Lata temu słyszałem przemówienie Dorothy Day. Założycielki ruchu Catholic Worker, której długoletnie zaangażowanie w życie wśród ubogich na Lower East Side w Nowym Jorku uczyniło ją jedną z moich idolek. Dlatego byłem zszokowany, gdy w trakcie przemówienia usłyszałem, jak zaczyna rozmyślać o „niewdzięcznych biednych”.Nie rozumiałem, jak tak lekceważące sformułowanie mogło wyjść z ust świętego – dopóki nie uderzyło mnie ono z siłą koanu zen. Dorothy Day mówiła: „Nie dawaj biednym, oczekując ich wdzięczności, żebyś mógł poczuć się dobrze sam ze sobą. Jeśli to zrobisz, twoje dawanie będzie skąpe i krótkotrwałe, a tego biedni nie potrzebują; to tylko ich jeszcze bardziej zuboży. Dawaj tylko wtedy, gdy masz coś, co musisz dać; dawaj tylko wtedy, gdy jesteś kimś, dla kogo dawanie jest samo w sobie nagrodą”.
Kiedy daję coś, czego nie posiadam, daję fałszywy i niebezpieczny dar, dar, który wygląda jak miłość, ale w rzeczywistości jest pozbawiony miłości – dar dany bardziej z mojej potrzeby udowodnienia swojej wartości niż z potrzeby drugiej osoby, by się o nią troszczyła. Tego rodzaju dawanie jest nie tylko pozbawione miłości i wiary, ale także oparte na aroganckim i błędnym przekonaniu, że Bóg nie ma innego sposobu, by skierować miłość do drugiej osoby, jak tylko przeze mnie. Tak, jesteśmy stworzeni we wspólnocie i dla wspólnoty, by być tam, w miłości, dla siebie nawzajem. Ale wspólnota działa w obie strony: kiedy osiągamy granice własnej zdolności kochania, wspólnota oznacza zaufanie, że ktoś inny będzie dostępny dla osoby w potrzebie.
Jednym ze znaków, że gwałcę własną naturę w imię szlachetności, jest stan zwany wypaleniem. Choć zazwyczaj postrzegane jako wynik próby dawania z siebie zbyt wiele, z mojego doświadczenia wynika ono z próby dawania z siebie tego, czego nie posiadam – a to szczyt dawania zbyt mało! Wypalenie to stan pustki, to prawda, ale nie wynika z oddawania wszystkiego, co mam; ujawnia jedynie nicość, z której w pierwszej kolejności próbowałem coś dać.
May Sarton w swoim wierszu „Teraz staję się sobą” posługuje się obrazami ze świata przyrody, aby opisać inny rodzaj dawania, zakorzeniony w innym sposobie bycia, sposobie, który nie prowadzi do wypalenia, lecz do płodności i obfitości:
Tak wolno jak dojrzewający owoc
Płodny, niezależny i zawsze wyczerpany,
Spada, lecz nie wyczerpuje korzenia...
Kiedy dar, który daję drugiemu, jest integralną częścią mojej natury, kiedy pochodzi z organicznej rzeczywistości we mnie, odnowi się – i odnowi mnie – nawet gdy go oddaję. Tylko dając coś, co we mnie nie rośnie, wyczerpuję siebie i krzywdzę również drugiego, bo tylko krzywda może wyniknąć z daru wymuszonego, nieorganicznego, nierealnego.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
2 PAST RESPONSES
I just plain love this site. The news is so odious at the moment, this site is a gentle reminder that I don't have to allow myself to get sucked in to the latest drama. Parker's work is so welcome. It leads me into a deeper way of being in the world, and the reality is that I don't drive the bus (metaphorically speaking).
Much gratitude
Hmmm... Not sure whether giving can be as black and white. A person who is giving what he does not posses could also be doing it from a state of desperateness because no one else is stepping up. And that act of foolhardiness could inspire many others to notice the need of the hour and respond. Also, a lot of creativity gushes out when a person who does not have much steps up to meet someone's need. Compassion, by itself, is a great wealth that everyone has access to. To dare to empty oneself in face of a compelling need, even at the cost of a complete burnout could be seen as the person "spending" his compassion capital. I know I am not making a clear case but intuitively it feels like giving has so many nuances that need to be honored.