Popadłam w dołek. Straciłam motywację i pęd, spędziłam mnóstwo czasu w koszulce i spodniach od piżamy, nie zawracałam sobie głowy czesaniem włosów i zjadłam mnóstwo lodów, co wcale nie pomaga. Prawdopodobnie miało to wiele wspólnego z pogodą — mieliśmy dni i dni szarości i mżawki. Monte dosłownie klęczał na zewnątrz, aby niekończące się prace rozbiórkowe i naprawcze zgniłego pokładu i sufitu, nasi sąsiedzi się wyprowadzają, seria wydatków sprawiła, że poczułam się nieswojo finansowo. Ale także, jak zwykle, wiadomości ze świata nie są z gatunku tych, które poprawiają nastrój. A duchy mojej przeszłości były szczególnie głośne i niespokojne.
Ale posłuchałem własnej rady i wyszedłem na zewnątrz, gdy pogoda się uspokoiła, a procesja rozkoszy się roztoczyła. Niebo ułożyło się w warstwy szarości i bieli nad ciemnym morzem, a przez polanę w chmurach błyszczała wyspa Santa Rosa… Widziałem smugi białego piasku na jej brzegach. Sęp wylądował na słupie i rozłożył skrzydła szeroko, by wyschnąć. Zebrałem z ziemi pomarańcze pokryte deszczem i zauważyłem, że nasza mała śliwka jest ozdobiona młodymi owocami.
Być może najrozsądniej było odwiedzić moją Bestie w Los Alamos na początku tygodnia. Poczułam się lepiej, gdy tylko zapukała do drzwi. Usiedliśmy przy jej stole i zjedliśmy lunch na porcelanowych talerzach, i to było jak czasowe odosobnienie w 1910 roku. Nawet popijaliśmy herbatę z eleganckich filiżanek i oczywiście rozmawialiśmy o wszystkim, tak jak to robimy, i znaleźliśmy pożywienie, wzajemne pożywienie. Moja Bestie również nie zaczynała z łatwego miejsca, ale podłość nie czyniła jej podłą, a niedobór pieniędzy nie czynił jej chciwą, a niesprawiedliwość po prostu skłoniła ją do pracy dla tego, co słuszne. Jest odważna i miła, towarzyszka podróży. Skonsolidowaliśmy nasze zdumienie i natknęliśmy się na odpowiedzi, a ostatecznie wszystko to przekształciło się w zdumienie i wdzięczność. Wysłała mnie do domu z bochenkiem chleba i zapachem róż w mojej głowie.
Następnego dnia pojechałem do biura rancza, aby pomóc w liczeniu głosów w specjalnych wyborach naszego stowarzyszenia właścicieli domów. Usłyszałem, jak ktoś woła moje imię, gdy zsiadałem z mojego zaufanego rumaka… okej… gdy wysiadałem z mojego chwiejnego małego samochodu. To był George, uprzejmy facet, który tu pracuje, dbając o drzewa, tereny i prace konserwacyjne.
„Pogoda się zmienia” – powiedziałem mu zamiast „cześć”. „Wszystko wydaje się być w zawieszeniu i zmieniać się. Nie wiem, co się dzieje, George”.
George oparł się o łopatę, z głową skierowaną ku niebu. „Czasami zmiana jest bardzo podobna do dyskomfortu” – powiedział, brzmiąc jak guru. „A potem, w pewnym momencie, osiąga punkt kulminacyjny i staje się czymś dobrym i koniecznym. Wzrost. Tak właśnie rośniemy”.
Szczerze mówiąc, to prawie dokładny cytat. Użył nawet słowa „crescendo”. Filozofowie czają się wszędzie.
Następnie przeszedłem przez pozostałości stuletniego sadu do historycznego domu, w którym miały zostać zliczone głosy. Otworzyliśmy koperty zawierające karteczki, każda bezimienna i tajna, odczytując głosy na głos dwóm innym obywatelom-wolontariuszom, którzy starannie je liczyli. To była prawdziwa demokracja w działaniu. Lokalna społeczność. To coś, co sprawia, że jestem podekscytowany i wdzięczny.
Potem — skoro już o filozofach mowa — postanowiłem odwiedzić mojego przyjaciela Arystotelesa, który mieszka w domu na wzgórzu na zachodnim krańcu rancza. Próbowaliśmy różnych rodzajów ciasteczek i popijaliśmy bezkofeinową zieloną herbatę, a potem puszczaliśmy bąki, narzekaliśmy i zachwycaliśmy się, jak to mamy w zwyczaju. Przeważnie narzekaliśmy, jeśli mam być szczery.
Arystoteles właśnie skończył dziewięćdziesiąt lat, a ja szukam u niego mądrości starszego, ale jest zbyt skromny, by przyznać, że jakąś nabył. Jakoś udało mi się opowiedzieć mu trochę o smutnej historii mojej rodziny pochodzenia, jak hałaśliwe potrafią być moje duchy i jak nawet teraz są na mnie złe i zawiedzione. Zdaję sobie sprawę, że ten temat pojawia się zbyt często — wyobrażam sobie, że Monte się nudzi i traci cierpliwość, słysząc to wszystko już wiele razy. Ale to był nowy słuchacz. Oddałem się opowiadaniu. To było prawie jak siedzenie z psychiatrą.
Arystoteles był pełen współczucia, ale trochę zdezorientowany. „Kiedy w końcu uwierzysz, jaką jesteś dobrą osobą?” – zapytał.
„Trudno dyskutować z głosami zmarłych” – powiedziałem mu.
„Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że możesz ich źle słyszeć?” – powiedział. „Ich poglądy już się zmieniły. Musisz słuchać inaczej. Może mówią ci, żebyś cieszył się życiem”.
Czy to możliwe? Czasami myślę, że tak. Czemu do cholery nie?
Rozmawialiśmy o przyjaźni i rodzinie. Kto zna cię najlepiej? Kto widzi twoje obecne „ja” najwyraźniej? Słuchaj swoich przyjaciół.
A jeszcze lepiej, spójrz na zewnątrz. Światło przesuwało się w kierunku granicy dnia, a skupisko chmur otworzyło się, odsłaniając wyspę San Miguel świecącą w oddali.
Droga powrotna do samochodu wiodła cały czas z górki i nawet gdy znów zaczął padać deszcz, nie przeszkadzało mi to.
Następnego dnia zobaczyłam pumę na podjeździe i to było całkiem ekscytujące. Poszłam z dwoma dobrymi przyjaciółmi na wysokie miejsce, podczas gdy wielkie, pulchne chmury pędziły po niebie, a światło i cień grały na mozaikę pól i łąk pod nami, malując ją wieloma odcieniami zieleni i złota. Obliczyliśmy, że we troje zgromadziliśmy 218 lat życia i podziwialiśmy fakt, że byliśmy przyjaciółmi przez dziesięciolecia pracy, zmian i wychowywania dzieci, a teraz jesteśmy trójką babć. Usiedliśmy na ziemi i udało nam się znowu wstać. Byliśmy wdzięczni i zaskoczeni wszystkim.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
5 PAST RESPONSES