Back to Stories

Słuchasz Audycji „Insights at the Edge”. Dziś Moim gościem Jest Albert Flynn DeSilver. Albert Jest poetą, pamiętnikarzem, powieściopisarzem, mówcą I prowadzącym warsztaty, którego twórczość Cieszy się międzynarodowym uznaniem. W Latach 2008-2010 By

Czytanie jest dla mnie czymś dobrym?

AD: Chyba rzeczywiście mówię ludziom, żeby przestali czytać w pewnym momencie tego rozdziału. Powinienem był nazwać to „Czytanie jako ścieżka do przebudzenia” . Mógłby to być nawet podtytuł. Ale czytanie to pisanie, pisanie to czytanie. Nie można mieć jednego bez drugiego. Wszyscy najlepsi, najciekawsi, dynamiczni i skuteczni pisarze na świecie to świetni czytelnicy. I czasami słyszy się to od ludzi, którzy mówią: „Nie przepadam za czytaniem. Nie lubię czytać za dużo”.

A ja mówię: „Prawdopodobnie nie odniesiesz wielkiego sukcesu w pisaniu”. Tak po prostu jest. Bo nigdy nie nauczysz się różnych rytmów, muzykalności, składni, możliwości, jakie daje język, by przekazać daną ideę, by przekazać doświadczenie. Czytanie jest absolutnie niezbędne.

TS: Uwielbiam to. Miło się z Tobą rozmawia.

AD: Dobrze. Ty też. Zadajesz te wspaniałe pytania.

TS: OK, piszesz w innej części książki i bardzo mi się to podoba, więc to podkreśliłem: „Pisanie i medytacja to akty odwagi, stawanie na wysokości zadania to akt śmiałości”. I chciałem, żebyś trochę rozwinął tę ideę: „stawanie na wysokości zadania to akt śmiałości”.

AD: Tak, z mojego doświadczenia wynika, że ​​tak właśnie jest. Bycie w pełni obecnym, bycie otwartym na świat jest na pewnym poziomie przerażające. A zwłaszcza jeśli jesteś kimś, kto doświadczył traumy w swoim życiu. Ale nawet jeśli nie, jak ktoś to ujął w zeszły weekend, samo życie w Ameryce jest traumatyczne w dzisiejszych czasach. Tak jak z całym tym nadmiarem informacji. Nawet nie chodzi o politykę i te wszystkie bzdury. Radzenie sobie z bzdurami jest bardzo ważne. Ale to trudne.

Życie i stawanie mu czoła jest trudne. Potrzeba ogromnej odwagi, żeby po prostu być otwartym i wrażliwym na świat. Różne rzeczy cię atakują. A emocje w tobie narastają. To… doznania mogą być naprawdę dramatyczne i naprawdę intensywne.

Myślę, że ludzie, aby zajrzeć w głąb siebie, zatrzymać się i naprawdę się pokazać i być obecnym w świecie, potrzebują ogromnej odwagi. I wydaje się, że zdarza się to rzadziej niż kiedykolwiek, co jest alarmujące. Dlatego jestem tak oddany tej pracy. Ponieważ chcę wciąż przypominać ludziom, że to najważniejsza rzecz, jaką możemy zrobić jako istoty ludzkie. Bez zmiany świadomości i uważności oraz bez pozytywnego wpływu, jako gatunek będziemy w kropce.

TS: Mówiąc o tym, że stawiłeś czoła tej chwili jako śmiałemu aktowi, wspomniałeś, że wielu z nas doświadczyło traumy w życiu, a samo to, że żyjemy, jest dla wielu z nas dość traumatyczne. Wiem, że Twoja historia życia – o której opowiadasz w wystąpieniu TED – była pełna traum na wczesnym etapie. Zastanawiam się, czy mógłbyś o tym opowiedzieć i podzielić się z nami kilkoma informacjami. A także, jak pisanie pomogło Ci odnaleźć się w traumie życiowej.

AD: Tak, dorastałam w domu, w którym rodzice byli oderwani od świata i alkoholicy, którzy nie byli gotowi na rodzicielstwo. Zatrudnili guwernantkę, która była agresywna – skrajnie kontrolująca, a w końcu agresywna – wobec moich sióstr i mnie. W wieku 12 lat zaczęłam pić. I to było moje wyjście. A w wieku 19 lat byłam już zdeklarowaną pijaczką.

Było ich wiele... Nie będę wnikać we wszystkie szczegóły. Można o nich poczytać trochę w tej książce, ale także w moich wspomnieniach „Beamish Boy” , gdzie jest mnóstwo historii o tym, jak wpadłem w niezłe tarapaty, zostałem potrącony przez samochód, obudziłem się przykuty kajdankami do szpitalnego łóżka, nie mając pojęcia, jak się tam znalazłem, i zostałem aresztowany.

Wstyd, poczucie winy i przerażenie. Próba przekroczenia tego była czymś ogromnym, ogromnym. W pewnym momencie zawsze czułam pociąg do sztuki. Dzięki Bogu za moich rodziców i ich obsesję na punkcie czytania, książek, muzyki i architektury. To jedna z najpiękniejszych cech moich rodziców. Choć byli zaniedbujący, alkoholicy i tak dalej, byli też niesamowicie inteligentni i kulturalni, z braku lepszego określenia. I tak byłam otoczona książkami.

Dorastałem niedaleko Nowego Jorku. Jako małe dziecko zabrano mnie do Lincoln Center, chodziłem do teatru, na balet i do kina. Przez długi czas uważałem to wszystko za nudne i niezbyt interesujące. Ale w pewnym momencie, kiedy byłem zagubiony i nie miałem pomysłu, zdałem na studia artystyczne, bo nie wiedziałem, co innego ze sobą zrobić.

Myślałem, że nie jestem aż tak dobry w czytaniu, pisaniu i tym podobnych rzeczach. Ale potrafię robić zdjęcia. To wydaje się całkiem rozsądne. Robiłem zdjęcia w liceum, nie były takie złe. Kiedy poszedłem na studia, zapytali: „Jaki kierunek chcesz studiować?”. Pomyślałem, że to dość dziwne pytanie. Ale pomyślałem: „Czy mogę studiować fotografię?”. Powiedzieli, że tak. Zrobiłem to. Potem przeniosłem się na Uniwersytet Kolorado, rozpocząłem studia licencjackie na kierunku sztuk pięknych i poznałem Alexa Sweetmana, historyka fotografii. Spodobały mu się niektóre z moich zdjęć. Powiedział, że są dobre. I nikt nigdy mi tego nie powiedział. Nikt nigdy nie powiedział, że cokolwiek, co robię na tej planecie, jest dobre lub interesujące.

I tak po prostu to robiłam. Po prostu podążałam w kierunku tej kreatywności. To było kojące, bo mogłam zastanowić się nad swoim światem. I myślę, że właśnie wtedy zaczęło się uzdrawianie. Wiedziałam, że sztuka, na jakimś poziomie, dotyczy uzdrawiania. Niezależnie od tego, czy patrzyłam na zewnątrz, czy gdzieś w głębi duszy, czułam nieuniknione przyciąganie. I wiedziałam, że kocham fotografie. Wiedziałam, że kocham patrzeć na fotografie, uwielbiałam patrzeć, jak inni artyści tworzą i odnoszą w tym sukcesy. To po prostu rozświetlało moje serce. Choć na początku słabo.

TS: No cóż, Albercie, załóżmy, że ktoś słucha i ma jakąś traumatyczną historię. I myśli: „Wiem, że muszę o tym napisać i znaleźć w tym ukojenie”. Co byś zalecił?

AD: Przede wszystkim zachęcałabym ich do współpracy ze specjalistą. Wiecie, do współpracy z profesjonalnym terapeutą, aby przepracować traumę i uzyskać odpowiednie wsparcie, nie tylko w formie terapii rozmownej, ale także w postaci uzdrawiania energią. Z mojego doświadczenia wynika, że ​​trauma jest w dużej mierze związana z ciałem – pozostaje uwięziona w naszych kościach. Kluczem jest jej energetyczne uwolnienie poprzez ciało, z odpowiednim wsparciem specjalisty.

A potem zachęcałabym ich do pisania, prowadzenia pamiętnika i refleksji. A także do czytania. I czytania, czytania, czytania, czytania. Czytania książek, które ich poruszają, inspirują. Które podnoszą ich na duchu i dają poczucie: „Wow, ta osoba przezwyciężyła swoją traumę, robiąc X, Y i Z. Może ja też mogę to zrobić”.

Ale muszę po prostu zacząć to śledzić. Zacząć dostrzegać, o czym myślę i co czuję. A najlepszym sposobem na to jest zapisanie tego. I ciągłe pisanie. To krótka odpowiedź.

TS: Bardzo dobrze, dziękuję. Ostatnia część książki „Pisanie jako ścieżka do przebudzenia” pomaga nam zgłębić własną śmierć zarówno poprzez medytację, jak i praktykę pisania. To bardzo piękny fragment książki. A proponując ćwiczenia pisarskie, które moglibyśmy wykonać, aby zgłębić własną śmierć, sugerujesz na przykład napisanie własnego nekrologu. Prosisz też ludzi o refleksję nad serią pytań. Pomyślałem, że mogę zadać ci kilka z tych pytań, jeśli to możliwe. Ponieważ są dobre, pomyślałem, że są dobre. Są też dobre pytania, które nasi słuchacze mogą sobie zadać, ale ja zadam ci pytanie.

Albercie, jak chcesz, żeby Cię zapamiętano?

AD: O rany, myślę, że chciałabym być zapamiętana jako osoba, która się pojawiła. I mam nadzieję, że miała coś zabawnego, zwariowanego i ciekawego do podzielenia się ze światem. Chcę być zapamiętana z tego poczucia twórczej przygody i możliwości.

TS: Pięknie. Zadałeś pięć pytań, ale ja zadam ci tylko pierwsze i piąte. A naszym słuchaczom pozwolę zagłębić się w książkę „Pisanie jako ścieżka do przebudzenia”, aby odkryć pozostałe trzy pytania.

Ale oto ostatnie pytanie, które rzucasz, a które może być dobrym ćwiczeniem pisarskim dla osób rozważających własną śmierć. Co miało dla ciebie największe znaczenie, przynajmniej do tej pory, w ciągu twojego ziemskiego życia? Co miało dla ciebie największe znaczenie?

AD: Myślę, że dla mnie to prawdopodobnie rodzina, czas spędzony bezpośrednio z rodziną. Wiesz, te po prostu spokojne, intymne chwile z moją siostrzenicą, siostrami, żoną, psem. Te małe chwile bliskości na łonie natury. Niedawno tam byłem, było tam rodzinne spotkanie z moją… Jak to się mówi? Z moją macochą? Z moją teściową? Która właśnie została przeniesiona do ośrodka w Central Valley, w Kalifornii. Pod pewnymi względami, gdybym miał użyć osądu, powiedziałbym, że to okropne miejsce. To tak, jakbym projektował i wydawał okropne, błędne osądy.

I tak oto jadę z całym bagażem, nie bardzo chcąc iść i myśląc: „No cóż, jak będzie wyglądało to spotkanie? Nie spotkałam jeszcze wielu z tych ludzi. Chociaż fajnie byłoby zobaczyć Lanitę i zobaczyć siostrzenice”.

I to właśnie zamieniło się w najpiękniejszy weekend w moim życiu. I to tylko dzięki prostym więziom. Nie było w tym nic głębokiego. Wiesz, siedzieliśmy, graliśmy w bilard, witaliśmy się i jedliśmy. To bardzo proste. Ale to właśnie to rezonuje tak pięknie. Miłość, więź i emocjonalne wyzwanie bycia z rodziną. To dla mnie najbardziej rezonuje.

TS: Dobrze, Albercie, jeszcze jedno ostatnie pytanie. W posłowiu do książki, jedno zdanie, które wyciągnąłem, brzmi: „Pozwól porażce być twoją służebnicą”. Zastanawiałem się, czy mógłbyś o tym opowiedzieć w kontekście swojego życia pisarskiego i jak pozwoliłeś porażce być swoją służebnicą?

AD: Tak trudno, tak trudno jest przegrać. A wszystko, czego kiedykolwiek pragnąłem w życiu, to być widzianym, istnieć. Ponieważ jako dziecko byłem w dużej mierze ignorowany, kiedy nie dostawałem, powiedzmy, kopa w tyłek, byłem sam i czułem się jak gówniany, nieistniejący stwór. Więc kiedy zaczynałem pisać, szczerze mówiąc, bardzo chciałem być widziany, być włączonym. A to oznaczało publikację.

Ciągle wysyłałam prace i ciągle byłam odrzucana. To było druzgocące. Ale ponieważ zaczęłam praktykować medytację, musiałam zmierzyć się z tym spustoszeniem, poczuciem nieistnienia i poczuciem braku uczestnictwa. I to było bardzo trudne. A jednak myślałam sobie: „Dlaczego oni mogą uczestniczyć, a ja nie? Czy oni naprawdę mówią coś o wiele ciekawszego, o wiele ważniejszego?”.

Odpowiedź, do której doszedłem, brzmiała: „Nie, nie są. Muszę więc kontynuować”. Uwielbiam to robić i uwielbiam cały proces pisania i tworzenia. Nie mogę już tego nie robić. Więc po prostu wysyłałem kolejne teksty, brałem udział i czytałem. W końcu coś się zmieniło. Wiersz został opublikowany w magazynie „ZYZZYVA” po 50 zgłoszeniach. I w pewnym sensie, jeśli chcesz uczestniczyć na pewnym poziomie, musisz się w to zaangażować. Musisz być trochę obsesyjny. Dotyczy to również dbania o siebie. Bądź obsesyjny na punkcie dbania o siebie, tak samo obsesyjny, jak jesteś obsesyjny w swoim pragnieniu uczestnictwa i bycia publikowanym.

I bądź gotowy na porażkę. Zaakceptuj porażkę taką, jaka jest. Jeśli nie ponosisz porażki, to coś jest nie tak. Coś jest nie tak.

TS: Chciałem cię zapytać o dbanie o siebie. To słowo, które – nie chcę tu zbytnio utożsamiać się z płcią – często słyszy się, jak kobiety mówią o dbaniu o siebie. Rzadko się zdarza, żeby mężczyzna powiedział: „Rygoryzuj dbanie o siebie”. Powiedz mi, co masz na myśli.

AD: Tak, mam na myśli dosłowne dbanie o siebie. Ćwiczenie, zdrowa dieta, dbanie o odpowiednią ilość snu, kąpiele. Robienie sobie takich kobiecych rzeczy, dbanie o siebie i przezwyciężenie swojego małego, męskiego nastawienia w stylu „nie potrzebuję żadnej opieki”. I poddanie się tej części siebie.

Wiesz, wciąż jestem zdumiony. No, właściwie nie, po prostu to rozumiem. Na wszystkich moich warsztatach zazwyczaj 90% uczestników to kobiety, a 10% lub mniej mężczyzn. Mam nadzieję, że ta książka dotrze do większej liczby mężczyzn. Naprawdę. Myślę, że nasza kultura bardzo by skorzystała na mężczyznach, którzy bardziej dbają o siebie i poświęcają więcej czasu na autorefleksję. I są bardziej wrażliwi i bardziej skłonni do obnażania tej zranionej, zranionej strony siebie. To właśnie jest kluczowa część zaangażowania w tę książkę – to, że dociera do większej liczby mężczyzn.

TS: Rozmawiałem z Albertem Flynnem DeSilverem. I muszę powiedzieć, że będę pamiętał ciebie i tę rozmowę, którą odbyłem z kimś, kto naprawdę się pojawił. Naprawdę się pojawiłeś, Albercie Flynn DeSilver! Bardzo dziękuję.

AD: Jakiż to zaszczyt i radość, Tami. Bardzo dziękuję za wszystko.

TS: Albert jest autorem nowej książki zatytułowanej „Pisanie jako ścieżka do przebudzenia: Rok, by stać się doskonałym pisarzem i żyć przebudzonym życiem” . Dziękuję wszystkim za wysłuchanie i życzę powodzenia w każdym kreatywnym projekcie, który naprawdę leży wam na sercu. SoundsTrue.com. Wiele głosów, jedna podróż.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

1 PAST RESPONSES

User avatar
Kristin Pedemonti Sep 20, 2018

Here's to showing up and believing we are worthy to do so. Thank you I needed this today. ♡