli bardzo zmartwieni, ale kazałem im tam zostać, spakowałem torbę, pojechałem na lotnisko w Akrze i wsiadłem do pierwszego samolotu do Europy.
To było do Frankfurtu, Nowego Jorku, Nowego Jorku, San Francisco, a w końcu dotarłam do domu i przez całą drogę, niezależnie od tego, czy miałam otwarte, czy zamknięte oczy, twarze wciąż się pojawiały. Więc kiedy wróciłam do domu, byłam po prostu spanikowana, roztrzęsiona i wrakowata, szczerze mówiąc. Powiedziałam Billowi, że mam dziwne sny i nie powiedziałam mu tego tak, jak mówię tobie, bo myślałam, że coś ze mną nie tak. Było mi wstyd. Potem próbowałam się skontaktować z Johnem Perkinsem, ale był z powrotem w Amazonii, więc nie mogłam się z nim skontaktować. Wysłałam mu więc milion faksów, tyle mogliśmy zrobić, i wiadomości głosowe. To wszystko, co mogliśmy zrobić, to był 1994 rok. W końcu wrócił i od razu do mnie zadzwonił i powiedział: „Czekają na nas, Lynne. Musimy iść. Musimy zabrać 10 innych osób, razem 12 osób. To niesamowity przywilej być pierwszym kontaktem. To prawie nigdy się nie zdarza. Musimy iść”. Wzięłam więc kolejny urlop, zaprosiłam Billa, mojego męża, ale nie chciał jechać. Miał regaty żeglarskie, interesy i tak dalej.
Zmusiłem go, żeby przyjechał, i pojechaliśmy do Quito, w dół doliny wulkanów po wschodniej stronie Andów. Dwunastu z nas wsiadło do małych samolotów, jeden, trzy na raz, na terytorium Achuar, które jest bezdrożne i dziewicze. W końcu wszyscy tam byliśmy, a oni wyszli z lasu ze swoimi pomarańczowymi geometrycznymi malunkami na twarzach, swoimi żółtymi, czerwonymi i piórowymi koronami i włóczniami, załadowali nas i nasz sprzęt do kajaków i zabrali nas na polanę, gdzie rozbiliśmy obóz. I rozpoczęliśmy naszą współpracę z ludem Achuar z Ekwadoru, która stała się początkiem Sojuszu Pachamama. Pachamama oznacza Matkę Ziemię i Sojusz między rdzennymi mieszkańcami Amazonii. Teraz 30 rdzennych grup i świadomych, zaangażowanych ludzi we współczesnym świecie, jak wszyscy słuchacze Sound True, na rzecz zrównoważonego życia. I tylko jedna krótka rzecz. Nadal byłem odpowiedzialny za wszystkie te sprawy w Hunger Project, a potem zaczęło się coś dziać w Amazonii i naprawdę rozwinęło się to w partnerstwo, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem.
Więc próbowałem działać w Pachamama Alliance i Hunger Project, a potem, dzięki Bogu… Nie polecam tego, ale tak naprawdę zaraziłem się malarią z Etiopii i Indii. Złapałem dwa szczepy jednocześnie i to mnie powaliło. Wyczerpało mnie na dziewięć miesięcy. Nie mogłem więc nic zrobić dla nikogo i to był mój cichy czas, aby uświadomić sobie, że Bóg, wszechświat, świat przyrody, Matka, Ten Większy, Boski, chciał, żebym… Miałem drugi rozdział w moim życiu, miałem 50 lat, coś nowego mnie wzywało. Więc Hunger Project, w ciągu dziewięciu miesięcy mojej choroby, był w stanie zastąpić mnie i Billa, i założyłem Pachamama Alliance. To długo, ale tyle.
TS: To dramatyczna historia, Lynne, o tym powołaniu, o tym, jak na nie odpowiedziałaś, a potem o załamaniu, które przeżyłaś z powodu malarii, co pozwoliło ci na przełom i zaangażowanie się w działalność Sojuszu Pachamama. Zastanawiam się, czy ktoś, kto teraz słucha, powie: „Nigdy nie czułem powołania z takim dramatyzmem i to jest niezaprzeczalne. Nigdy nie czułem, żeby Ziemia czy jakaś grupa ingerowała w moje wizje, nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem”. Jak byś im zasugerowała, żeby w swoim życiu usłyszeli to powołanie? Bo wydaje mi się, że wierzysz, że każdy ma powołanie.
LT: Tak. Cóż, z perspektywy czasu brzmi to prawie jak film czy coś, ale wtedy było to dla mnie takie zagmatwane i nie było to takie oczywiste, a brzmi tak wspaniale. Więc to materiał na książkę mojego życia. Jednocześnie chcę powiedzieć, że moim zdaniem, jak powiedziałaś, każdy, kto urodził się dzisiaj, ma do odegrania jakąś rolę. Naprawdę w to wierzę. Nie mogę tego udowodnić, ale to epicki okres w historii ludzkości. To znaczy, epicki, wszystko jest epickie. Wszystkie załamania są epickie, wyzwania są epickie, ciemność jest epicka. Ale możliwość też jest epicka. Więc czuję, że to jeden z powodów, dla których napisałam tę książkę – jeśli się nad tym zastanowić, to w twoim życiu jest pewien spójny wątek. Nie tylko ty, Tami Simon, czego prawdopodobnie jesteś bardzo świadoma. Wszyscy, bo kochamy cię i Sounds True tak bardzo, i tak wiele nam dajesz. Chcę o tym wiele powiedzieć.
Ale jest pewien wątek przewodni, który przewija się, gdy wracamy pamięcią do czasów dzieciństwa, i jeśli byłeś osobą, która w drużynie kickballa najpierw wybierała najlepszego zawodnika, to jesteś jednym z tych typów ludzi. Jeśli najpierw wybierałeś osobę, która była najgorsza, to może to znak, że zależy ci na sprawiedliwości i sprawiedliwości społecznej, i że każdy ma szansę. Może to twoje zobowiązanie i powołanie, i zawsze taki byłeś, a potem formalizujesz to, zobowiązując się, że resztę życia spędzisz z większym naciskiem na to. A może od dzieciństwa byłeś kimś, kogo ciągnęło do drzew, do siadania pod nimi, do ich ochrony, do poznawania ich. Potem może zaangażowałeś się w leśnictwo i wtedy uświadomiłeś sobie, że chcesz angażować się w ochronę lasu. Ludzie, patrząc na swoje życie, kim są twoi bohaterowie i bohaterki przez całe życie? Te rzeczy dają ci wskazówki, co masz do zrobienia, a ja mówię, że wszyscy mamy do odegrania jakąś rolę.
Kiedy mówię, że to nie jest duża ani mała rola, to po prostu twoja rola i jeśli ją odegrasz, twoje życie nabierze sensu, wolności i spełnienia, o jakich marzyłeś. Wystarczy być świadomym i zwracać uwagę na rzeczy. Kiedy pracuję z ludźmi bezpośrednio nad tym, czasami pytam ich, co łamie ci serce? To jest wskazówka. Co łamie ci serce? Nie tylko dotyka, łamie serce. A potem to, co cię woła, do czego jesteś przyciągany, co czujesz, ma związek z tą częścią naszej anatomii. Ma związek z byciem czymś więcej niż tylko działaniem. Ale zazwyczaj istnieje nić przewodnia i często jest to wiele rzeczy. Może to po prostu bycie bezwarunkowo kochającym nauczycielem przedszkolnym, który ma obowiązek dostrzec i odzwierciedlić w każdym dziecku, które przychodzi do twojego przedszkola, jego własną wspaniałość w sposób, którego nigdy nie zapomni do końca życia. Nie musi to być walka z głodem na świecie.
Opowiadam historię o kierowcy autobusu, który wywarł ogromny wpływ na mojego męża, gdy studiował w szkole biznesu. Zawsze chciał wsiąść do autobusu tego gościa, bo zależało mu na tym, żeby wszyscy w jego autobusie mieli udany dzień. Jeśli jechałeś linią 39 z tego miejsca, czy gdziekolwiek indziej, do końca trasy, czy gdziekolwiek po drodze, miałeś kierowcę autobusu, Joego, i to był dla ciebie udany dzień, bo wsiadłeś do jego autobusu. To jest dostępne dla każdego z nas. W życiu są wskazówki i tylko ty możesz je dostrzec, jeśli się obudzisz i zrozumiesz: tak, jest coś, po co tu jestem i zamierzam dowiedzieć się, co to jest, i zamierzam to zrobić całym sercem.
TS: Lynne, skoro już doszliśmy do konkluzji, to zatoczę koło i wrócę do punktu wyjścia, czyli do Twojej supermocy bycia posybilitarianinem. Piszesz: „Największym zagrożeniem dla tworzenia przyszłości, jakiej pragniemy, jest strach, zniechęcenie i cynizm. Łatwo być cynicznym, łatwo i tanio, bo nic od nas nie wymaga. Cynizm jest jak choroba, infekcja i jest tchórzliwy. Odwagi wymaga posiadanie wizji i wcielanie jej w życie”. Wracam do tej uwagi, bo myślę, że czasami ludzie uważają cynizm za formę inteligencji, coś w tym rodzaju. Słuchaj, czytam wiadomości, jestem świadomy, jestem inteligentny, oczywiście, że jestem cyniczny. I Twoje stwierdzenie: „To łatwe i tanie, bo nic od nas nie wymaga”. Uznałem to za dość dotkliwe i zastanawiam się, czy mogłabyś skomentować to na końcu.
LT: Cóż, nie chcę obrażać ludzi, którzy uważają się za cynicznych. Chcę was po prostu zachęcić do rozważenia poświęcenia się czemuś więcej, bo to daje wam przyzwolenie na wstrzymywanie się. Myślę, że teraz wszyscy jesteśmy potrzebni. Potrzebujemy, żeby się wykazać, a ty nazwałeś mnie posybilitarianką. Podoba mi się to. Tę „listę możliwości” zaczerpnęłam od Frankiego Lappé, Frances Moore Lappé nazywa siebie „listą możliwości”. Nie sądzę, żeby wszyscy musieli być tacy jak ja. Naprawdę chcę się upewnić, że to powiem, bo są rzeczy naprawdę mroczne i nie przechodzę obok nich obojętnie. Nie jestem Pollyanną. Pracowałam nad ubóstwem i głodem, pracowałam z Matką Teresą. Trzymałam trędowatych w ramionach, trzymałam martwe dzieci w ramionach. Więc wiem o ciemności i się jej nie boję. Więc nie przechodzę obok tego obojętnie. Chcę się upewnić, że to powiem. Wiem też, że żyjemy w czasach, kiedy… Przytoczę jeszcze jeden cytat, którego użyję, od kogoś, z kim, jak sądzę, przeprowadzałeś wywiad, Michaela Beckwitha. Mówi: „Ból popycha, aż wizja pociągnie. Ból popycha, aż wizja pociągnie”.
Ból nas popycha, ale nie da się z niego wyjść bez wizji, która pomoże nam przez to przejść. Wszyscy mamy do odegrania rolę i być może rolą niektórych osób jest wskazywanie na ból. Może czegoś tu nie rozumiem. Wskazuję na ból, ale wiem też, gdzie jestem zaangażowany, ponieważ jestem proaktywistą. Nazywam siebie proaktywistą, a nie aktywistą, ponieważ jestem aktywistą za , a nie przeciw, i jestem zaangażowany w przeprowadzanie ludzi przez ból do ich wizji, ponieważ tam stoję i wiem, że to działa. Więc nawet rzeczy, którym wiele osób się sprzeciwia, ja je dostrzegam. Chcę hospicjum dla ich naturalnej śmierci z odrobiną szacunku i godności. Szacunek pochodzi z ponownego zobaczenia, ponownego uszanowania, ponownego spojrzenia, a oni umrą szybciej. Nie atakuję. Myślę, że odkryłem, że jest to niezwykle skuteczne, wymaga dużo cierpliwości, hojności i życzliwości. Ale dobrze jest dla mnie być w ten sposób i jest to naprawdę bardzo praktyczne.
Ból więc popycha, aż wzrok zacznie pociągać, a ja mam mięsień, który wykształciłem, aby pomagać ludziom zobaczyć wzrok, pomóc im przezwyciężyć ból, i to jest przywilej i radość to robić.
TS: Jeszcze jedno, ostatnie pytanie uzupełniające. Ponieważ w ramach swojej wizji wspomniałaś o metaforze: oto jesteśmy, jesteśmy w ciąży. Jesteśmy w ciąży z nowym człowiekiem, nowym sposobem bycia razem jako gatunek, nową Ziemią. Z czym jesteśmy w ciąży? Jaka jest ta wizja, Lynne?
LT: Chciałbym wiedzieć dokładnie. Chodzi mi o to, że w Pachamama Alliance, organizacji, która powstała w wyniku tej wielkiej zmiany w moim życiu, mówimy, że naszym zadaniem jest stworzenie na tej planecie zrównoważonej ekologicznie, duchowo satysfakcjonującej, społecznie sprawiedliwej ludzkiej obecności. To całkiem dobra definicja nowego rodzaju człowieka, nowego rodzaju ludzkości. Zrównoważonej ekologicznie, generatywnej ekologicznie, naprawdę, społecznie sprawiedliwej i duchowo spełnionej ludzkości. Ludzkości, która rozumie swoją rolę we wspólnocie życia. Ludzkości, która jest zdecydowana położyć kres ludzkiej supremacji w jej brzydocie, gdy dominuje i miażdży inne gatunki i inne formy życia. Rodziny ludzkiej, która odnajduje swoją rolę, swoje miejsce w pięknie i rozwijającej się historii wszechświata. I mam do tego wielkie zaufanie. Wiem, że są ludzie, którzy myślą, że wyginiemy. Wiem, że jesteśmy pożyteczni, nasz gatunek jest ważny na tej planecie.
W pewnym sensie wyprzedziliśmy pewne rzeczy, więc jesteśmy trochę poza linią. Ale mamy wkład do wniesienia i należymy tutaj, a jaka jest nasza rola teraz, w ciągu następnych 100 lat? To pierwszy wiek trzeciego tysiąclecia. Jeśli pomyśleć o tym w ten sposób, jaką rolę ustanowi nasz gatunek w następnym tysiącleciu? Czy będziemy nadal niszczyć wszystko wokół nas? Czy też będziemy odgrywać rodzaj roli, która, jak sądzę, się w nas rodzi. A mianowicie być mieszkańcami Ziemi, można by rzec, obywatelami świata, uniwersalnymi ludźmi, którzy są zakorzenieni w potędze naszego człowieczeństwa i niesamowitej, nieskończonej mocy bezwarunkowej miłości, hojności, dobroci, wzajemności i tego, o czym pisałem w mojej ostatniej książce, wystarczalności. Wystarczalności. Gandhi powiedział: „Jest wystarczająco dużo dla naszych potrzeb, ale nie dla naszej chciwości”. Musimy tam dotrzeć, aby to zrozumieć. I myślę, że jesteśmy na dobrej drodze, a to jest techniczny lub dźwiękowy wyraz tego, jak bardzo się oddalamy.
Co jest pomocne, na swój okropny sposób, żeby nas obudzić, naprowadzić na właściwy tor i pozwolić nam się odrodzić. To najlepsze, co mogę teraz zrobić. Cokolwiek to jest, z czym jesteśmy w ciąży, chcę, żebyśmy zrobili wszystko, co w naszej mocy, aby z całego tego chaosu narodził się piękny, nowy rodzaj człowieka.
TS: Rozmawiałem z Lynne Twist, autorką nowej książki „Living A Committed Life: Finding Freedom and Fulfillment in a Purpose Larger Than Yourself” . Jeśli chcesz obejrzeć program „Insights at the Edge” na wideo i wziąć udział w sesjach pytań i odpowiedzi z prezenterami po programie, a także zadać swoje pytania, dołącz do nas na Sounds True One, nowej społeczności członkowskiej, która oferuje programy premium, zajęcia na żywo i wydarzenia społecznościowe. Uczmy się i rozwijajmy razem. Dołącz do nas na join.soundstrue.com. Sounds True: budzimy świat.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
2 PAST RESPONSES
This is so powerful, and has allowed me to have hope in the future beyond our human greed. Thank you for the work you are doing.
Into a new year with confidence, courage and love, but you don’t have to do it Lynne’s way. Your own small effort will be rewarded as well.