Back to Stories

Wtorek, 30 Maja 2017

Twoja przeglądarka Nie obsługuje Elementu audio, Ale możesz Go odtworzyć tutaj .

zakwaterowanie?"

Jest taki sposób, że im bardziej jesteśmy odpowiedzialni za siebie w komunikacji, tym swobodniej możemy rozmawiać o tym, co się dzieje, ponieważ potrafimy wziąć na siebie odpowiedzialność. A mój syn, którego już znałaś, z zespołem Downa, zawsze mi mówi: „Diane, nie obwiniajmy się”. To jedno z jego… pytam: „Willy, dlaczego to zrobiłeś?”. On odpowiada: „Nie obwiniajmy się”.

Jeśli więc biorę większą odpowiedzialność za swoją komunikację, automatycznie staję się bardziej wolny, ponieważ uwalniam drugą osobę od odpowiedzialności i jestem gotowy wziąć na siebie znacznie większą część odpowiedzialności.

Drugą rzeczą, którą często powtarzam – prowadząc szkolenia z zakresu facylitacji i pracując z ludźmi – jest to, że mam bardzo, bardzo silną zasadę. To najważniejsza zasada na moich szkoleniach, a mianowicie – i muszę przyznać, że to zasługa Lloyda Ficketta, mojego przyjaciela i konsultanta – ale najważniejsza zasada to być dla siebie nawzajem.

Uważam, że jeśli potrafimy zachować życzliwość wobec innych, nawet gdy jesteśmy zdenerwowani lub gdy mamy trudny temat do omówienia, to jeśli uda mi się zachować tę życzliwość, nieuchronnie znajdę sposób na komunikację, która będzie pełna szacunku, honoru i będzie obejmować nas oboje.

Dzieje się tak, że jeśli doświadczam odruchu walki lub ucieczki – a zwłaszcza jeśli jesteś trochę wojownikiem, tak jak ja, lub masz bardziej rywalizacyjny styl – doznania w ciele zaczynają się pojawiać – agresja sama w sobie nie wydaje się być odczuwana jako coś, co lubisz. Gdy tylko poczujesz agresję w ciele, bardzo trudno jest ci pamiętać, że tak naprawdę jesteś po stronie tej osoby. To prawie tak, jakbyśmy musieli wykonać to złożone zadanie, niejako doświadczając agresji jako zagrożenia, jednocześnie przypominając sobie, że jesteśmy po stronie drugiej osoby. Kiedy to robimy, w rzeczywistości tworzymy nowe ścieżki neuronowe, w których stara i nowa część mózgu są ze sobą powiązane. Mogę czuć agresję, złość, gniew czy cokolwiek innego, a jednocześnie być świadomym, że jestem po twojej stronie. To zmieni sposób, w jaki się komunikuję. To tylko kilka rzeczy, o których myślę.

TS: A teraz, Diane, porozmawiajmy chwilę o Tobie. Jak zostałaś mediatorką i jak to się stało, że cały ten obszar umiejętnej i uważnej komunikacji stał się tak istotny dla tego, kim jesteś i jak nauczasz?

DMH: W moim wstępie do Everything Is Workable poświęcam kilka minut, aby opowiedzieć o swoim pochodzeniu. Jestem jedną z tych osób, które pochodzą z bardzo dynamicznej, silnej, ekscytującej i nieco szalonej rodziny. Mieliśmy mnóstwo uczuć i mnóstwo komunikacji, ale mieliśmy też mnóstwo kłótni, ponieważ wszystko miało dla nas znaczenie i wszystko było wyraźne. Chociaż doświadczyłam mnóstwa miłości, mnóstwa siły życiowej i mnóstwa życia ogólnie w moim dorastaniu, doświadczyłam również wielu zakłóceń. Myślę, że kiedy opuściłam dom, miałam po prostu bardzo jasną ideę, że chcę trzymać się intymności, miłości i zaręczyn, ale naprawdę chciałam nauczyć się, jak to robić w sposób, który nie będzie alienujący. Z pewnością nie chciałam tego samego poziomu — nie chciałam wyrażać cierpienia na takim samym poziomie, jak dom, w którym dorastałam. To było dla mnie jak coś ważnego.

W międzyczasie straciłem około siedmiu przyjaciół w ciągu jednego roku, kiedy miałem około 18 lat. W ten sposób, od względnego zainteresowania relacjami, przeszedłem do absolutnego zainteresowania życiem i śmiercią, co doprowadziło mnie do medytacji. Mówię ludziom, że medytacja i medytacja mają ten sam korzeń. Obie polegają na połączeniu tego, co jest dwojgiem, w jedno. Na poduszce łączymy ciało, mowę i umysł z naszym otoczeniem, a podczas mediacji lub rozwiązywania konfliktów łączymy strony sporu lub siebie z innymi stronami. Zawsze chodzi o proces ujmowania tego, co zakłócone, dzielące i oddzielne, i wnoszenia w to całości. Myślę, że było tak jak u wielu z nas – po prostu interesowało mnie, jak wyleczyć to, co powodowało moje cierpienie w młodości.

TS: Chcę opowiedzieć trochę więcej o tym, co dzieje się podczas sesji mediacji. W życiu uczestniczyłem w dwóch sesjach mediacji i obie były niezwykle skuteczne i potężne – zwłaszcza pierwsza, podczas której na początku byłem zdecydowany nie pojawiać się na miejscu spotkania (a przynajmniej tak mi się wydawało). I nagle, kilka godzin później…

Chciałbym lepiej zrozumieć, na czym polega „tajemniczy składnik” mediatora, a następnie, w jaki sposób ludzie mogą stosować ten sekretny składnik w swoim życiu, nawet bez korzystania z usług mediatora.

DMH: Tak. Świetnie. Świetnie. Zostałem zatrudniony jako dyrektor ds. rozstrzygania sporów około 1994 roku, a zatrudnił mnie stan Utah – władza sądownicza. Właśnie wtedy programy mediacji były w powszechnym użyciu w systemie sądowniczym i zaczęliśmy korzystać z mediacji. Tak naprawdę, na początku było to po prostu sposobem na odciążenie sądów, ponieważ sądy zaczęły być zasypywane pracą. W miarę jak mogły przejąć konkretne sprawy i zapewnić neutralną [stronę], strony same wypracowywały porozumienia, odciążając sędziów i odciążając urzędników sądowych. To był naprawdę sposób na zmniejszenie obciążenia pracą.

Zasadniczo mediator angażuje neutralną osobę trzecią. Zadaniem tej neutralnej osoby trzeciej jest w pewnym sensie przejęcie biegunowości, jaką jest konflikt. Można to sobie wyobrazić jako zapewnienie możliwości zjednoczenia. Każda biegunowość jest połączona. Jeśli pomyślisz o kiju, prawda? Alan Watts pisał o tym chyba w swojej książce „Droga Wyzwolenia ” – mówi, że jeśli weźmiesz kij, masz dwa końce, które wyraźnie się od siebie różnią. A jednak są absolutnie ciągłe. W rzeczywistości tworzą się nawzajem. Bez jednego kija nie ma drugiego. To samo dotyczy konfliktu. Kimkolwiek byli ci inni ludzie, którzy uczestniczyli w twojej sesji mediacyjnej, byłeś faktycznie zaangażowany – byłeś zjednoczony – w pewien sposób przez konflikt.

Praca mediatora nie jest tak trudna, jak mogłoby się wydawać, ponieważ ludzie, którzy przychodzą na sesję mediacyjną, mają już wiele wspólnych tematów. Zazwyczaj tylko jeden lub dwa problemy powodują podział. Jeśli pomożesz ludziom się zrelaksować, jeśli pomożesz im poczuć, że ich perspektywa jest uzasadniona i że sesja nie będzie dla nich zagrożeniem, to, jak wspomniałem wcześniej, mogą się zrelaksować, czując się wysłuchani i okazali empatię. Dobry mediator wie wtedy, jak wyodrębnić problemy, odkryć, jaki potencjał twórczy tkwi w tym procesie, a następnie pomóc stronom w jego realizacji.

Mediator jest jak akupunkturzysta. [Kiedy] akupunkturzysta cię leczy, jesteś już całym, zjednoczonym systemem, ale akupunkturzysta uspokaja pewne obwody, które są zbyt pobudzone, i pobudza te, które są zbyt zadowolone. Właśnie to robi mediator. Mediator słucha, gdy trzeba uspokoić sytuację. Mediator stawia wyzwania, aby wywołać ekscytację lub zmianę w systemie. I to jest rodzaj zestawu umiejętności, który naprawdę już działa, właśnie dlatego, że istnieje tak wiele jedności i wspólnych elementów. Wystarczy kilka poprawek i voilà, na koniec mamy porozumienie.

Większość osób biorących udział w mediacji ma długotrwałe relacje lub prowadzi wspólnie interesy. Zawarli umowę. Mają więc wiele atutów, ale coś poszło nie tak i to mediator musi pomóc w znalezieniu porozumienia po drugiej stronie konfliktu.

TS: Słuchając cię, Diane, sprawiasz, że proces mediacji brzmi trochę magicznie. Ale kiedy mówiłaś, pomyślałem o czymś w rodzaju bolesnej mediacji rozwodowej, gdzie stawką może być znaczna kwota pieniędzy, a strony są po przeciwnych stronach i nie wychodzą z mediacji z pięknym rozwiązaniem, w którym dostrzegają więź i pełnię, ale nadal są spolaryzowane nawet pod koniec mediacji. Co się dzieje w takich sytuacjach, gdy mediacja nie działa?

DMH: Cieszę się, że poruszyłaś ten temat, Tami, ponieważ wiele razy – jednym z haseł, które zyskało na popularności od lat 80., kiedy Roger Fisher i Bill Ury napisali książkę „ Getting to Yes ” – mówimy o sytuacji „wygrana-wygrana”. Z pewnością, kiedy mediacja przebiega pomyślnie, a strony znajdują wspólne punkty i potrafią wnieść coś wartościowego, tworząc nowe, kreatywne opcje i przedstawiając pomysły, których nie miały przed rozpoczęciem sesji – mogą wyjść z niej z poczuciem, że to sytuacja korzystna dla obu stron.

Ale czasami ludzie wychodzą z mediacji z poczuciem, że to była przegrana. Myślę, że ogólnie rzecz biorąc, kiedy ktoś się rozwodzi, rozbija firmę lub w inny sposób niszczy coś, w co zainwestował, często towarzyszy temu poczucie straty. Myślę, że czasami, niezależnie od tego, jak dobrze pójdzie ugoda, to poczucie zniszczenia marzeń, zdrady przez drugą stronę, albo to, jak wyobrażałeś sobie swoje życie przez następne 20 lat, wcale takie nie będzie. I dlatego pojawia się naprawdę głęboka emocjonalna faktura.

Powiem, że praca, którą wykonałem w dziedzinie psychologii rozwojowej od czasu, gdy poznałem Kena Wilbera i zacząłem dla niego pracować, pokazuje, że często ludzie, którzy potrafią sobie radzić ze złożonością, którzy potrafią spojrzeć na sprawy z szerszej perspektywy, którzy mają poczucie tożsamości wykraczające poza lokalną, bezpośrednią sytuację, nawet jeśli osiągają porozumienie, które nie do końca im odpowiada, nadal potrafią czasami poczuć wolność wynikającą z ugody i możliwości.

Często zadziwia mnie, że ludzie czasami dają coś wartościowego podczas sesji mediacji i nadal czują się z tym dobrze. Spotykam ludzi z całego spektrum – od tych, dla których to doświadczenie jest po prostu negatywne, zarówno pod względem emocjonalnym, jak i merytorycznym, aż po tych, którzy uważają, że było to naprawdę wspaniałe doświadczenie, nawet jeśli pod względem merytorycznym nie wyszli z niego tak dobrze, jak można by się spodziewać. Naprawdę widzę zróżnicowane reakcje ludzi na rodzaje zawieranych porozumień.

TS: Chciałbym porozmawiać więcej o idei przyjmowania perspektywy innych ludzi i o tym, czego nauczyłeś się w swojej pracy jako mediator – i, powiedziałbym, jako nauczyciel medytacji zen i uczeń Kena Wilbera, jak wspomniałeś – jako uczeń Teorii Integralnej. Co pomaga ludziom przyjmować perspektywę innych ludzi i jak możemy zachęcić wszystkich, aby zaczęli to robić jak najszybciej?

DMH: Tak, dokładnie. To jedno z najważniejszych pytań w pracy rozwojowej, ponieważ jednym z wyznaczników rozwoju człowieka jest zdolność do przyjmowania innych perspektyw, a także do ich uprzywilejowania. Myślimy o tym w ten sposób, że nie chodzi tu o… to raczej o budowanie złożoności w taki sam sposób, w jaki życie buduje złożoność. Przechodzimy więc od kwarków do atomów, cząsteczek, komórek, a następnie organizmów. Nasza zdolność do przyjmowania perspektywy jest swego rodzaju budowaniem złożoności.

Jeśli się nad tym zastanowić, jeśli rozmawiamy o czymś i mamy zupełnie inne spojrzenie na sprawę – wyobraźmy sobie przez chwilę, że pracuję dla Sounds True. Jesteś moim szefem. Próbujemy wspólnie wymyślić, jak zrealizować projekt i mamy zupełnie inne pomysły. Kiedy istnieje jedna prawda, ciało w pewien sposób skupia się wokół tej jednej perspektywy i wokół niej się umacnia. Gdy tylko pojawia się druga prawda lub druga perspektywa, w ciele powstaje napięcie.

Można to niemal porównać do praktyki jogi. Jeśli na chwilę zdecyduję się odłożyć na bok swoją perspektywę, naprawdę wsłuchać się i przyjąć twoją – nawet nie po to, by się z nią zgodzić, ale po to, by się nią podzielić – muszę być w stanie tolerować pewien rodzaj napięcia w ciele i umyśle, ponieważ teraz mam w sobie coś, co się ze sobą kłóci. Jedną z prostych rzeczy, które polecam ludziom, jest to, by podczas rozmowy w pracy, w domu, z osobami, z którymi pracujesz, i gdy pojawia się różnica zdań, naprawdę oddzielić słuchanie drugiej perspektywy od zgody.

Myślę, że to bardzo ważny pierwszy krok, ponieważ często mylimy te dwa pojęcia. Kiedy je mieszamy, znacznie trudniej jest usłyszeć drugi punkt widzenia. Więc rozróżnijmy te dwa pojęcia.

Następnie, bardzo świadomie, w ramach praktyki, doświadcz, jaki wpływ na twoje ciało ma fakt, że dopuszczasz do swojego systemu inny punkt widzenia – na przykład, jakiego rodzaju napięcie dostrzegasz? Czy zauważasz, gdzie się kurczysz? Kiedy stajesz się najbardziej reaktywny i zaczynasz je odpychać? Sprawdź, czy potrafisz rozluźnić ciało, poddać się wydechowi, pozwolić, by po prostu istniała otwarta przestrzeń innej perspektywy, również poza twoją zgodą. Pamiętaj, że my, którzy medytujemy, odkryliśmy z czasem, że otwarta przestrzeń świadomości jest nieskończona.

Odkrywając samą świadomość, otwiera się ogromna przestrzeń dla wielu punktów widzenia, ale to, co identyfikuję jako Diane, Diane ma bardzo jasne preferencje. Ta tożsamość dosłownie uniemożliwia mi dopuszczenie innych punktów widzenia. Kiedy nie mogę ich przyjąć, nie potrafię nawet zacząć ustalać, czy istnieje jakiś wspólny mianownik lub punkty wspólne. Ta praktyka oddzielania zgody, a następnie wykorzystywania umiejętności słuchania, odczuwania narastającego napięcia w ciele i po prostu wykonywania bardzo prostej praktyki słuchania – to właśnie polecałbym ludziom.

TS: Co ciekawe, słyszałem od ludzi w ciągu ostatniego roku, mniej więcej, że potrafię przyjmować różne perspektywy, chyba że chodzi o naszą obecną sytuację polityczną. Wtedy po prostu tracę rozum. Nie potrafię. Nie potrafię spojrzeć z drugiej strony, że tak powiem. Zastanawiam się, czy mógłbyś bardzo konkretnie odnieść to, co mówisz, do dyskursu politycznego.

DMH: Tak. Myślę, że to bardzo istotne pytanie. Z pewnością jest istotne w moim odczuciu, ponieważ należę do osób, które mają silne poglądy na temat opieki zdrowotnej, dostępu do edukacji i możliwości dla osób zmarginalizowanych, kultury i Medicaid dla osób starszych. Mam wiele zastrzeżeń do obecnej administracji. Szczególnie nie lubię Trumpa. Po prostu nie lubię go jako istoty. W moim odczuciu wydaje się karykaturą tego, czego nie lubię w Ameryce – jest trochę nadęty, trochę ewidentnie narcystyczny i instynktowny, sprawuje surową władzę, zamiast myśleć systematycznie i brać pod uwagę całość. Mam skrajnie negatywną reakcję.

Biorąc pod uwagę te dwie opcje, w których po prostu czuję się zbyt politycznie przeciwny, wiem, że w moim przypadku to, co chciałbym zrobić, to jasno określić, w jaki sposób – na bardzo prostym, merytorycznym poziomie – nie zgadzam się z jego polityką i jego administracją, i że są pewne stanowiska polityczne, które zajmę w odniesieniu do środowiska, praw kobiet czy czegokolwiek innego. Zamierzam działać zgodnie z tym.

Pójdę o krok dalej, a może nawet o kilka kroków. Po pierwsze, spróbuję dostrzec zasadność niektórych z tych punktów widzenia – nie chodzi o to, że powinny dominować, ale o to, dlaczego ludzie czują potrzebę wzniesienia muru i czy chęć zachowania czegoś z kultury ma jakiekolwiek uzasadnienie? Czy mogę znaleźć sposób, by dotrzeć do prawdy w tym stwierdzeniu? [W Teorii Integralnej] mówimy o tym, [jak] każda perspektywa jest prawdziwa i cząstkowa. Jaka jest cząstkowa prawda w chęci wzniesienia muru? Jaka jest cząstkowa prawda w chęci dania firmom większej swobody w prowadzeniu działalności bez konieczności spełniania mnóstwa przepisów?

Próbuję znaleźć choćby cząstkę prawdy, która pozwoli mi spojrzeć na drugą stronę z innej perspektywy, bo wiem, że kiedy aktywnie pracuję z ludźmi, którzy mają różne rozbieżności, zwłaszcza polityczne, współpraca jest sposobem na to. Tak po prostu jest. Musimy nad tym pracować.

Potem, myślę, że ostatnią rzeczą, jaką bym zrobił, byłoby zastanowienie się: „OK, co w tej sytuacji zmusza mnie do większej kreatywności?”. Innymi słowy, co w tej sytuacji widzę, co pomoże mi się rozwinąć, abym mógł być fundamentalnie postępowy politycznie? Mogę działać w tym kierunku. Mogę też spróbować dostrzec prawdę w wyborcach Trumpa i w tym, co robili. Jak więc mogę kreatywnie zareagować? W jaki sposób mogę to zrobić?

Podam wam szybki przykład. Po wyborach byłem w Boulder z kilkoma przyjaciółmi i byłem bardzo zadowolony z siebie, myśląc, że Hillary Clinton wygrała wybory. Mam braci w wojsku, którzy głosowali na Trumpa. Pamiętam, że dzień wcześniej myślałem, że oczekuję od nich, że kiedy Clinton wygra, zadzwonią do mnie i pogratulują.

Następnego ranka, kiedy Clinton faktycznie przegrał, byłem zażenowany i czułem się, jakbym został zaatakowany albo jakbym umierał. To było dla mnie naprawdę bardzo ucieleśnione. Wróciło wspomnienie tego, czego od nich oczekiwałem. Napisałem SMS-a do wszystkich trzech moich braci i pogratulowałem im wygranej w wyborach. To całkowicie zmieniło nasze relacje od tamtej pory. Ten moment kreatywności – i to było jak postawienie buta na drugą nogę – nie zmienia mojego stanowiska politycznego, ale zmienia mój sposób angażowania się. Myślę, że to naprawdę ważne.

TS: Chcę się w to zagłębić, ponieważ słyszałem wiele historii – mogę je policzyć na palcach jednej ręki – o ludziach, których relacje w rodzinach po wyborach osiągnęły nowy, fatalny poziom. „Nie rozmawiam już z bratem”. Co powiedziałbyś osobom, które chcą w jakiś sposób przełamać ten podział, ale nie do końca wiedzą, jakie kroki należy podjąć?

DMH: Jedną z rzeczy, które mówię moim studentom, którzy uczą się umiejętności komunikacyjnych i negocjacji, jest to, że po pierwsze, zaletą nauki tych umiejętności jest to, że stajesz się o wiele bardziej swobodny i biegły. Wadą ich stosowania jest to, że musisz ich faktycznie używać. Często oznacza to słuchanie, nawet gdy czujesz, że nie jesteś zbyt dobrze słuchany, lub zadawanie nieco dogłębniejszych pytań, nawet gdy czujesz, że nikt tak naprawdę nie zadaje ci pytania.

Moje doświadczenie jest takie – i tak naprawdę do pewnego stopnia myślę, że praca z teorią rozwoju bardzo mi w tym pomaga, ponieważ zmieniła moje oczekiwania co do tego, jak ludzie powinni na mnie reagować. Często wchodzimy w te rozmowy z pewnymi warunkami. Gratuluję, ale chcę też, żebyście mnie docenili. Odkryłem, że kiedy byłem gotów traktować relację z pewnym szacunkiem, traktować komunikację z pewnym stopniem prawdy, perspektywę moich braci, to oni czują – myślę, że czują mój szacunek i ciekawość.

Zauważyłam, że reagują różnie. Czasami po prostu mówię im: „Jeśli zaczniemy podążać jakąś konkretną drogą, to po prostu…” zamiast mówić: „Mylisz się”, mówię: „Naprawdę widzę w tym prawdę i co o tym myślisz?”. Na przykład budżety wojskowe – co dla mojej rodziny oczywiście jest bardzo ważne. Mówią: „Po prostu potrzebujemy silniejszego wojska”. Mówię coś w stylu: „Rozumiem, że to prawda i zauważyłam to na przykład w swoim życiu, że kiedy dużo walczę, zazwyczaj nie osiągam tak dobrych rezultatów. Jest we mnie coś, co myśli, że może być lepszy sposób na wydanie tych pieniędzy. Co o tym myślisz?”. I po prostu podtrzymuj rozmowę, podtrzymuj kontakt i stawiaj relację ponad wynik.

Ktokolwiek jest teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych, nie jest wart zerwania relacji rodzinnych. To okazja do głębszej pracy – i musimy to zrobić w całym kraju. Widziałem ten klip – a raczej słuchałem tego klipu – z kongresmenem z Montany, który, jak sądzę, wczoraj zwalił reportera Guardiana z nóg. Tak naprawdę nie mamy wyboru. Im bardziej spolaryzowane toczy się życie, tym większe kłopoty będziemy mieli. Więc równie dobrze możemy znaleźć sposoby na stworzenie kompromisu, współpracę, rozwój, wzmocnienie pozycji, pozostanie w dyskursie politycznym i w jego aktywności.

To długa droga. Ewolucja to – jak to mówią? Mówią, że jest piękna, ale nie jest ładna. Musimy zrozumieć, że jesteśmy w procesie ewolucji i że wymaga ona od nas ciągłego zaangażowania i stosowania wszystkich umiejętności, których nauczyliśmy się przez te wszystkie lata – nawet jeśli nie osiągamy rezultatu, jakiego zawsze chcieliśmy, nie spotykamy się z odpowiedzią, jakiej oczekujemy. Nadal wiemy i nadal zyskaliśmy te duchowe i emocjonalne dary z jakiegoś powodu. Musimy je wykorzystać. Tak przynajmniej uważam. Co o tym myślisz, Tami?

TS: Co o tym myślę? Myślę, że masz rację. Myślę, że trafiłeś w dziesiątkę. Musimy wyjść i wdrożyć to w życie, i podoba mi się to, co mówisz o uprzywilejowaniu relacji. To uprzywilejowanie naszej więzi z ludźmi. To musi być na pierwszym miejscu.

DMH: Zdecydowanie. Tak. Otrzymaliśmy te nauki i praktyki i – niektórzy z nas – poświęciliśmy im całe lata – a teraz nadszedł czas, aby je wykorzystać i zastosować.

TS: Jak mawia Robert Thurman, ćwiczenie to jedno. Zacznijmy występować.

DMH: Dokładnie.

TS: Tak. OK, Diane. Chciałem przeczytać cytat z twojej książki „Zen Ty i ja” – na początku książki – który naprawdę przykuł moją uwagę. Oto ten cytat: „Istnieje wrodzona granica naszej intymności i zaufania, ponieważ unikamy uznania prawdziwej głębi naszych różnic”.

Czytając to, pomyślałem o wszelkiego rodzaju związkach, nawet o tych najbardziej intymnych z przyjaciółmi i mężem lub żoną – że dla ludzi może być przerażające, gdy naprawdę dostrzegają prawdziwą głębię tego, w czym się różnimy. Chciałem o tym porozmawiać. Dlaczego to takie przerażające? Dlaczego czujemy się tak zagrożeni tylko dlatego, że ktoś w naszym otoczeniu jest inny?

DMH: Istnieją różne poziomy, na których możemy się z tym utożsamić lub spojrzeć na to pytanie, Tami. Jeden z nich to duchowy punkt widzenia – na przykład w tradycji zen; w tradycji buddyjskiej – oddzielenie [i] doświadczenie podziału jest doświadczeniem cierpienia. Zatem, kiedy czujemy się oddzieleni, odłączeni – kiedy to odłączenie prowadzi do konfliktu, kiedy ten konflikt prowadzi do alienacji, kiedy alienacje prowadzą do niesprawiedliwości lub kiedy wszystko to składa się na ucisk, to właśnie tym jest cierpienie. To wyolbrzymiona różnica.

Warto zauważyć, że naszym naturalnym stanem jest jedność, spójność, poczucie wspólnoty, a ludzkie ciało naprawdę się relaksuje w sytuacjach, w których czujemy się razem. Kiedy patrzysz głęboko w oczy partnera i wszyscy są zrelaksowani, albo kiedy trzymasz dziecko na rękach i nawiązujesz z nim kontakt, oksytocyna po prostu płynie i daje naprawdę, naprawdę przyjemne uczucie. Gdy tylko poczujemy różnicę, zaczyna wydzielać się adrenalina – kortyzol – ponieważ tam, gdzie jest różnica, jest też zagrożenie.

Druga rzecz: możemy spojrzeć na różnice z perspektywy etnocentrycznej – i być może wspominałem o tym nieco wcześniej – ale zasadniczo, w toku naszej ewolucji, nasze przetrwanie zależało od bycia razem w małych grupach liczących od 15 do 60 innych człowiekowatych i byliśmy bardziej narażeni na zranienie lub śmierć z rąk obcego człowieka niż z rąk innego drapieżnika, co jest bardziej prawdopodobne. Różnice kulturowe są w naszym układzie nerwowym głęboko utożsamiane z zagrożeniem. Kiedy jesteśmy pod presją, gromadzimy się z podobnymi sobie. Głęboko zanurzamy się w tej jedności i odpychamy każdego, kto się od nas różni.

Nawet różnice w naszej rodzinie mogą wydawać się groźne – różnice z sąsiadami z naprzeciwka, którzy mają inny kolor skóry niż my, których jedzenie pachnie inaczej i których muzyka brzmi inaczej niż my. Staje się to jeszcze groźniejsze, ponieważ to, co jest mi znajome, co zapewnia mi przetrwanie i pomaga mi czuć się jak w domu, jest w jakiś sposób zagrożone przez tę różnicę. Po części dlatego napisałem tę książkę – myślę, że w pewnym sensie poświęcamy dziś dużo uwagi zrozumieniu różnic i pielęgnowaniu różnorodności, ale myślę, że nie dostrzegamy wystarczająco głęboko zarówno cierpienia, które jest wrodzone w nasze różnice, jak i tego, jak groźne, szczególnie na poziomie kulturowym, mogą być dla nas nasze różnice.

Cała idea tolerowania nowych perspektyw lub spotykania się z ludźmi, którzy różnią się od nas, to mechanizm, według którego ewoluuje wszechświat. Zatem nie rozwijamy się, jeśli nie napotykamy różnic, ale różnice zasadniczo nie są dla nas tak przyjemne. Na początku są ekscytujące, a potem bardzo szybko je normalizujemy i integrujemy. Im bardziej tolerujemy dostrzeganie różnic, akceptowanie ich i pozwalanie im istnieć, tym bardziej rozszerzamy się, włączając to zaburzenie homeostazy naszego ciała i umysłu. Większa świadomość pozwala na więcej zakłóceń – tak o tym myślę.

Nie widziałem nikogo innego, kto miałby rację w tej kwestii. Wiem, że są niektórzy neurobiolodzy, którzy mówią o tym, jak mózg ewoluuje w ten sposób – tworząc nowe i odmienne wzorce synaps i sieci, i że w miarę ich integracji mózg właśnie tak ewoluuje. Słyszałem o tym. Słyszałem, jak Ken rozmawiał o tym z wszechświatem. Ale myślę, że naprawdę ważne jest, abyśmy zrozumieli to w najgłębszej intymności.

Mogę więc być z tobą w bliższej relacji, jeśli naprawdę pielęgnujemy tę samą tożsamość, ale także jeśli stworzymy przestrzeń na to, w jaki sposób nasze doświadczenia są naprawdę różne. Nie chodzi tylko o to, żeby się nie zgadzać. Chodzi o to, żeby pozwolić, by ta separacja kształtowała i była częścią naszej relacji.

TS: Myślę o przykładach – powiedzmy, gdyby dziecko w rodzinie, gdyby jego prawdziwe różnice zostały uznane, matka i ojciec mogliby poczuć się bardzo zagrożeni. „O mój Boże, nasze dziecko nie pasuje do tej rodzinnej normy”. To również stanowi granicę dla prawdziwej, autentycznej głębi, którą można odnaleźć, ponieważ musimy ukrywać, jak bardzo różnimy się od innych ludzi. Myślę, że jest tak wiele przykładów, w których kończymy na powierzchni w kontaktach z ludźmi, ponieważ nie jest bezpiecznie uznać: „No cóż, po prostu jesteśmy inni i to jest w porządku”.

DMH: Tak, zgadza się. Poproszono mnie ostatnio o poprowadzenie zajęć z zakresu żałoby na wydziale pracy socjalnej Uniwersytetu Utah, abym poprowadził krótką lekcję o świadomości i uważności. Poprosiłem grupę o wykonanie krótkiego ćwiczenia. Poprosiłem, aby podzielili się sposobem, w jaki przeżyli żałobę, który ukształtował w nich poczucie podobieństwa lub był bardziej uniwersalny. Może wszyscy straciliście kogoś, może przeżyliście rozwód, a może kto wie – ale czy było w tym coś wspólnego?

Następnie poprosiłem ich o podzielenie się doświadczeniem żałoby, które wydawało im się całkowicie prywatne i czymś, czym nie mogli się nawet podzielić z inną osobą, ponieważ jego struktura lub kontury były tak specyficzne dla ich doświadczenia, że ​​nie byli w stanie nawet zacząć go wyrażać. Czym jest ta część doświadczenia żałoby – zarówno ta jedność, jak i nasze człowieczeństwo i nasze wspólne doświadczenie, a także ta izolująca cecha, ponieważ nikt tak naprawdę tego nie czuje?

Jeden z członków mojej grupy powiedział, że miał adoptowaną córkę i że sposób, w jaki się zmagała, to szczególny rodzaj żałoby, i czuje, że przyczynił się do powstania tej walki, wychowując ją. Powiedział, że jest to tak głęboko zakorzenione w jego relacji z nią, że nie wyobraża sobie, aby ktokolwiek inny mógł się z tym utożsamić. To takie specyficzne. Tego rodzaju różnice naprawdę mnie interesują i lubię móc je w pewien sposób zgłębiać.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS