Lekcje języka francuskiego, autor: Tracy Cochran
27 listopada 2015
Vincent Van Gogh, Czerwona winnica w Arles , 1888, olej, na płótnie (Muzeum Sztuk Pięknych im. Puszkina, Moskwa)
Pewnego poranka w październiku ubiegłego roku doświadczyłem chwili łaski. Zdarzyło się to, gdy spacerowałem z moim czarnym labradorem, Shadowem, w jeden z tych ciepłych jesiennych dni, kiedy wszystko wydaje się okraszone złotem. Ale szedłem jak osioł w burzy, bo właśnie dowiedziałem się, że projekt, na który liczyłem, upadł.
Shadow zaatakowała na siedząco, gdy dotarliśmy do małego jeziora. Z wysoko uniesioną głową i wyprostowanymi plecami nie chciała się ruszyć, dopóki nie miała okazji zbadać brzegu. Więc stałem i czekałem. Para białych łabędzi i tuzin kanadyjskich gęsi szybowały nad cichą wodą, w której odbijały się drzewa płonące żółtymi i szkarłatnymi liśćmi. Uderzyło mnie, że za tym światem kryje się żywa obecność, jaśniejąca świadomość.
Moje serce sięgnęło. To było jak rozluźnienie pięści. Uwolniło wszystkie idee, które nosiłem w sobie na temat tego, jak powinien wyglądać sukces i spełnienie, rozrzucając je po wodzie niczym okruszki chleba dla gęsi.
„Niech się stanie Twoja wola, nie moja” – powiedziałem i mówiłem szczerze. Poczułem w sobie olśnienie. Jakbym wyszedł z małego, ciemnego pokoju w piękny nurt życia wokół mnie.
Tego samego dnia zadzwonił do mnie znajomy i namówił mnie, żebym zadzwonił do Chucka Hornsby'ego z Lyon Travel w Brattleboro w stanie Vermont. Hornsby organizował dla grupy dziennikarzy winiarskich tygodniowy lot na południe Francji, aby wziąć udział w programie na Université du Vin – Uniwersytecie Wina. Dziennikarze mieli odwiedzić słynne winnice i winiarzy w Prowansji oraz skosztować pikantnych, złożonych win Côtes du Rhône, które wielu ekspertów uważa za jedne z najlepszych na świecie.
„Ale nigdy nie pisałam o winie” – powiedziałam przyjaciółce. „Piszę o książkach i poszukiwaniu prawdy”.
„No cóż, in vino veritas ” – podpowiedział mój przyjaciel.
Wciąż pod wrażeniem tego, co wydarzyło się nad jeziorem, zadzwoniłam do Chucka Hornsby'ego. Ku mojemu zdumieniu zapytał, czy będę gotowa do wyjazdu za dziesięć dni. Przy kolacji powiedziałam mężowi i córce, że muszę lecieć do Prowansji.

„I jestem pewien, że pewnego dnia tak się stanie” – mruknął mój mąż.
Próbowałem wyjaśnić.
„Nie sądzę, żeby Bóg zsyłał ci bilety Air France, żeby dać ci nauczkę o tym, jak dobre jest życie” – odparł mój mąż. „O dziwo, właśnie to, co myślę, się dzieje” – odpowiedziałam.
Moja dziesięcioletnia córka przypomniała mi, że mam jej przywieźć prezent.
Spotkałem Chucka Hornsby'ego, szczupłego, energicznego Nowoanglika z siwym wąsem, na dworcu kolejowym w otoczonym murami średniowiecznym Awinionie, siedzibie papieskiej i centrum chrześcijaństwa w XIV wieku. Hornsby zapakował mnie i kilku dziennikarzy winiarskich do furgonetki i pojechał na północ do Rochegude, maleńkiej wioski otoczonej zabytkowymi budynkami z żółtego prowansalskiego kamienia. Hornsby poinformował mnie, że Thomas Jefferson preferował wina z tego regionu. Światowość Jeffersona mnie zadziwiała; nie mogłem sobie wyobrazić, jak jakiekolwiek wino z tak odległego miejsca mogło do niego dotrzeć.
Wjechaliśmy na szczyt wzgórza i przejechaliśmy przez ogromne drewniane bramy na brukowany dziedziniec zamku Rochegude, obecnie czterogwiazdkowego hotelu Relais & Châteaux. Zapadła noc. Wyskoczyłem z vana i spojrzałem w górę na ruiny XII-wiecznej wieży, przypominając sobie, że nic tak nie rozbudza w nas tęsknoty za tym, co przytulne i znajome, jak długa podróż do egzotycznego miejsca. Marzyłem tylko o gorącej kąpieli i ciepłym łóżku.
Zmusiłem się jednak do spotkania z grupą na kolacji. W drodze do jadalni przeszedłem przez Salon Cheminée, komnatę zdominowaną przez ogromny kominek, ozdobioną starożytnymi zwojami ozdobionymi pieczęciami papieskimi. Tutaj, gdzie teraz kelnerzy stoją na baczność, mieścił się niegdyś sąd kościelny papieży z Awinionu. Zastanawiałem się, jak papieże by mnie ocenili.
Podczas gdy kelnerzy krążyli wokół stołu, nalewając wino, przedstawiliśmy się i opisaliśmy, co chcielibyśmy zobaczyć i o czym chcielibyśmy napisać. Starając się zachować wyrafinowaną nonszalancję, oznajmiłem tej grupie zawodowych enofilów, że nie wiem prawie nic o winie, ale liczę na duchowe objawienie.
„Wydaje mi się, że wasze zadanie jest trudniejsze niż nasze” – odważył się ktoś po długiej pauzie.
Podczas naszej rozmowy podano nam „lekki posiłek”, który zaczął się od foie gras, a następnie przeszedł przez szereg pysznych i tajemniczych dań, a kulminacją była lekko upokarzająca próba dania z serem. Młoda kobieta o surowej twarzy podjechała do mnie wózkiem wypełnionym dziesiątkami serów, mimo moich usilnych prób przekonania jej, by zajęła się kimś innym.
"Pani?"
Po krótkim ataku paraliżu wskazałem na ser chévre. Spojrzała na mnie z mieszaniną niedowierzania i ledwo skrywanej odrazy do mojego żałosnego wyboru. W końcu odkroiła mi kawałek i czekała, aż wybiorę raz, drugi i trzeci. Próbowałem wskazać z kamienną pewnością siebie.

Francuska winnica wzdłuż rzeki Garonny
Następnego ranka, zakładając swetry i szaliki, by ochronić się przed zimnem, uzbroiłam się w jeden z moich ulubionych cytatów: „Przygoda to tylko dyskomfort z perspektywy czasu”. To była jedyna rzecz, którą wiedziałam na pewno. Niebo było szare, a wiatr wył, gdy dotarliśmy do ogromnego zamku Château de Suze la Rousse, siedziby Uniwersytetu Wina. Po krótkim zwiedzaniu zostaliśmy wprowadzeni do amfiteatru degustacyjnego, w którym znajdowały się rzędy stołów z małymi umywalkami. Tam degustowaliśmy różne wina z doliny Rodanu, szukając ich blasku, bogactwa i intensywności koloru.
Trzymałem kieliszek za nóżkę i mrużąc oczy, naśladowałem ludzi wokół mnie. Ćwiczyłem obracanie kieliszkiem, aby uwolnić bukiet, czyli aromat wina.
„Co dostajesz?” zapytał nasz nauczyciel.
„Dużo czarnych owoców” – powiedział jeden głos.
„Czarny pieprz” – dodał inny.
Dowiedziałem się, że wina niosą ze sobą zapach wielu rzeczy, od skóry i dziczyzny, po grzyby, zioła i dębowe beczki. Inni dziennikarze chlupotali winem po podniebieniach, aby ocenić jego ciężar, bogactwo, głębię i równowagę. Mówili poważnie o finiszu, czyli o tym, jak długo smak łyku utrzymuje się w ustach. Byłem oszołomiony, jak wiele nie czułem.
W przerwie Jonathon Alsop, dziennikarz winiarski z Bostonu, zapewnił mnie, że choć produkcja i degustacja wina to nauka, to jest to również nieuchronnie osobista sztuka. „Wino pochodzi z ziemi” – powiedział. „Ma siłę życiową, dzięki której może poruszyć nasze wspomnienia o rzeczach, które kochamy”. W ciągu popołudnia zacząłem rozumieć, że proces fermentacji to w istocie subtelna alchemia, która nadaje prostemu sokowi winogronowemu smaki, które poruszają nas tak, jak zapach unoszący się w powietrzu jesiennej nocy może przypominać nam o naszej pierwszej miłości. Degustacja wina to sposób na smakowanie życia.
Pod koniec dnia zeszliśmy do ogromnej piwnicy z winami. Staliśmy w niemal całkowitej ciemności na glinianej podłodze, otoczeni regałami z rzadkimi winami, z których wiele liczyło setki lat. „Pamiętajcie, że niektóre z tych win wciąż żyją i ewoluują” – wyszeptał jeden z dziennikarzy, jakby chciał ich obudzić. „A niektóre już umarły”.
„Ale jak można stwierdzić, które wina przetrwają, a które umrą?” – zapytałem.
„Nikt nie wie”, powiedział ktoś inny. Pozornie mocne, dobrze zbudowane wino może blaknąć, podczas gdy inne z każdym rokiem otwiera się, łagodniejąc, pogłębiając i stając się coraz ciekawsze. To tajemnica. Tak jak z ludźmi.

Kilka dni później, w winnicach Château le Nerthe w słynnej wiosce winiarskiej Châteauneuf-du-Pape, dowiedziałem się tego, po co przyjechałem do Francji. W nowoczesnej winnicy obserwowałem pracowników śmigających na wózkach widłowych, przeskakiwałem przez ogromne węże, z których wylewało się wino, wpatrywałem się w lśniące silosy ze stali nierdzewnej. Przechodziłem przez zimne, przepastne hale z dębowymi beczkami, gdzie wino jest „przelewane” do leżakowania, i słuchałem, jak ludzie bez końca omawiają techniczne szczegóły produkcji wina po francusku i angielsku. Ktoś zaprosił mnie, żebym wsadził głowę do iluminatora 50-hektolitrowego zbiornika, żeby poczuć „jego czystą winność”. Zrobiłem to. „Spójrz na Tracy” – powiedziała Alsop z uśmiechem. „Przeszła od nadziei na olśnienie do obrzydzenia”.
Zaśmiałem się, ale jednocześnie ogarnęło mnie poczucie, że przybyłem tu pod fałszywym pretekstem. Płynąłem z prądem, mając mglistą nadzieję, że w pewnym momencie zwyczajne doświadczenie zostanie przebite przez większą świadomość, jak ta chwila łaski, której doświadczyłem nad jeziorem. Byłem tak pewien, że jestem prowadzony. Teraz czułem się jak dziecko podążające za dorosłymi.
Wyszedłem na taras zamku i zachwyciłem się krajobrazem, który mógł zainspirować van Gogha. Winnice, jeszcze nietknięte przez szron, były złote i zdawały się być oświetlone od spodu. Późnopopołudniowe niebo było lazurowe, a chmury lawendowe i roztopionego różu. W oddali widać było kępy wysokich cyprysów i kolumny robotników zbierających oliwki. Lawenda, tymianek, rozmaryn, szałwia i oregano – zioła prowansalskie – unosiły się w powietrzu. Przyszła mi myśl tak delikatna i ulotna jak zapach na wietrze: śniłem, a teraz się obudziłem. Proces przebudzenia przypomina winiarstwo, alchemia, która cię zmienia, wnosząc smak życia do środka.
Jay Fedigan, sympatyczny fotograf z Bostonu, pomachał mi, żebym zszedł do winnicy. Zdumiał mnie widok sękatych winorośli, które wcale nie były zakorzenione w glebie, lecz stały niczym nierówne słupki ogrodzeniowe na polu z wielkich kwarcowych kamieni w piaszczystej, czerwonej glinie. Na Uniwersytecie Wina (Université du Vin) ludzie z szacunkiem mówili o starych winoroślach, które rosły na ubogiej glebie, na stromych zboczach bez nawadniania. Dowiedziałem się, że w winnicach takich jak ta celowo stwarza się trudne warunki. Plony z takich winorośli są bardzo niskie w porównaniu z bujną uprawą na bardziej żyznych polach, a jednak winogrona, które przetrwały, mają bardzo pełny, czysty, skoncentrowany smak. To wina z tych winogron mają potencjał na osiągnięcie wielkości.
Fedigan namawiał mnie, żebym podniosła kilka kamieni i powąchała. Wyjaśnił, że winogrona niosą ze sobą otaczający je terior – glebę i wszystko, co dotyka ich podczas wzrostu. Wdychałam przyprawy, pieprzne ciepło południa. Poczułam dreszcz emocji powrotu do zmysłów, wynurzenia się z małego świata moich nadziei i lęków w większy świat powietrza, rdzewiejących winorośli i kamienistej gleby pod stopami. Cieszyłam się, że jestem na ziemi, która wie, jak cierpienie może przerodzić się w siłę i piękno, jak ciężkie czasy mogą być podłożem najgłębszej i najczystszej radości.♦

COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
2 PAST RESPONSES
My husband and I just got back from Napa Valley. We'd never been there before, never done a real 'wine tasting'. Neither had many of the other guests at the tasting. We had a great time and learned a lot about wine and grapes. A few weeks after returning home, the terrible fires struck Napa Valley and nearly burned the two wineries we'd visited. The last line of your piece hit me - about the earth turning suffering into strength and beauty. Who knows what the future holds for Napa Valley after this fire, but I'll be looking for the strength and beauty, and maybe a certain smokiness of this year's vintage.
Thank you for yet another reminder to say YES, to make the phone call and to go for the adventure whether or not we think we have the "proper skills." This was glorious!