W nowej powieści „Magiczne struny Frankie Presto” Mitch Albom, autor bestsellerów „ Wtorki z Morrie” i „Pięć osób, które spotykasz w niebie ”, opowiada historię gitarzysty, który może odmienić życie ludzi mocą swojego talentu muzycznego. Albom niedawno prowadził wykłady gościnne w ramach cyklu „Autorzy w Wharton”. Podczas pobytu Alboma na kampusie, profesor zarządzania na Wharton, Adam M. Grant, rozmawiał z nim o tym, dlaczego napisał tę książkę, o jego decyzji o pisaniu i o tym, jak każdy z nas może odkryć i podzielić się swoim największym talentem.
Poniżej znajduje się zredagowany zapis rozmowy.
Adam Grant : Co zainspirowało Cię do napisania najnowszej książki?
Mitch Albom: Odkąd napisałem Wtorki z Morriem , ludzie mówili mi: „Ta książka zmieniła moje życie”. Sam mi to powiedziałeś niedawno. Muszę powiedzieć, że za pierwszymi stu razami, kiedy to się zdarzyło, prawdopodobnie przewracałem oczami i mówiłem: „Cóż, to miłe, ale książka nie zmienia twojego życia. To tylko książka”. Słysząc to tak wiele razy w tym momencie, zacząłem myśleć, cóż, tak naprawdę dary ludzi zmieniają życie innych ludzi. Zaintrygowało mnie, żeby napisać historię o tym, jak to się stanie. Zawsze byłem muzykiem. Schowałem to, kiedy zostałem pisarzem, ale moim prawdziwym marzeniem było zostać muzykiem i pracowałem nad tym, kiedy byłem młodszy.
Wymyśliłem historię o fikcyjnym gitarzyście o imieniu Frankie Presto, który jest najwspanialszym gitarzystą, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi. Bogowie muzyki właśnie wybrali go na swoje narzędzie. Cierpiał jako dziecko. Jest sierotą i doświadczył wielu rozstań. W rezultacie, w wieku dziewięciu lat, zostaje nagrodzony magiczną gitarą z sześcioma strunami, które potrafią zmieniać ludzkie życie. W ciągu swojego życia, które przemierza… prawdziwą muzykę XX wieku – Duke'a Ellingtona i Elvisa Presleya, Woodstock i całą resztę – ma okazje grać tak genialnie, że faktycznie zmienia czyjeś życie. Kiedy to robi, struna robi się niebieska, a potem rozprasza się i znika, a potem zostaje mu pięć, cztery, trzy i dwie…
Ale metafora i jej sedno polegają na tym, że każdy w życiu otrzymuje niebieską strunę. Ma dar i jeśli podzieli się nim z kimś, może naprawdę zmienić czyjeś życie. Zostałeś profesorem, a teraz uczysz, i jestem pewien, że niektórzy studenci w pewnym momencie powiedzieli: „Wiesz co, chcę robić to, co on” albo „dał mi jasno do zrozumienia, że teraz chcę to kontynuować”. Jako profesor zmieniłeś czyjeś życie swoim szczególnym darem nauczania. Napisałem książki, a ludzie mówią: „Och, to zmieniło moje życie”. Pianista może dać występ, a ktoś z publiczności może powiedzieć: „O mój Boże, ta muzyka, chcę sam ją tworzyć”, i teraz chce zostać pianistą. Wszyscy mamy tę zdolność grania na niebieskiej strunie. Pomyślałem po prostu, że to ciekawy temat na książkę.
Grant: To fascynujące. Zastanawiam się, jak myślisz, jak odkryć, czym jest ten dar?
Albom: To bardzo dobre pytanie, ponieważ myślę, że wiele osób ma dary, których nie dostrzega. Chcą być kimś innym niż to, czym są. Albo widzą, że ich dar nie jest wystarczająco satysfakcjonujący. No cóż, jeśli jestem dobry w muzyce, chcę zostać baseballistą; albo jeśli jestem dobry w sporcie, naprawdę chcę być kimś takim. Albo ten dar nie przynosi mi wystarczająco dużo pieniędzy albo nie zapewnia sławy. Ale myślę, że ludzie [powinni] uznać, że każdy ma jakiś talent.
Narratorem jest sama muzyka. Pojawia się na początku książki, aby wydobyć talent z ciała Frankiego Presto, ponieważ właśnie umarł. Zamierza wydobyć talent i rozdać go innym duszom. Muzyka wyjaśnia, jak działają talenty: kiedy wychodzisz z łona matki, zanim jeszcze otworzysz oczy, jesteś niemowlęciem. Jest tyle kolorów, które naprawdę możesz zobaczyć: jasne, olśniewające barwy.
Kiedy zaciskasz pięści po raz pierwszy, tak naprawdę chwytasz kolory, które ci się podobają i je sobie przyswajasz, a one stają się twoimi talentami. Dlaczego jedno dziecko dorasta z wielkimi zdolnościami matematycznymi, inne wyrasta na świetnego tancerza, a jeszcze inne po prostu ma naturalną muzykalność?… W książce talent pochodzi z… tego, co chwytasz… Jeśli pozwolisz sobie odkrywać i rozwijać swój talent, i nie będziesz zazdrosny o talenty innych, ale po prostu powiesz: „To robię dobrze, pozwól mi to robić dobrze”, będziesz w zgodzie ze swoim talentem i będziesz z nim skutecznie korzystać.
Grant: Opowiedz nam o tym w swoim życiu. Mamy miliony czytelników, którzy są wdzięczni, że odszedłeś od muzyki. Ale jak wyglądał ten proces decyzyjny i dlaczego do niej wróciłeś?
Albom: To doskonały przykład. Przede wszystkim, zanim zostałem muzykiem, byłem jednym z tych dzieciaków, które dobrze radziły sobie w szkole. Miałem dobre oceny. Naturalnie rodzice mówią: „Powinieneś zostać lekarzem, powinieneś zostać prawnikiem”. Wielu dzieciaków na moim poziomie poszło dalej i to zrobiło. Wielu z nich okazało się bardzo nieszczęśliwych, ponieważ nie na tym tak naprawdę polegał ich talent, nie na tym polegały ich zdolności, ale to społeczeństwo im kazało albo ktoś inny im kazał. Miałem szczęście, że pomimo tego, że moi rodzice chcieli, żebym przez to przeszedł, powiedziałem: „Nie, czuję muzykę. Chcę tworzyć muzykę”. Więc zająłem się muzyką. Muzyka nie do końca mi się sprawdziła. Zgłosiłem się na ochotnika do lokalnej gazety, pisząc artykuły. Pierwszego dnia, kiedy napisałem artykuł, nigdy wcześniej niczego nie pisałem. Nie miałem żadnego przygotowania, ale musiałem mieć jakiś talent do opowiadania historii, bo napisałem artykuł do gazety o parkomatach. To było moje pierwsze zadanie, dla lokalnej gazety, którą rozdawali w supermarkecie…
Umieścili to na dole pierwszej strony, kiedy ukazało się w następnym tygodniu, i poszedłem do supermarketu [żeby to zobaczyć]. Wziąłem to do ręki, zobaczyłem swoje nazwisko, zobaczyłem nadruk i coś we mnie zaskoczyło. Aż przeszedł mnie dreszcz. Nadal dostaję gęsiej skórki, kiedy opowiadam tę historię. Dobra, tu właśnie powinienem być. To jest kreatywne, jak muzyka.
Ale potrafię używać słów, a mój mózg w pewnym sensie się do tego przyzwyczaja. Zadomowiłem się w tym i odkryłem, że to mój talent. Czy nadal kocham muzykę? Oczywiście, że tak. Czy właśnie napisałem książkę o muzyce? Tak, napisałem. Ale czy musiałem zdać sobie sprawę, że… cóż, może i tego chciałem, ale mam w tym talent i jeśli go rozwinę, może być równie satysfakcjonujący, a może nawet bardziej, niż kariera muzyczna. Miałem szczęście. Udało mi się go znaleźć. Ale myślę, że każdy go ma, jeśli tylko potrafi tego szukać.
Grant: Twoja ścieżka kariery od tamtej pory była niezwykle interesująca: najpierw nagradzany dziennikarz sportowy, potem autor wspomnień, a potem pisarz. Jako autor włada Pan co najmniej trzema językami. Kiedy myślę o przywództwie, myślę o wielu liderach, którzy piszą fikcję w tym sensie, że muszą stworzyć wizję, która jeszcze nie istnieje. Muszą stworzyć narrację lub opowiedzieć historię, która jeszcze nie została opowiedziana. Jako utalentowany gawędziarz, jakich rad może Pan udzielić liderom, jak tworzyć lepsze i bardziej przekonujące narracje?
Albom: Jest taki żart, że prostytucja to najstarszy zawód świata. Myślę, że ten, który pojawił się wcześniej, to opowiadanie historii. Powodem, dla którego nigdy nie boję się, gdy mówią, że dziennikarstwo lub dziennikarstwo prasowe umarło, jest to, że świat zawsze opowiadał historie i zawsze będzie musiał opowiadać historie. Pierwszą rzeczą, jaką powiedziałbym liderom każdego rodzaju, jest to, że każdy może utożsamić się z historią, a jeśli nauczysz się opowiadać historię – czy to w ramach swojej wizji firmy, czy po prostu jako sposobu na empatię wobec klientów, czy po prostu na zrozumienie świata – jeśli ujmiesz to w formie opowiadania historii, a nie dydaktycznej, opartej na faktach prezentacji PowerPoint, każdy będzie mógł się z nią utożsamić.
Prowadzę sierociniec na Haiti. Chodzę tam co miesiąc. Pierwszym językiem dzieci nie jest angielski. Najpierw mówią po kreolsku, potem po francusku, a potem uczymy je angielskiego. Powoli się w to wkręcamy. Kiedy stoję pośrodku grupy dzieci i próbuję opowiedzieć jakąś historię, widać, że na mnie patrzą, ale niekoniecznie rozumieją, co mówię… Ale kiedy zaczynam poruszać rękami, a mój ton głosu odzwierciedla radość, potem złość, a potem smutek, ożywają. Jeśli opowiadam historię z takim akcentem, nawet jeśli nie rozumieją słów, widać, że są zaintrygowane, bo historia ma wszystkie elementy: narrację, emocje, dawanie i branie, konflikt i całą resztę.
Czasami liderzy powinni pamiętać, że może być dla ciebie ważne, aby po prostu wyrzucić z siebie fakty, ale jednym z najlepszych sposobów nawiązania z kimś kontaktu nie jest wygłaszanie wykładu, ale opowiadanie mu historii. Zawsze odkrywałem, że jeśli próbowałem coś udowodnić, [było to pomocne. Możesz powiedzieć:] „oto najprostsza rzecz w sporcie: Baseballista ma skuteczność .333”. To fakt, prawda? Baseballista ma skuteczność .333. Albo [możesz powiedzieć] „co trzeci raz, kiedy podchodzi do bazy, dzieje się coś dobrego”. Co mówi ci więcej, co bardziej cię intryguje w baseballiście? To ten sam fakt, ale jeśli opowiesz go w formie krótkiej narracji, to właśnie w ten sposób zaangażowałeś kogoś. Przywódcy prawdopodobnie powinni o tym pamiętać.
Grant: Skąd wiemy, kiedy warto opowiedzieć daną historię lub kiedy trafiliśmy na wciągającą narrację?
Albom: Po części tak jest, jeśli dla ciebie to pasja, to dla kogoś innego też nią będzie. Nie sądzę, żeby istniał empiryczny test, który pozwoli stwierdzić, czy historia jest interesująca, czy nie. Słyszałem, jak ludzie opowiadali historie o wynalezieniu związku chemicznego i przykuwali uwagę, a inni opowiadali historię wojenną i usypiali. Więc to ma wiele wspólnego z pasją opowiadającego.
Grant: Jak wygląda Twój proces twórczy?
Albom: Jestem dość przewidywalny i wiem, że czasami panuje takie przekonanie, że pisarzy po prostu trafia piorun w środku nocy, wstają i zaczynają bazgrać, a potem nagle mają powieść. Muszę jednak powiedzieć, że z mojego doświadczenia, ani z większością znanych mi pisarzy, którzy zarabiają na życie w ten sposób, tak nie jest.
Wstaję każdego ranka mniej więcej o tej samej porze. Stosuję bardzo podobny schemat. Wstaję, myję zęby, odmawiam modlitwę, biorę kawę, schodzę na dół i zaczynam pisać. Nie czytam niczego innego. Nie patrzę na nic innego. Nie słucham niczego innego. Nie włączam telewizora. Nie mam żadnego bodźca. Chcę, żeby mój mózg był czystą kartą, tak bliską temu, jak to tylko możliwe, a potem zaczynam wypełniać tę kartę słowami i kreatywnością. Pracuję może od 6:45 rano do 9:30, 9:45 i mam dość. Wiem, że mogę siedzieć przy komputerze jeszcze 10 godzin. Nic lepszego nie będzie. Wiem, kiedy przestać. Nie mam już sił. Potem wracam następnego dnia. Ale robię to każdego dnia, z wyjątkiem takich momentów, kiedy jestem na trasie promującej książkę, a wtedy jest to prawie niemożliwe. Robię to siedem dni w tygodniu.
Staram się nigdy nie poddawać, gdy sprawy idą źle. Myślę, że to dobra lekcja, niezależnie od tego, w jakiej jesteś dziedzinie życia, bo bez względu na wszystko, zawsze nadejdzie koniec dnia, cokolwiek by to nie było. Mój to ten moment, w którym brakuje ci sił. Ale jeśli zatrzymasz się w trakcie czegoś, co nie idzie dobrze, i powiesz: „ach, wrócę jutro. Te zdania po prostu nie działają. Wyjdę, kiedy jutro będę wypoczęty”. Kiedy wstajesz następnego dnia, nie jesteś podekscytowany powrotem do komputera, ponieważ ten problem czeka tam na ciebie. Z drugiej strony, jeśli przerwiesz w środku zdania, które jest po prostu świetne, i powiesz: „stop”, to nie możesz się doczekać, żeby do niego wrócić następnego ranka. To prawdopodobnie dobra filozofia pod każdym względem.
Grant: Jeśli dobrze zrozumiałem, piszesz zazwyczaj mniej niż trzy godziny dziennie… To niesamowite.
Albom: Mówią, że przeciętny Amerykanin w ciągu ośmiogodzinnego dnia pracy wykonuje tylko od dwóch do dwóch i pół godziny rzeczywistej pracy, a resztę czasu poświęca na wysyłanie maili, rozmowy telefoniczne, przerwy na kawę i fantazjowanie. Gdyby zastosować tę zasadę do moich godzin pisania, to byłoby to pisanie w skupieniu. Nie zbaczam z kursu.
Ale kreatywność jest w tym zabawna. To trochę jak z plasteliną Play-Doh. Możesz ją formować w różne kształty lub o różnych porach dnia, ale i tak zostaje ci tylko tyle plasteliny, ile masz. Możesz ją rozciągać, możesz siedzieć przy maszynie do pisania, jak wspomniałem, przez 10 godzin i uzyskasz tę samą ilość plasteliny, albo możesz ją ścisnąć i zrobić to w dwie i pół godziny. Muszę przyznać, że dla większości pisarzy to nie jest zaskakujący schemat.
Dla większości znanych mi powieściopisarzy, po pierwsze, traktują to jak pracę. Wiecie, wstać i gdzieś pójść. Wiele osób ma oddzielne biura od domu, bo nie chcą mieszać środowisk. Znam pisarzy, którzy idą do biurowca i siadają z innymi pisarzami, jeden przy biurku, a drugi przy biurku, i wszyscy razem pracują nad swoimi powieściami. To są pisarze beletrystyki. Ale chcą, żeby to było jak praca, co jest ironiczne, bo wiele osób, które mają taką pracę, marzy o tym, żebym mógł być powieściopisarzem i móc siedzieć w domu, palić fajkę, pisać swoje i patrzeć na ocean.
Ale wiele osób, które mają taką możliwość, decyduje się na przyjście do biura. Ja mam osobne biuro na dole, pod wszystkim, więc nie ma korków i nie ma normalnego życia. W przeciwnym razie pewnie zrobiłbym to samo. Zauważyłem też, że widok jest zbyt ładny, więc nie skupiam się na pracy. Mam szczęście mieszkać w okolicy, gdzie jest ładny las i wszystko, na co mogę patrzeć, i zawsze ustawiam wszystko z dala od niego, żeby mnie nie rozpraszało.
Grant: W jaki sposób historie, które opowiadasz, kształtują twoją tożsamość, gdy piszesz książkę lub felieton, nad którym poświęcasz dużo czasu? Czy zmieniają one sposób, w jaki myślisz o tym, kim jesteś?
Albom: Nie… Na przykład napisałem „Wtorki z Morrie” , żeby opłacić jego leczenie. To nie miała być wielka książka. To nie miała być książka filozoficzna. Nikt nawet nie chciał jej opublikować. Odmówiono mi w 90% miejsc, do których pojechałem. Mówili: „Jesteś dziennikarzem sportowym. To przygnębiające. Nikt nie chce czytać czegoś takiego”. Ale naciskałem, bo chciałem opłacić jego rachunki za leczenie, zanim umrze, i tak właśnie zrobiliśmy.
To, co się dla mnie zmieniło, to wizyta u Morriego – transformacja, przez którą przeszłam, i lekcje, których się nauczyłam, a potem spisałam to na papierze. Ale to, co zmieniło się w wyniku tej książki, to nie sposób, w jaki napisałam tę historię, bo to już się ze mną wydarzyło. To odbiór książki.
Wysłałem Amy Tan, autorce „Klubu Szczęścia” i mojej przyjaciółce, rękopis „Wtorków z Morrie”, ponieważ była jedną z niewielu osób, które znałem, zajmujących się trochę tą dziedziną. Większość moich znajomych to dziennikarze sportowi. Zapytałem: „Co o tym myślisz? Czy mam coś do powiedzenia? Nigdy nie napisałem takiej książki”. Przeczytała ją i powiedziała: „Powiem ci dwie rzeczy. Po pierwsze, to wspaniała książka i będzie naprawdę popularna”, w co wtedy nie wierzyłem. A ona dodała: „Po drugie, wkrótce zostaniesz rabinem wszystkich”.
Nie miałam pojęcia, co to znaczy, ale teraz już wiem, bo każdy, kto kiedykolwiek zmagał się z chorobą śmiertelną, SLA czy kimkolwiek, kto pojawił się na mojej drodze, chce ze mną rozmawiać, chce usłyszeć, co mam do powiedzenia, chce podzielić się ze mną swoją historią, co jest w porządku. To było błogosławieństwem. Ale zmienia to rozmowy, które prowadzisz i sposób, w jaki ludzie na ciebie patrzą. To, czego od ciebie oczekują, zmienia się, i tak naprawdę zmienia się z każdą książką.
Grant: Jaki największy wpływ wywarła na ciebie książka „Wtorki z Morrie”? Jeśli się nad tym zastanowić… jest w niej tak wiele inspirujących lekcji. Która z nich najbardziej utkwiła ci w pamięci?
Albom: Osobiście uważam, że Morrie mawiał: „Nie kupuj kultury, jeśli ci się nie podoba”. Widziałem, że sam potrafił być w pewnym sensie kontrkulturowy. Nie był radykałem. Po prostu były pewne rzeczy, które mu się nie podobały, w które nie wierzył. Zmarł w dobrym humorze, choć z najgorszą chorobą, jaką można sobie wyobrazić.
Widziałam to. Powiedziałam: „Dobra”. To zawsze we mnie tkwiło. Jest wiele rzeczy w amerykańskim życiu, których po prostu nie rozumiem, a które interesują każdego, jak reality show. Ja nawet nie mam na ten temat zdania, bo dla mnie to nie istnieje. Nie pozwalam, żeby to stało się częścią mojego życia. Nie znam żadnej z tych osób. Wiem, kim są Kardashianki, bo nie da się mieszkać w tym kraju i nie wiedzieć, kim są, ale nie wiem, która jest która. I jest dobrze.
Wiele z tych rzeczy odsuwam na bok. Akceptuję inne elementy kultury. Nauczyłem się tego od Morriego. Myślę, że dlatego udało mi się zrobić tak wiele. Nie czuję się zobowiązany do gry na każdym boisku, tylko na tych, które mnie interesują i myślę, że mogę coś zmienić.
Zawodowo, program „Wtorki z Morrie” zepchnął mnie ze ścieżki czystej ambicji dziennikarza sportowego i wrzucił w zupełnie inny świat. Najlepiej to sobie wyobrażam, gdy byłem wyłącznie dziennikarzem sportowym. Ludzie zatrzymywali mnie na lotniskach, jeśli mnie rozpoznawali, i pytali: „Hej, kto wygra Super Bowl?”. Nauczyłem się tego od Chucka Daly'ego, trenera Pistons, który zawsze powtarzał: „Odpowiadaj im, ale nigdy nie przestawaj ruszać nogami. Ruszaj nogami”. Więc mówiłem: „Patrioci” i po prostu szedłem dalej.
Potem, po premierze „Wtorków z Morrie” , ludzie zatrzymywali mnie na lotnisku i mówili: „Wiesz, moja mama właśnie zmarła na SLA. Czy mogę z tobą o tym porozmawiać przez chwilę?”. Cóż, nie można mówić: „Patrioci”. Trzeba się zatrzymać i zaangażować. W rezultacie usłyszałem tak wiele historii. To, co to dla mnie zrobiło, Adamie, to to, że rozwinęło we mnie wrażliwość na cierpienie i ból na świecie, której wcześniej nie miałem. Pamiętam, jak kilka lat po „Wtorkach z Morrie” chodziłem na mecze futbolowe i zaczynałem przyglądać się tłumom, wśród których siedziałem. Zawsze pracuję wśród 60 000, 70 000, 80 000 ludzi. To dla mnie typowe biuro. Patrzyłem na tłum i mówiłem: „Przynajmniej połowa z tych ludzi, którzy skaczą i krzyczą, straciła kogoś bliskiego w ciągu ostatnich sześciu miesięcy i ma smutną historię do opowiedzenia”.
Grant: Wow.
Albom: Zacząłem zdawać sobie sprawę, jak wiele osób po prostu opowiada te historie, a potem nagle je słyszę. Bo jestem tym, komu mogą je opowiedzieć. To mnie uwrażliwiło i uświadomiło, że nie można oceniać kogoś po wyrazie twarzy, czy po tym, czy krzyczy, czy się śmieje. Każdy nosi w sobie jakieś złamane serce, a niektórzy mają go więcej niż inni .
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
4 PAST RESPONSES
thank you! yes, trust your passion! Don't deny it! Embrace and share it.
Great interview. Albom is as good a speaker as he is a writer, and Grant asked the right questions. Can't wait to read the book.
What a beautiful article. " Everybody walks around with some heartbreak in their soul, and some more than others" rang especially true with the upcoming holidays. Well done!
Just finished reading this book & enjoyed it immensely! The Magic Strings of Frankie Presto is so unique; never read anything like this :)