Back to Stories

Stwórz swoją przyszłość

Jack Healey, były ksiądz franciszkanin i były szef Amnesty International-USA, był pionierem w wykorzystaniu aktywizmu muzycznego do eksponencjalnego zwiększenia widoczności praw człowieka i inspirowania młodzieży do pokojowych działań. Nazywany przez „US News and World Report” „Mr. Human Rights”, Jack w ciągu swojej 60-letniej kariery „pomógł przenieść temat praw człowieka z zamkniętych negocjacji dyplomatycznych do powszechnej świadomości, debaty publicznej i bezpośredniego działania obywatelskiego”. Już na wczesnym etapie, będąc dyrektorem Korpusu Pokoju w RPA w czasie walki o wolność, dostrzegł moc muzyki jako źródła inspiracji i energii. Później, łącząc sztukę z aktywizmem, angażował gwiazdy muzyki do mobilizacji obywateli przeciwko uciskowi na całym świecie. Od 1994 roku Jack spełniał swoje marzenie o stworzeniu i kierowaniu „jednoosobową organizacją, która mogłaby skutecznie działać jako średniej wielkości organizacja praw człowieka, dysponując znacznie mniejszymi środkami” – Human Rights Action Center z siedzibą w Waszyngtonie. Poniżej znajduje się kilka fragmentów jego wspomnień„Stwórz swoją przyszłość”.

Miałem szczęście i wiedziałem o tym od najmłodszych lat. Nikt z zewnątrz nie dostrzegłby tego gołym okiem – byłem najmłodszym z jedenaściorga rodzeństwa, chudym i prawie ślepym na jedno oko. Mój ojciec zginął w strasznym wypadku tramwajowym, gdy miałem dwa lata, a naszym jedynym dochodem przez lata był niewielki, comiesięczny czek, który trafiał do naszej skrzynki pocztowej dzięki niedawno utworzonemu przez Franklina Delano Roosevelta funduszowi ubezpieczeń społecznych. Ale wiedziałem, że mam szczęście. Wychowała mnie matka, która dała mi głos.

Mary Olivia Gaughan była cichą, piękną kobietą o wspaniałej twarzy. Była delikatna i spokojna. Spokój i opanowanie były jej naturą. Nic nie wstrząsało nią w tym, co najważniejsze: jej Bóg, jej wiara, jej wiara w nasz lud, jej wiara w naszą potrzebę przetrwania i rozwoju. Zawsze była dobra, zawsze prosta, a centrum jej życia i miłości stanowiła zawsze obecna koncentracja. Ta prostota wstrząsa mną, niedoskonałą do dziś. Potajemnie zazdrościłam jej tych cnót. Nikt z nas nie mógł się przy niej źle zachowywać. Nie wiemy, jak to się stało, ale wszyscy byliśmy grzeczni, przynajmniej dopóki od niej nie uciekliśmy.

Pod pozorem spokoju i swobody moja matka skrywała stalową, rzadką twardość. „Jeśli ktoś cię naciska, to się odpychasz” – mawiała. „Nie jesteś moim chłopcem, jeśli nie odpychasz”. Więc jeśli ktoś mnie naciskał, to bardzo szybko odpychał. To było dobre szkolenie, które przygotowało mnie do życia. Często powtarzała mi, że nie sprowadziła mnie na ten świat tylko po to, żeby przetrwać, ale żebym coś zrobił.

W 1952 roku, gdy miałem czternaście lat, wygrałem w szkolnej loterii 500 dolarów, a moja siostra Naomi przyniosła pieniądze do domu.

„Wygraliśmy 500 dolarów!” – krzyknęła Naomi.

„O, dobrze” – odpowiedziała mama. Chwyciła kapelusz, włożyła go na głowę i oznajmiła: „Jedziemy na Florydę”.

Tego dnia odkryłam, że moja matka jest nomadką – po prostu nigdy nie miała okazji nigdzie wyjechać. Więc nasza czwórka, która wciąż była w domu – matka, Naomi, Mike i ja – wskoczyła do samochodu Naomi i pojechała na Florydę, tak po prostu. Nie myślała o bagażu, mapach ani niczym innym. Oczywiście motele i restauracje były dla nas za drogie. Zamiast tego jedliśmy jabłka i pomarańcze i zatrzymywaliśmy się w mennonickich knajpach.

Po tym, co wydawało się być siedmioma latami spędzonymi w samochodzie, w końcu dotarliśmy na Florydę. Mój brat Mike i ja byliśmy podekscytowani wyjazdem na plażę, kiedy mama zapytała: „Gdzie jest kościół?”.

„O nie” – jęknęliśmy pod nosem. „Właśnie dotarliśmy na plażę i szukamy kościoła!”

Katolickiej Florydy nie było. Szukaliśmy godzinami. W końcu dostrzegliśmy kościół i oczywiście chciała pozostać w zasięgu spaceru, który znajdował się około siedemdziesięciu pięciu mil od oceanu. Ale jej zasadą było: Bóg na pierwszym miejscu, zabawa później .

Z matką Kościół zawsze był na pierwszym miejscu, wszystko inne na drugim. Bóg jest, a potem my. Taki był porządek rzeczy i tyle . Jej Bóg był Bogiem irlandzkim, zapewniającym szczególną opiekę wdowom, sierotom, robotnikom i biednym . Nikt nie miał się z nikogo naśmiewać, zwłaszcza z dzieci z prawdziwymi problemami. Dla nich to były specjalne modlitwy do specjalnych świętych. W katolicyzmie jest wiele „specjalnych” modlitw, a ona korzystała z nich wszystkich dla dobra naszych dusz.

Jej katolicyzm był magiczny. Był łagodny i obejmował wszystkich. Dowiedziałem się więcej o religii – prawdziwej religii – u kolan matki niż przez wszystkie lata spędzone w seminarium i klasztorze. Jej wiara docierała do uniwersaliów, a nie do bigoterii, podziałów i gniewu. Przygotowała mnie na różnice i zaszczepiła we mnie ciekawość, która nigdy nie ustała. Ludzie byli ludźmi i tyle , przypominając jednocześnie , że niektórzy Irlandczycy byli najgorsi.

Zawsze punktualnie przychodziliśmy na niedzielną mszę. Nigdy jej nie opuściliśmy. Pewnej niedzieli nad Pittsburghiem rozpętała się burza lodowa i miasto stanęło w miejscu. Wszystko pokrył lód. Byliśmy pewni, że Bóg pozwoli nam wyjść z kościoła. I Bóg by pozwolił, ale nie moja mama. Woziliśmy ją do kościoła na sankach, a my wszyscy ślizgaliśmy się, upadaliśmy i upadaliśmy za nią. Bóg na pierwszym miejscu, zabawa potem.

Katolicyzm mojej matki zaprowadził mnie do seminarium i do zostania księdzem. Te lata ją podniosły; pisała do mnie list każdego dnia przez trzynaście lat. Święcenia kapłańskie przyjąłem w 1966 roku. Wykonywałem za nią swoją pracę, a dzięki temu zapewniłem sobie wykształcenie, szkolenie i skupienie, których potrzebowałem później.

Kiedyś ją zapytałem, czy kiedykolwiek się bała.

„Bałam się tej nocy, kiedy po pogrzebie twojego ojca spojrzałam w górę i zobaczyłam dwadzieścia dwie pary oczu wpatrujących się we mnie” – powiedziała. „A potem zdałam sobie sprawę, że mam zadanie do wykonania i po prostu poszłam dalej”.

W moich zmaganiach z wczesną młodością regularnie nękała mnie pytaniami o to, jak być mężczyzną. Nie mówiła o macho, ale o prawdzie, o pomaganiu i walce o to, w co się wierzy.

W końcu powiedziałem ze złością: „Kiedy stanę się mężczyzną?”

„Kiedy nauczysz się chodzić drogami i bocznymi ścieżkami życia” – powiedziała – „i nauczysz się słuchać płaczu i zawodzenia biednych, wtedy i tylko wtedy staniesz się mężczyzną”.

Boże, pomyślałem, nigdy już jej nie zadam pytania.

***

Postęp ludzkości – prawa człowieka – rozgrywają się we krwi wielu, wielu tysięcy ludzi. Krew musi zostać przelana – również nasza. Musimy regularnie padać i odrabiać straty. To wszystko.

Musimy po prostu stanąć na nogi i walczyć dalej. Po prostu się podnieść. Przełamać swoją małą depresję, pomyśleć o czymś większym niż ty sam i do tego wrócić.

Tworzenie swojej przyszłości to nie tylko możliwość; to odpowiedzialność; odpowiedzialność, którą jesteśmy winni sobie, naszej rodzinie, naszej społeczności i całemu światu. Chodzi o zrzucenie ograniczeń i dotarcie do własnej mocy, zaakceptowanie swoich lęków i okazanie odwagi. Nietzsche mówi, że odważ się marzyć o wielkich rzeczach, a cały wszechświat będzie z tobą sprzysięgał się, by je urzeczywistnić.

Nie potrzebujesz pieniędzy, statusu ani wykształcenia na poziomie Ivy League, ale potrzebujesz wizji, śmiałości i chęci dotarcia do jednej prawdy – jednego standardu – który jest niezmienny i niezmienny. Tą prawdą jest wrodzona godność i równość każdego człowieka. Od tego zacząłem i to właśnie stanowiło fundament mojej pracy przez całe życie. Jeden standard był dla mnie miarą, według której wszystkie rządy będą oceniane pod kątem poszanowania praw obywateli.

Dzisiaj, kiedy wygłaszam przemówienie, zwracam się do najbardziej zagubionego dzieciaka w sali. Zakładam, że reszta da sobie radę. Mówię do najmniejszego dzieciaka, najgorzej wykształconego, najmniej wpływowego w sali. Mówię im, że dadzą radę, bo ja dałem. Ja też jestem tym zagubionym, zagubionym, niedouczonym dzieciakiem. Mam w życiu wszystkie te mniej ważne sprawy. Jeśli zrozumieją, że jakiś mały palant stanął przed nimi i to zrobił, może doda im to odwagi, by sięgnąć po coś wyższego. Potrzebujemy tylko jednego mistrza gdzieś tam.

Widziałem to z dr. Kingiem. Widziałem to z Fannie Lou Hamer. Widziałem to z Mandelą. Widziałem to wszędzie na świecie.

Jedna osoba może udźwignąć cały ten cholerny problem. Więc stań się tą jedną osobą i udźwignij cały ten cholerny problem. W miarę jak praca postępuje, przypominam sobie ostatnie słowa mojej przyjaciółki Fannie Lou Hamer, kiedy powiedziała mi, że umiera: „A ty” – powiedziała – „nie poddawaj się… nie przestawaj, dopóki do mnie nie dołączysz”.

***

Po więcej inspiracji dołącz do sobotniego spotkania Awakin Call z Jackiem Healeyem. Więcej szczegółów i informacje o możliwości zapisania się tutaj.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

2 PAST RESPONSES

User avatar
Dr.Cajetan Coelho Aug 27, 2022

Human beings are made in the image and likeness of the divine - declare Scriptures. "You don't need money, status or an Ivy League education, but you do need a vision, boldness and willingness to access one truth—one standard—that is immutable and unchangeable. That truth is the inherent dignity and equality of every human being. All governments would be judged in their display of respect for the rights of their citizens" - Jack Healey

User avatar
Kristin Pedemonti Aug 24, 2022

What inspires me most is hearing Jack's rough beginning and the steadfastness of his mother, what an amazing strong influence!