[Poniżej znajduje się zapis wykładu wygłoszonego przed czterema tysiącami osób zgromadzonych na Narodowej Konwencji Dżainistów w Atlancie w stanie Georgia. Przed wykładem Nipuna, legendy ruchu na rzecz praw obywatelskich John Lewis i Andrew Young podzielili się swoimi spostrzeżeniami ze swojej podróży z Martinem Lutherem Kingiem Jr.]Dziękuję za możliwość przemówienia do Państwa. To dla mnie zaszczyt być tu dzisiaj z Wami i szczególny zaszczyt móc wystąpić obok Johna Lewisa i Andrew Younga.
Dziś chciałbym poruszyć temat niepopularnej cnoty. Cnoty, która wyszła z łask w dobie selfie i nieustannych aktualizacji statusów. Cnoty pokory. Żyjemy w epoce, w której uważa się, że nie stać nas już na pokorę.
Lata temu, usiadłem na lunchu obok młodego mieszkańca wioski w Indiach . Jak zwykle, zamknąłem oczy na chwilę wdzięczności przed jedzeniem. Kiedy je otworzyłem, zobaczyłem coś niezwykłego – ten chłopak przygotowywał kęs z mojego talerza. Z mojego talerza! Widząc moje zmieszanie, uprzejmie wyjaśnił: „Chciałem kawałek twojej modlitwy i pomyślałem, że najlepiej będzie, jeśli ci pomogę właśnie teraz”. Mówiąc to, podał mi ten kęs. Wyobraź sobie, że słyszysz te słowa i otrzymujesz ten gest od kogoś, kogo dopiero co poznałeś. Byłem wzruszony.
Zaciekawiony, by dowiedzieć się o nim więcej, zapytałem go o jego pracę. Uśmiechnął się i powiedział: „Cóż, trudno to opisać. To trochę jak wróbel w tej bajce. Jak głosi historia, niebo spada, a wszystkie stworzenia uciekają. Wróbel myśli sobie: „Chcę pomóc. Ale co mogę zrobić? Jestem tylko wróblem”. Wtedy wróbel ma błysk geniuszu – kładzie się na grzbiecie i wskazuje nogami w niebo. „Co robisz, mały wróbelku?” – pytają inni. „No cóż, słyszałem, że niebo spada, więc robię, co mogę, żeby je utrzymać”. Po chwili mój nowy przyjaciel dodaje: „Ja też staram się tak robić”.
Mały, subtelny, cichy. I skromny.
Świat, w którym żyjemy, jest niemal jego całkowitym przeciwieństwem: pompatyczny, przyziemny, głośny.
Kilka lat temu Google udostępnił przeszukiwalną bazę danych obejmującą 5,2 miliona książek opublikowanych od 1500 roku. Naukowcy wkrótce odkryli , że między 1960 a 2008 rokiem słowa indywidualistyczne coraz bardziej przyćmiewały słowa wspólnotowe. Użycie słów „życzliwość” i „pomoc” spadło o 56%, podczas gdy „skromność” i „pokora” spadły o 52%. Nasz język odzwierciedla nasze życie. Frazy takie jak „wspólnota” i „dobro wspólne” straciły na popularności na rzecz „mogę to zrobić sam” i „ja jestem na pierwszym miejscu”. Przeszliśmy od „my” do „ja ”.
Archetypem dzisiejszego bohatera jest człowiek przebojowy, z nastawieniem „fajni faceci kończą ostatni”. Nasze systemy są zaprojektowane tak, aby uprzywilejować władzę, a szacunek jest mierzony tytułami i stanem konta. Podczas gdy wizytówki wyprzedzają uściski dłoni i uściski, nasze codzienne życie przekształciło się w sztafetową wymianę komercyjnych intencji. W wyścigu szczurów o uzupełnienie CV, skondensowaliśmy nasze niuanse doświadczeń w krótkie prezentacje w windzie. Jesteśmy gotowi „zabrać głos” i przedkładać ambicję nad poddanie się.
Pytanie nie brzmi już, czy możemy sobie pozwolić na pokorę, ale czy naprawdę możemy sobie pozwolić na własną arogancję?
Bez pokory nasze przesadne poczucie wyższości odłącza nas od siebie. Zwiększa narcyzm i zmniejsza empatię. To może być dobre dla gospodarki, ale na pewno nie dla dobrobytu społecznego. Kilka miesięcy temu byłem w Bhutanie z ludźmi, którzy wdrożyli Szczęście Narodowe Brutto, i od nich dowiedziałem się o niezwykłych badaniach na Uniwersytecie Michigan. Okazuje się, że od 1980 roku nasz poziom empatii stopniowo spadał, ale w 2000 roku nagle spadł o 40 procent. Czterdzieści! Nic dziwnego, że raport Gallupa opublikowany w zeszłym tygodniu donosił, że Stany Zjednoczone spadły z 12. na 23. miejsce w globalnym indeksie dobrobytu. To dziwny paradoks – jednocześnie jesteśmy bardziej egocentryczni niż kiedykolwiek i mniej szczęśliwi i zdrowi z tego powodu.
Jednakże z pokorą możemy dać początek zupełnie nowej historii.
Pod koniec lat 70. dwóch mnichów buddyjskich – wielebny Heng Sure i Heng Chau – rozpoczęło oszałamiającą pielgrzymkę z pokłonami wzdłuż wybrzeża Kalifornii. Przez 900 mil przechodzili trzy kroki i wykonywali jeden pełny ukłon do ziemi. Ich praktyką było spotykanie wszystkiego jako odbicia ich umysłu i odbijanie tego sercem pełnym miłości. Pewnego dnia, przechodząc przez niebezpieczną dzielnicę w Los Angeles, zostali otoczeni przez grupę członków gangu. Jeden z nich rzucił kosz na śmieci, wyjął pręt łączący kosz z pokrywką i zaczął groźnie szarpać tym prętem za bok kosza na śmieci. Sluzzzz, slussssh, jakby ostrzył ostrze i sygnalizował zbliżający się los głowy mnicha. Inni przyjaciele zachęcali go do tego złowieszczym śpiewem. Jak wielebny Heng Sure później napisał w swoich dziennikach: „Wszystkie włosy na moim ciele stanęły dęba ze strachu”. Jednak jego zobowiązanie było bezwarunkowe: bez względu na to, co przyniesiesz do tej chwili, kłaniam się dobroci w tobie. Niech cię Bóg błogosławi. I tak pokornie pokłonił się ostatni raz u stóp nastolatka. Pięść jego niedoszłego napastnika uniosła się w górę, gotowa do ataku, ale on zamarł. Całkowicie zamarł. Inni wokół niego zamilkli. Wyobraź sobie, że masz zamiar kogoś okładać pięściami, a on kłania się z wielkim współczuciem. Mnisi kontynuowali kłanianie się, mijając oniemiałą grupę.W dzisiejszej kulturze pokora jest uznawana za oznakę słabości, podczas gdy w rzeczywistości jest ona bramą do niespotykanej i głębokiej siły.
Widzimy tego przykłady we wszystkich tradycjach mądrościowych. W sikhizmie Guru Arjan Dev, piąty z dziesięciu guru, wygłosił to credo wszystkim wojownikom: „Pokora jest moją buławą; stawanie się pyłem ze stóp każdego jest moim mieczem. Żadne zło nie może się temu oprzeć”. Jezus Chrystus umył stopy swoim uczniom, dwunastu apostołom, a następnie dodał: „Czy wiecie, co mam? Dałem wam przykład”. W innym miejscu wyraźnie stwierdza: „Błogosławieni cisi, albowiem oni odziedziczą ziemię. Bo kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony”. W dżinizmie, jak wszyscy wiecie, istnieje potężna praktyka Micchami Dukkadam w ostatnim dniu świętego okresu Paryushan, podczas której dżiniści aktywnie szukają i oferują przebaczenie: „Jeśli w jakikolwiek sposób obraziłem was, świadomie lub nieświadomie, myślą, słowem lub czynem, proszę o wasze przebaczenie”. Każdego roku, tego dnia, otrzymuję wiele takich e-maili od przyjaciół wyznających dżinistyczną wiarę. Samo bycie odbiorcą jest tak wzruszającym uczuciem, że mogę sobie tylko wyobrazić, co to znaczy być po drugiej stronie.
| Mamy też tak wiele współczesnych przykładów. Matka Teresa nazwała pokorę „matką wszystkich cnót” i przypomniała nam: „Nie możemy czynić wielkich rzeczy. Tylko małe rzeczy z wielką miłością”. I oczywiście mamy Gandhiego. Kiedy zmarł, mając na koncie mniej niż dziewięć dóbr, dziennikarz Edwin Murrow przeczytał w radiu: „Człowiek bez majątku, bez własności, bez oficjalnego tytułu czy urzędu. Mahatma Gandhi nie był dowódcą wielkich armii ani władcą rozległych ziem. Nie mógł się poszczycić osiągnięciami naukowymi ani talentem artystycznym. Mimo to ludzie, rządy i dygnitarze z całego świata połączyli dziś ręce, by oddać hołd temu małemu, brązowemu człowiekowi w przepasce biodrowej, który poprowadził swój kraj do wolności”. |
Dzisiaj chciałbym podzielić się z wami trzema drzwiami mocy, które otwiera pokora.
Pierwsze drzwi to siła wielu.
W obliczu braku pokory zapominamy o ramionach, na których stoimy, i głupio zaczynamy przypisywać sobie wyłączną zasługę za to, co robimy. Pamiętam, jak mama opowiadała mi przypowieść z Mahabharaty. Pies jedzie rydwanem Kryszny i o dziwo, kiedy pies machnął ogonem w prawo, rydwan skręcił w prawo. A kiedy machnął nim w lewo, rydwan skręcił w lewo. Był to przykład korelacji, a nie związku przyczynowo-skutkowego, i byłoby wręcz absurdalne, gdyby pies naprawdę wierzył, że kontroluje rydwan ogonem. A jednak właśnie tak zwodzi nas nasza arogancja. Zapominamy, że za każdym z nas kryje się niewidzialny strumień uwarunkowań, który wspiera każdy nasz ruch.
Dorastając, z pewnością zapomniałem tej mądrości. Zacząłem robić wszystkie „właściwe rzeczy”: dobrze mi szło w liceum, dostałem się na UC Berkeley, zdobyłem prestiżową pracę w Dolinie Krzemowej. Potem, na początku dwudziestki, porzuciłem korporacyjny świat i założyłem ServiceSpace . Mój debiut telewizyjny to półgodzinny wywiad w CNN. Ludzie świętowali moje osiągnięcia i początkowo uważałem, że zasługuję na uznanie. Ale z czasem zrozumiałem, że jestem tylko psem w rydwanie. Ego jest zawsze gotowe, aby zbudować historię wokół naszej wyjątkowej wyjątkowości. Niezależnie od tego, czy chodzi o osiągnięcia światowe, czy nawet służbę, duma ma jeden smak. A nasz świat, niestety, to zachęca. Powoli jednak zacząłem dostrzegać długą serię kaskadowych okoliczności, które musiały się sprzysięgnąć, nawet po prostu po to, abym mógł tu dzisiaj stać. Jak mogłem myśleć, że to wszystko moja sprawka?
Nowe odkrycia naukowe wskazują na siłę wielu. Mamy na siebie większy wpływ, niż nam się wydaje. Badania wykazały, że najsilniejszy wpływ na czyjeś zachowanie ma — zachowanie przyjaciela. Według przełomowych badań przeprowadzonych przez Nicholasa Christakisa i Jamesa Fowlera z Harvardu, szczęście lubi towarzystwo — rozprzestrzenia się wirusowo, w sieci. Tak samo jest z otyłością, rakiem, a nawet rozwodem. Jeśli masz rozwiedzionego przyjaciela, prawdopodobieństwo, że sam się rozwiedziesz, jest o 147% wyższe. Jeśli więc chcesz pozostać w małżeństwie, musimy pracować nad wzmocnieniem małżeństw twoich przyjaciół. Staram się mówić żonie, że jeśli chce, żebym wrócił do formy, musi namówić mojego brata i mamę na bieżnię. :) I to samo działa w przypadku filantropii, życzliwości i dobrych wiadomości. Wszystko, co robimy, rozchodzi się i wpływa na każdy wątek w sieci naszych powiązań.
Z tego zrozumienia wyłania się istotny wniosek: każdy jest ważny i każdy ma coś do zaoferowania. A jeśli zorganizujemy się wokół wykorzystania ludzkich talentów, zaczniemy tworzyć przełomowe możliwości.
Niedawno poznałem faceta o imieniu VR Ferose . Odmienił dział badawczo-rozwojowy firmy z listy Fortune 500 i w wieku 36 lat zatrudniał 5000 pracowników. Poślubił swoją ukochaną ze studiów, został ojcem i pewnego druzgocącego dnia wraz z żoną dowiedzieli się, że ich syn, Vivaan, cierpi na spektrum autyzmu. Ta wiadomość ich zdruzgotała, ale w otchłani rozpaczy Ferose i jego żona odnaleźli swoje życiowe powołanie. Jak zwięźle ujął to Ferose: „Chcę zmienić świat dla Vivaana, a moja żona chce zmienić Vivaana dla świata”.Niedługo potem uruchomili wiele udanych projektów. Ferose dogłębnie zbadał wyjątkowe talenty populacji autystycznej. Cóż, jeśli jesteś autystyczny, nigdy się nie nudzisz i nigdy nie kłamiesz. Ferose przyjrzał się tym cechom, a następnie wykonał rewolucyjny krok – zatrudnił 5 pracowników z autyzmem w swojej firmie z listy Fortune 500, a następnie dopasował ich do ról, które pozwoliły im zabłysnąć. To był ogromny sukces. Nowi pracownicy wyróżniali się w swojej pracy. Wieść o ich wkładzie dotarła do prezesa firmy i był tak wzruszony, że ogłosił, że do 2020 roku 1% ich 65-tysięcznego personelu na całym świecie będą stanowić osoby ze spektrum autyzmu. „Tego dnia przyjaciel przyszedł do mojego biura i powiedział: Vivaan właśnie stworzył 650 miejsc pracy. Miałem łzy w oczach” – wspomina Ferose. Teraz ONZ rozważa mandat, aby zainspirować inne kraje z listy Fortune 500 do zrobienia tego samego.
Wszystko to wydarzyło się, ponieważ Ferose zrozumiał, że najlepszym sposobem wsparcia jego wyjątkowego dziecka jest pomoc w stworzeniu świata, który wspiera wyjątkowość innych, a także zbudowanie społeczności, która opiera się na przekonaniu, że każdy jest w czymś dobry.
Dotarcie do ludzkich talentów nie jest możliwe siłą ani autorytetem. Wymaga to pokory. Wymaga głębokiego zaufania do synergii naszych wzajemnych powiązań i zrozumienia siły wielu.
Drugie drzwi, które otwiera pokora, to siła jednostki.
W zeszłym roku miałem przyjemność spędzić trochę czasu z Francois Pienaarem, legendą rugby, który był bardzo blisko Nelsona Mandeli – i którego słynną rolę zagrał Matt Damon w filmie „Invictus”. Ponieważ dzielił się wieloma osobistymi spotkaniami z Mandelą, uderzyło mnie to, jak praktycznie każda historia opowiadała o pokorze Mandeli.
Jeden z najważniejszych momentów w życiu Francois nadszedł, gdy odwiedził celę więzienną Mandeli na Robben Island. Wyciągając ramiona, powiedział: „W takiej przestrzeni żył przez 27 lat z rzędu. Dorastałem myśląc, że jest terrorystą. Wszyscy Afrykanerzy tak myśleli. A jednak wyszedł z więzienia z otwartym sercem, które może pomieścić każdego”. I rzeczywiście, pierwsze słowa Mandeli po wyjściu z więzienia brzmiały: „Stoję tu przed wami nie jako prorok, lecz jako pokorny sługa”. Pokorny. Sługa.
Wymownym przykładem służebnego przywództwa Mandeli był rok 1995. Pośród szalejących napięć społecznych, które pochłaniały setki ofiar, doszedł do władzy jako pierwszy demokratycznie wybrany prezydent RPA. Był to również rok, w którym reprezentacja rugby tego kraju odnosiła liczne zwycięstwa. Przy milionach kibiców, wielu RPA uznało to za symboliczną okazję do zasygnalizowania końca apartheidu; chcieli zmienić nazwę drużyny, barwy i stroje w sporcie powszechnie uważanym za „biały człowiek”. Mandela natomiast dostrzegł inną szansę. Szansę na przebaczenie. Od klubów sportowych po ratusze, aby nakłonić swoich rodaków do pójścia właściwą drogą: „Musimy zaskoczyć ich współczuciem, powściągliwością i hojnością; wiem, że odmówili nam wszystkiego, ale to nie czas na celebrowanie drobnej zemsty”.
Właśnie o to chodziło w Mandeli. Miał śmiałość wierzyć w zdolność każdego człowieka do przekształcenia cierpienia w miłość. Sam tego dokonał. Podczas gdy siła wielu uczy nas, że każdy jest w czymś dobry, siła jednego wskazuje na naszą nieograniczoną zdolność do wewnętrznej transformacji. Każdy może odnaleźć wielkość w miłości.
| Zachowali tę samą nazwę, tę samą koszulkę, te same kolory. Springboks w zieleni. Tego roku RPA dotarła do finału, gdzie zmierzyła się z Nową Zelandią. Po regulaminowym czasie gry jest remis 12-12. Dogrywka. Epicki mecz. I RPA wygrywa Puchar Świata, po raz pierwszy w historii kraju! Mandela pokornie wychodzi na boisko, nie w prezydenckim garniturze, ale w zielonej koszulce Springboksów -- co wielu uważało za "mundur wroga". 65-tysięczny tłum spontanicznie wybucha skandowaniem: Nelson, Nelson, Nelson! To było elektryzujące. "Nigdy nie widziałem tylu dorosłych mężczyzn płaczących" -- mówili później zawodnicy. Tłum później śpiewa "Shoooo--shaaaa-llooooo--aaaaa" -- piosenkę Zulu, którą Mandela często śpiewał sobie w więzieniu. W tym momencie cały naród zjednoczył się pod przywództwem Mandeli -- i jego miłością. |
Podczas końcowej ceremonii wręczenia trofeum, Mandela wręczając je Francois, wyszeptał do niego: „Dziękuję za to, co zrobiłeś dla kraju”. Francois zamilkł, głęboko poruszony. A potem spontanicznie odpowiedział człowiekowi, którego kiedyś uważał za terrorystę: „Dziękuję, Madibo, za to, co zrobiłeś dla świata”.
Mandela wstrząsnął światem nie siłą swojego ego czy niezwykłymi umiejętnościami, ale zapierającą dech w piersiach zdolnością do wewnętrznej transformacji i pokorą. Wierzył w siłę jednostki, uosabiał tę siłę i pokazał nam, że jest to siła nie do zmierzenia.
Trzecią, najsubtelniejszą bramą pokory jest moc zera.
Niedawno spotkałem 96-letniego sufickiego świętego o imieniu Dada Vaswani. Ma on wielu wyznawców na całym świecie, cieszy się wielkim szacunkiem mnichów i mniszek z różnych tradycji i emanuje głębokim spokojem. Byłem głęboko wdzięczny za spotkanie z nim. Ale jego pierwsze słowa do mnie brzmiały: „Jestem tak wdzięczny, że cię poznałem”. To nie była zwykła uprzejmość, naprawdę tak myślał. I nie dlatego, że uważał mnie za kogoś wyjątkowego – po prostu wiedział, że każdy jest wyjątkowy. Bo każdy jest ze wszystkim połączony, a całe widowisko jest święte.Wszystko w nim i wokół niego było skromne. Kiedy spotkaliśmy się w jego prywatnym gabinecie, siedzieliśmy na prostych, białych, plastikowych krzesłach. Między nami stał chwiejny, plastikowy stolik. Widać było, że te powierzchowne pozory nie miały dla niego znaczenia. Sposób, w jaki się zachowywał, słowa, którymi się dzielił, życzliwość, którą emanował, dodawały siły mnie i wszystkim wokół niego – dodawały nam siły, nie do bycia większymi, wspanialszymi, kimś … ale do bycia małymi, prostymi, nikim.
Dada opowiadał, że kiedyś zapytano jego nauczyciela, kim jest. „Czy jest pan poetą? Czy jest pan pedagogiem? Autorem? Świętym?”. Odpowiedział: „Jestem zerem”. Po czym zrobił chwilę przerwy i dodał: „Nie jestem angielskim zerem – angielskie zero zajmuje przestrzeń. Jestem sindhijskim „Nukta”. W sindhi zero pisze się jak kropka. Więc to był ideał, który mi postawiono” – podzielił się Dada.
Kiedy uda nam się radykalnie zmniejszyć „ja”, odnajdujemy prawdziwą ekspansję. To właśnie wtedy, gdy zmniejszamy nasze zaabsorbowanie sobą, przepływa przez nas o wiele większa energia. Nie próbujemy już napędzać zmian w świecie, ale raczej „być” tą zmianą, którą pragniemy zobaczyć. Modlitwa św. Franciszka nie brzmiała: „Uczyń mnie szefem Twojego pokoju”. Chodziło o to, bym stał się kanałem Twojego pokoju. A bycie kanałem oznacza zrozumienie prawdziwej mocy bycia zerem.
W pewnym momencie naszej rozmowy zapytałem Dadę o jego plany na przyszłość. Ma 96 lat i jest duchowym przywódcą milionów, więc plan sukcesji budzi w wielu naturalny niepokój. Jednak jego odpowiedź była jednoznaczna: „Och, to nie moja sprawa. To nie ja teraz to robię i to nie ja będę to robił w przyszłości. Po prostu staram się być nikim”. Poświęcił temu dziełu całe życie, a jednak nie próbował kontrolować jego przyszłości. Wiedział, że jego zadaniem jest po prostu – być narzędziem.
Aby zgłębić tę ideę bycia narzędziem, bycia zerem, zapytałem go o bodhisattwów. Podobnie jak dżinowie w dżinizmie, buddyści definiują bodhisattwów jako istoty, które porzucają własne wyzwolenie dla dobra innych. Zatrzymał się na chwilę, spojrzał mi w oczy i wyrecytował wiersz Śantidewy. Jedno słowo po drugim.
Niech będę strażnikiem dla tych, którzy potrzebują ochrony,
Przewodnik dla tych, którzy podążają ścieżką,
Łódź, tratwa, most dla tych, którzy chcą przekroczyć powódź.
Niech będę lampą w ciemności,
Miejsce odpoczynku dla zmęczonych,
Lekarstwo lecznicze dla wszystkich chorych,
Waza obfitości, drzewo cudów;
A dla niezliczonej rzeszy istot żywych,
Niech przyniosę pożywienie i przebudzenie,
Trwały jak ziemia i niebo
Dopóki wszystkie istoty nie uwolnią się od smutku,
I wszyscy się budzą.
Jego głos ucichł i żadne słowa nie były w stanie opisać elektryzującego uczucia w pokoju. Moje serce przepełniała wdzięczność. Z całą skromną pokorą, na jaką mnie było stać, zapytałem: „Dada, w czym mogę ci służyć?”. Wtedy zrobił coś, co mnie zdumiało. Złożył dłonie przed moimi oczami, jakby wyciągając miskę żebraczą, i łagodnie powiedział: „Proszę o twoje łzy współczucia”.
Długa pauza. Tym razem z mojego powodu. Nie pojawiały się żadne pytania, nie pojawiały się żadne odpowiedzi. Po prostu patrzyliśmy sobie w oczy. W końcu udało mi się wykrztusić kilka słów: „Zrobię, co w mojej mocy, tato” – powiedziałem.
Kiedy Dada prosił mnie o łzy współczucia, wskazywał na moc zera – tę zdolność bycia pustym naczyniem, dzięki której fala współczucia może bez trudu przez ciebie przepłynąć. A wszystko zaczyna się od mądrości pokory.
Na zakończenie chciałbym opowiedzieć historię mojego przyjaciela i wspaniałego człowieka, Shakkubena.
Shakkuben spędziła większość swojego życia pracując jako woźna szkolna w Indiach. Pewnego dnia jednak w jej sercu zrodziło się piękne pragnienie: Chcę służyć. Zaraz potem przyszła jej kolejna myśl: co mogę dać? Przyjaciel opowiedział jej historię o tym, jak Gandhi zgubił kiedyś bardzo mały ołówek i szukał go wszędzie. Kiedy ktoś powiedział mu: „Bapu, jesteś ojcem narodu; nie masz czasu szukać małego ołówka, oto tuzin innych”, Gandhi odpowiedział po prostu: „Ale dziecko dało mi ten ołówek z wielką miłością” i kontynuował poszukiwania. Dla Gandhiego rozmiar miłości był o wiele ważniejszy niż rozmiar ołówka. Shakkuben wzięła to sobie do serca i rozpoczęła własny eksperyment w służbie. Codziennie przeszukiwała śmieci w swojej szkole, szukała małych ołówków, które inni wyrzucili, i dawała je ludziom, których nie było stać nawet na tyle. A dla niej nie liczyły się same ołówki, ale miłość, w którą były owinięte.Pewnego dnia, po śniadaniu w domu, Shakkuben ofiarowuje mi prezent na pożegnanie. Lekko podartą różową plastikową torbę, wciąż żywo ją pamiętam. Jej pierwsza kolekcja tych małych ołówków. Byłem tak wzruszony, że nawet nie mogłem jej otworzyć przy niej. Tego ranka miałem kolejne wydarzenie i nie mogłem się powstrzymać, żeby nie podzielić się z nią jej historią. W ramach pokazu i opowieści otworzyłem tę różową torbę, włożyłem do niej rękę i wyciągnąłem garść małych ołówków, zepsutych gumek, tępych temperówek. O rany. Nie chodziło tylko o ołówki… chodziło o to, w co były zapakowane. Miłość tej skromnej woźnej. Nie mogłem powstrzymać łez.
Kiedy nasze dary dla świata są odziane w taką pokorę i szacunek, niewysłowiony grzmot ryczy za tymi kroplami deszczu. I właśnie do tego wzywa nas dżinizm. Pokłońmy się wszelkiemu życiu, Ahimsa ; pokłońmy się innym punktom widzenia, Anekantvad ; pokłońmy się naszej wzajemnej więzi, Aparigraha.
Kiedy kłaniamy się wszystkiemu, co istnieje, zmieniamy nasze rozumienie sukcesu i osiągnięć. Odkrywamy, że każdy jest w czymś dobry. Że każdy może znaleźć wielkość w dawaniu i że każdy jest połączony ze wszystkimi. Wiemy wtedy, że naszym zadaniem jest po prostu być jak wróbel i wnieść swój mały wkład w podtrzymywanie nieba. Jak mój młody przyjaciel, który złamał kawałek chleba i ofiarował ten kęs, obyśmy zawsze starali się służyć sobie nawzajem w małych rzeczach. I zachować cząstkę swoich modlitw.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
1 PAST RESPONSES