Jak by to wyglądało — intymna, intuicyjna, głęboko wykwalifikowana medycyna, skupiona na ciągłej opiece i obserwacji pacjenta, bez komputerów? To pytanie, nad którym większość z nas nie potrafi się dziś szczegółowo zastanowić. W swojej książce God's Hotel dr Victoria Sweet pisze o niezwykłym szpitalu, w którym znalazła niesamowite spostrzeżenia na ten temat. Szpital Laguna Honda w San Francisco był, o ile ktokolwiek wie, ostatnim przytułkiem, czyli Hotel-Dieu, w tym kraju — szpitalem dla chorych i biednych. Dr Sweet zajęła tam stanowisko, spodziewając się, że będzie ono tymczasowe, a następnie pozostała przez ponad dwadzieścia lat w miejscu, w którym ona i inni lekarze mogli praktykować inny rodzaj medycyny. Mieli niewielki dostęp do najnowocześniejszego sprzętu medycznego, ale cały czas świata, aby opiekować się pacjentami z powikłanymi i wielorakimi chorobami i urazami oraz stopniowo eliminować przeszkody w ich gojeniu. Sam szpital, z jego otwartymi oddziałami, miał potężny wpływ na rodzaj medycyny, którą mogła praktykować Victoria Sweet. W niedawnym wywiadzie zaczęliśmy rozmawiać o tym.
Mary Stein: Przez lata, gdy kilka razy w tygodniu przejeżdżałam obok szpitala Laguna Honda, spoglądałam na niego na szczycie wzgórza i podziwiałam jego szeroką sylwetkę, brzoskwiniowe ściany, wieżę i dach z dachówki. W wyglądzie tego budynku było coś wdzięcznego i atrakcyjnego. A gdy przeczytałam w twojej książce, że tradycyjna architektura szpitala miała duży wpływ na opiekę nad pacjentami, chciałam dowiedzieć się o tym więcej.
Victoria Sweet: Wszyscy pacjenci ze starego szpitala przenieśli się do nowego miejsca i chociaż teraz nie pracuję tam jako lekarz, rozmawiam z przyjaciółmi, którzy nadal tam są. Odwiedzam moich starych pacjentów, więc mam poczucie, że wszystko jest inne. W książce postawiłam hipotezę, że architektura starej Laguny Hondy była naprawdę ważna dla społeczności tego miejsca, serendipity tego miejsca. A teraz mamy porównanie — patrząc na to, jak wszystko tam wygląda teraz, z tymi dwoma pięknymi nowymi budynkami — jak to wszystko działa? To zasadniczo potwierdziło to, co pisałam o widzeniu w książce. W starym miejscu wszystko było bardzo otwarte — otwarte oddziały, otwarte korytarze, otwarte drzwi, otwarte okna — na dobre i na złe! Przez to miejsce przechodziło powietrze. Jeśli chciałeś wyłączyć powietrze, nie wyłączałeś klimatyzacji. Zamykałeś okno. I jedną z rzeczy, za które nas przyłapali, było to, że nie mieliśmy klimatyzacji. Ale to San Francisco! Nie potrzebujesz klimatyzacji. Więc wszystko było otwarte na wiele sposobów i zachęcające na wiele sposobów. Zasadniczo powodem, dla którego Departament Sprawiedliwości zmusił nas do przebudowy, były otwarte oddziały.
Mary: Jak się żyje w nowym miejscu?
Victoria: Nowe miejsce jest przeciwieństwem: jest zamknięte. Są dwa duże nowe budynki z ośmioma piętrami, połączone trzecim budynkiem. Każdy pacjent ma swój własny pokój, w rodzaju apartamentu, a co trzy pokoje mają własną łazienkę. Wszędzie są kamery i zamki. Jest pacjentka, która jest mi bardzo bliska i którą nadal odwiedzam, a ostatnim razem, gdy ją odwiedziłam, myślałam, jak bardzo jest przestrzeń między nami, między zaparkowaniem samochodu a spotkaniem z nią twarzą w twarz. Policzyłam, ile zamkniętych drzwi muszę przejść, żeby się do niej dostać. Było ich jedenaście! Były drzwi wejściowe, przez które można było po prostu przejść. Potem musiałam wsiąść do windy i wysiąść na drugim piętrze — to kolejne drzwi. Potem przeszłam przez dwoje lub troje drzwi korytarzowych — wszystkie korytarze mają drzwi — a potem musiałam iść do kolejnej windy, kolejnych drzwi, wyjść przez kolejne drzwi, a następnie przejść przez kolejny korytarz. Policzyłam je: jedenaście drzwi. To duże zobowiązanie.
Mary: A w starym miejscu?
Victoria: W starym miejscu nie było wielu drzwi i były one dosłownie otwarte. Więc parkowałeś samochód, a potem przechodziłeś przez otwarte drzwi; drzwi do oddziałów były otwarte. Same oddziały były otwarte i chociaż pacjenci mieli zasłony zapewniające prywatność, prawie nikt ich nie zamykał. Więc były może jedne drzwi, zanim dotarłeś do pacjenta. Był swobodny przepływ ludzi wchodzących i wychodzących. A wchodząc na oddziały, rozglądałeś się; miałeś poczucie wspólnoty oddziału, tylko wizualnie.
Mary: Społeczność pacjentów? To ciekawe.
Victoria: Była nawet społeczność palaczy! Zbierali się wokół grupy automatów i tworzyli pewną społeczność siedzącą na wózkach inwalidzkich, rozmawiającą, plotkującą, dzielącą się.
Mary: Czy próbowali to wybudować w nowym miejscu?
Victoria: Zakazali palenia gdziekolwiek na terenie kampusu, nawet na zewnątrz! Co nie znaczy, że polecam palenie.
Mary: Wspomniałeś o serendipity tego miejsca. Jak architektura się do tego odnosi?
Victoria: To był inny sposób, w jaki architektura tworzyła lub pozwalała na znaczenie. Na przykład, mogłam iść tymi długimi otwartymi korytarzami, myśląc o pacjencie, do którego jadę, i po prostu się spotkaliśmy. Oni szli gdzie indziej, a my spotkaliśmy się w tym otwartym miejscu.
Mary: W książce jest pacjent, którego nazywasz Paul Bennett, który umierał z powodu strasznych ran po amputacjach, które się nie goiły. Doszedłeś do kresu tego, co mogłeś wymyślić, aby dla niego zrobić. I wyszedłeś na plażę i spacerowałeś tam w ryku wiatru i fal, modląc się o pomoc, której nie wiedziałeś, jak znaleźć. I w chwili, gdy wróciłeś do Laguna Honda, odebrałeś telefon od innego lekarza, który zasugerował rzadko stosowane leczenie, które faktycznie zadziałało i uratowało życie mężczyzny.
Victoria: Tak właśnie. To się zdarzało cały czas. Na początku wydawało się to przypadkowe, a potem zaczęłam myśleć, że to zbieg okoliczności, że wpadnięcie na kogoś we właściwym czasie i miejscu ma jakieś znaczenie. To nie był po prostu wypadek, to był znaczący zbieg okoliczności.
Mary: A architektura to potwierdzała, otwartość miejsca.
Victoria: Dokładnie. Ludzie tworzyli grupy, co zachęcało do dołączania do nich lub myślenia o założeniu własnej grupy. To było trochę jak „to właśnie robią ludzie w tym miejscu. Mają małe grupy”. Pamiętam jedną pacjentkę, którą mąż przywiózł do Laguna Honda, ponieważ była otępiała i nie mógł się nią już dłużej opiekować. Miała około 90 lat. Jedną z uderzających rzeczy w tym miejscu było to, że ludzie, którzy przychodzili z otępieniem i ich stan stopniowo się pogarszał, byli przyjmowani do Laguna Honda i nie stawali się już w dół. Pozostawali mniej więcej tacy sami. Zauważyłam to również u pacjentów z innymi chorobami — chorobą Parkinsona, a nawet SLA, chorobą Lou Gehriga. Po prostu przestawali się staczać. I ta pacjentka była jedną z nich. Była w Laguna Honda przez lata! Jej mąż codziennie jeździł autobusem i przywoził jej lunch, a oni siadali razem przy małym stoliku w tej dużej otwartej przestrzeni z dużymi oknami. Miał około 90 lat, był szczupłym, energicznym facetem, a ona była szalona, ale nie bardziej niż wtedy, gdy ją przyprowadził. Czasami siadałem i trochę z nimi pogawędziłem. Trwało to latami.
Mary: Cała ta atmosfera towarzyska wydaje się być częścią leczenia.
Victoria: Po prostu, żeby ludzie mogli swobodnie przychodzić i wychodzić! Poszłam porozmawiać o tym z architektami, kiedy projektowali nowy szpital. Próbowałam im wytłumaczyć, że kiedy jesteś poważnie chory i trafiasz do szpitala, nie chcesz otwartego oddziału. Jesteś w szpitalu przez kilka dni i oczywiście chcesz mieć prywatność, prywatny pokój. Ale jeśli jesteś chory przez tygodnie, miesiące, lata, nie chcesz prywatnego pokoju z jedenastoma drzwiami między tobą a wszystkimi innymi. Architekci mieli trudności z pojmowaniem tego, że jest coś zbawiennego w byciu na otwartym oddziale i obserwowaniu świata. Może ktoś odwiedza pacjenta naprzeciwko ciebie i cię widzi, podchodzi, rozmawia z tobą, przynosi ci coś. Teraz to wszystko przepadło. Wszyscy są w tych pięknych małych prywatnych pokojach.
Mary: Napisałeś w książce, że kiedy po raz pierwszy przyjechałeś do Laguna Honda, na każdym oddziale była pielęgniarka oddziałowa, która obserwowała wszystko, co się działo, ze swojego stanowiska na środku oddziału. Jest coś interesującego w takiej czujności, w ciągłym obserwowaniu wszystkich tych ludzi, ich aktywności i opiekunów.
Victoria: Florence Nightingale wpadła na pomysł szpitala w stylu Laguna Honda. Kiedy to sobie uświadomiłam, wróciłam i przeczytałam jej Notatki o szpitalach. Pracowała jako pielęgniarka podczas wojny krymskiej, kiedy tysiące Anglików zginęło — nie z powodu postrzelenia, ale z powodu czerwonki i tyfusu w strasznych szpitalach z ich labiryntami sal. Zdecydowała, że problemem powodującym zgony była architektura szpitali. Po wojnie podróżowała po Europie, oglądając szpitale i wpadła na projekt, który był wzorem dla szpitali przez ponad wiek. Laguna Honda była szpitalem Nightingale. Na każdym otwartym oddziale było 30 łóżek, z pielęgniarką oddziałową. Dlaczego 30? Ponieważ, jak powiedziała Nightingale, to najwięcej, co jedna osoba może zobaczyć na raz i śledzić.
Mary: Dokonałaś dogłębnego studium średniowiecznej medycyny — takiej, którą praktykowała Hildegarda z Bingen w XII wieku. Ten rodzaj medycyny ma w sobie tak otwarty charakter — z naciskiem na świat przyrody, pielęgnowanie pacjenta jako rośliny w ogrodzie pośród wielu innych roślin. Wydaje się, że jest tu związek z Laguna Honda.
Victoria: Jest związek. Ponieważ Hotel Dieu, który w tamtym czasie był Hotelem Boga Paryża, był bardzo starym szpitalem, który nadal tam był, gdy Nightingale odbywała swoją trasę po szpitalach w latach 50. XIX wieku. Większość szpitali w Europie miała duże otwarte oddziały. Nightingale zdawała sobie sprawę, że niektórzy ludzie potrzebują prywatnej przestrzeni, więc zaprojektowała swój szpital tak, aby miał kilka prywatnych i półprywatnych pokoi, więc mieliśmy kilka z nich w Laguna Honda. Ale większość ludzi nie chciała prywatnego pokoju, nawet gdy był dostępny. Zbyt samotny, mówili mi.
Mary: Co stało się z pacjentami w starej Lagunie Hondzie?
Victoria: Wszyscy przeprowadzili się do nowego szpitala około trzy i pół roku temu. Kiedy teraz wracam, nowe miejsce jest piękne, ciche i zadbane, i trzeba przyznać, że to zasługa administracji. Ale jest tak puste. Wcześniej, w starym miejscu, wchodziłeś i było otwarte, ludzie palili, ktoś spotykał się z żoną, pielęgniarki przychodziły i wychodziły — i lekarze, krewni i karetki. Było tam żywo.
Mary: W książce cytuje Pani powiedzenie, że „sekretem troski o pacjenta jest troska o pacjenta”. Zajęło mi trochę czasu, zanim zrozumiałam, że ta troska była czymś więcej niż współczującym nastawieniem emocjonalnym. Pisze Pani o lekarzu, który faktycznie wyszedł i kupił buty dla swojego pacjenta, który był gotowy do wypisania, ale czekał dwa miesiące na rozpatrzenie wniosku. I opisuje Pani inne akty troski, takie jak wygładzanie pościeli, aby złagodzić ranę, lub przynoszenie małych prezentów.
Victoria: Sposób, w jaki mówimy o opiece nad pacjentem w naszym społeczeństwie, jest niemal przeciwieństwem tego, co się dzieje w rzeczywistości. To prawie tak, jakby im mniej troszczymy się o pacjenta, tym więcej ludzie mówią o pacjencie, „konsumencie” opieki zdrowotnej. To powiedzenie miało tak naprawdę oznaczać, że troska oznacza robienie dla niego małych rzeczy; to małe rzeczy tworzą tę relację między tobą a pacjentem, a nie jakaś abstrakcyjna „miłość do bliźniego”. To robienie czegoś rzeczywistego i fizycznego dla tego bliźniego. działa: I wydawało się, że częścią tego, co to umożliwiło, było obserwowanie innych lekarzy robiących to na otwartym oddziale. Więc nie można było powiedzieć: „Och, lekarze tego nie robią”. Robili to i widziałeś, jak to robią.
Victoria: Dokładnie. Przyszłam na medycynę z wieloma „pudełkami”. Jako kobieta mojego pokolenia, długo zajęło mi, żeby nie martwić się, że ktoś mnie pomyli z pielęgniarką. Więc upewniłam się, że noszę biały fartuch! W końcu doszłam do punktu, w którym to już nie miało znaczenia; poczułam się na tyle pewnie, żeby wyjść z tego pudełka. Zaczęłam dostrzegać, co robią niektórzy moi znajomi lekarze. Mówiłam: „Dokąd idziesz?” „Och, przynoszę ten fartuch dla pana takiego i takiego. Wiesz, mój mąż już go nie używa”. Albo: „Dokąd idziesz z panem Lanzą?” „Och, zabieram go do opery. Jest takim miłośnikiem muzyki i to jest jedyna rzecz, którą chciał zrobić przed śmiercią”. Po prostu nie mogłam sobie wyobrazić, że ludzie są tacy! Ale w Laguna Honda widziałam, że tacy są i to udzieliło się i mnie.
Mary: Jedna z moich córek jest pielęgniarką domową. Jest dobrą słuchaczką, potrafi wyciągnąć pacjentów, kiedy potrzebują porozmawiać, i poświęca na to czas. Mówi, że w pewnym sensie czuje się, jakby wypełniała starą rolę lekarza wykonującego wizyty domowe.
Victoria: Myślę, że kiedyś byli tacy lekarze i pielęgniarki. Nie wszyscy, ale to kwestia temperamentu.
Mary: A w jaki sposób ten rodzaj „powolnej medycyny”, spędzanie czasu z pacjentami, wpływa na twoją zdolność do zrozumienia, co dzieje się z pacjentem pod względem fizycznym?
Victoria: To ogromna sprawa. Nawiasem mówiąc, nie nazywam tego opieką zdrowotną. Nie zgadzam się z rolą lekarza jako „dostawcy opieki zdrowotnej”. Nie mogłabym „zapewnić” opieki zdrowotnej, nawet gdybym próbowała. Nawet nie wiem, co to znaczy. Moją rolą jest ustalenie, czy ktoś jest chory, a następnie jak bardzo jest chory. W pewnym sensie to jest główna rzecz, którą robi lekarz — jeśli lekarz jest naprawdę dobry w ustalaniu, czy jesteś chory, czy nie, to jest to w zasadzie najważniejsza rzecz! Bo jeśli nie jesteś chory, to nic wielkiego nie trzeba robić. Z drugiej strony, jeśli jesteś chory, jak bardzo? Czy jesteś ostro chory? Jak bardzo jest to nagłe? Jak szybko musimy być? Na studiach medycznych uczysz się, na co zwracać uwagę. Więc siedząc z pacjentem lub widząc kogoś więcej niż raz, możesz ciągle zadawać sobie to pytanie, czy jest chory, czy nie? Jak bardzo chory? Masz kogoś z gorączką i kaszlem i nie jesteś pewien, ponieważ może mieć zapalenie płuc, czy to po prostu przeziębienie? Jeśli jesteś na oddziale ratunkowym, robisz wszystko natychmiast — prześwietlenie, tomografię komputerową, badania laboratoryjne. W Laguna Honda trudno było to zorganizować, ale miałem czas. Więc mogłem zobaczyć pacjenta, a jeśli nie byłem pewien, jak chory, jak nagły, jak ostry jest stan, mogłem wrócić i zobaczyć go ponownie. Tego rodzaju powtarzana obserwacja jest zadziwiająco wydajna; oszczędza dużo pieniędzy.
Mary: Brzmi jak robienie zdjęcia w porównaniu do możliwości robienia ruchomego obrazu w czasie. Byłam pod wrażeniem skomplikowanych, licznych chorób i urazów, które leczyłeś w Laguna Honda tą „powolną medycyną” — obserwowanie i dostosowywanie tego, co było potrzebne z dnia na dzień. Może to nie jest „opieka zdrowotna”, ale z pewnością brzmi jak leczenie.
Victoria: To było niesamowite doświadczenie edukacyjne. Nie miałam pojęcia, kiedy weszłam tam po raz pierwszy. Poszłam tam, ponieważ wyglądało to na wygodne dla tego, co chciałam robić, czyli uzyskania doktoratu. Chciałam praktykować medycynę, ale nie chciałam pracować na pełen etat, nie chciałam mieć gabinetu, nie potrzebowałam dużej pensji. Chciałam przychodzić tylko trzy dni w tygodniu i mieć ciekawych pacjentów. Więc było to wygodne, więc przyjęłam tę pracę, a potem minęło dużo czasu, zanim pomyślałam: „Wow! To miejsce jest niezwykłe!”. Organizacja i ludzie — lekarze i pielęgniarki, administracja, dyrektor ds. pielęgniarstwa — to było po prostu fantastyczne miejsce.
Mary: Wzruszające było czytać o pani Lester, która przez ponad czterdzieści lat była tam dyrektorką oddziału pielęgniarskiego i która codziennie przyjmowała każdego pacjenta, odwiedzając każdego ranka wszystkie 38 oddziałów.
Victoria: Wiedziała, że samo patrzenie na wszystko dookoła każdego dnia robi różnicę w sposobie opieki nad pacjentami. To sprawiało, że wszyscy byli czujni, patrząc jej oczami na to, co sami robili.
Mary: Trudno sobie wyobrazić, jak tego typu obserwacja mogłaby działać w nowym szpitalu z prywatnymi pokojami.
Victoria: W nowym szpitalu jest trudniej. Pielęgniarki są odpowiedzialne za opiekę nad pacjentami minuta po minucie, a w starym szpitalu, na tych otwartych oddziałach, mogły po prostu spojrzeć w górę i wezwać pomoc, jeśli jej potrzebowały. Teraz nikt ich nie słyszy, drzwi są zamknięte. Ponadto, jeśli chodzi o komunikację, komputer zastąpił wszystko inne, więc wszystko jest na komputerze, a pielęgniarki, terapeuci i lekarze spędzają mnóstwo, mnóstwo! czasu przed tymi ekranami.
Mary: I nie ma czasu dla pacjenta?
Wiktoria: Dokładnie.
Mary: Niedawno czytałam artykuł o tzw. pomocnikach lekarza, którzy są w pokoju z lekarzem i pacjentem i zajmują się wypełnianiem formularzy na komputerze, dzięki czemu lekarz może spędzić więcej czasu z pacjentem.
Victoria: W pewnym sensie to dobry pomysł. Ale jak to wpływa na twoją relację z pacjentem? Kiedy wchodzisz z kimś innym, cały czas jest tam inna osoba, a jeśli ktoś naprawdę chce ci się zwierzyć, może potrzebować więcej prywatności.
Mary: W artykule napisano, że sprawdzali czas spędzony z asystentem i bez niego, i okazało się, że z asystentem lekarza, lekarz mógł spędzić trochę mniej czasu z pacjentem — oszczędzając pieniądze! Co brzmiało jak ważna rzecz, jak to często bywa. Wiem, że masz jakieś pomysły na oddział medycyny ekologicznej, w którym mógłbyś praktykować „powolną medycynę” taką, jaką praktykowałeś w Laguna Honda — z zamiarem pokazania, że przyniesie to lepsze rezultaty dla pacjenta, a także pozwoli zaoszczędzić pieniądze.
Victoria: Na razie mam to gdzieś z tyłu głowy, ponieważ książka cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Dostałam nawet stypendium Guggenheima! I to było doświadczenie edukacyjne, przez ostatnie dwa lata od wydania książki. To było fascynujące, ponieważ za każdym razem, gdy wygłaszam przemówienie, dowiaduję się od publiczności, co dzieje się w ich szpitalu, na uniwersytecie lub w grupie. Mam projekt ekomedycyny schowany jako coś, co chcę zrobić, ale czekam, aż wszystko się ułoży. W ostatnich czasach dzieje się kilka bardzo interesujących rzeczy. Na przykład lekarze odkryli, jak odzyskać czas dla pacjentów, czyniąc ze swoich praktyk stałą opiekę nad pacjentem lub bezpośrednią opiekę nad pacjentem lub praktykę concierge. Ludzie płacą coś miesięcznie — w zależności od liczby pacjentów w gabinecie: od 50 do 300 dolarów miesięcznie i od 600 do 200 pacjentów w swoich gabinetach. Zamiast 2500 pacjentów, którymi lekarz pierwszego kontaktu ma się jakoś zająć. Lepiej dla wszystkich i taniej: dane wskazują, że takie praktyki mają o 30 procent mniej wizyt na pogotowiu, o 15 procent mniej hospitalizacji i oczywiście mniej testów i o wiele mniej leków. Myślę więc, że to właśnie wydarzy się w ciągu najbliższych kilku lat, aby oddać lekarzom czas poświęcony pacjentom.
Mary: To ciekawe. Jednostka eko-medycyny też brzmiała ciekawie.
Victoria: Mój pierwotny pomysł zakładał eko-szpital; część „eko” pochodzi od greckiego oikos, co w starożytnej Grecji oznaczało gospodarstwo domowe, które uprawiało własne jedzenie i do pewnego stopnia było samowystarczalne. Pomysł zrodził się, gdy odwiedziłam moją przyjaciółkę, która założyła eko-wioskę w Ithace. Zaprojektowała ją jako sposób na ucieczkę od przedmieść, które nie były zbyt dobrym sposobem na życie dla ludzi, tak jak prywatne pokoje w Laguna Honda nie są zbyt dobre na dłuższą metę. W eko-wiosce bierzesz tyle samo ziemi, ile w przypadku podmiejskiego rozwoju, tyle samo pieniędzy i tyle samo osób, ale zamiast, aby każdy miał swoją indywidualną przestrzeń, z ślepymi uliczkami, progami zwalniającymi, prywatnymi trawnikami i kosiarkami do trawy — budujesz coś, co przypomina średniowieczną wioskę. Gdy ją odwiedziłam, pomyślałam: świetnie! Ale eko-wioska powinna mieć również eko-szpital! Tak wpadłam na pomysł eko-szpitala w Laguna Honda. Można wziąć jeden ze starych otwartych oddziałów, zastosować podejście Nightingale i stworzyć mini-szpital, i udowodnić, że byłoby to tańsze. Oddajesz lekarzom i pielęgniarkom ich czas, a pacjenci oczywiście lepiej by sobie radzili na niepotrzebnych lekach i bez tych niepotrzebnych badań. Można wziąć zaoszczędzone pieniądze i wydać je na masaż, akupunkturę, żywność ekologiczną i wina lecznicze.
Mary: Pomysł wykorzystania zaoszczędzonych pieniędzy na zapewnienie pacjentom lepszego pożywienia wpisuje się w średniowieczną trio, o którym wspominasz w swojej książce – dr Diet, dr Quiet i dr Merryman – pożywne i pyszne jedzenie, spokojne warunki i odpowiednia rozrywka – nawet kieliszek wina do posiłków.
Victoria: Cóż, jednostka ekomedykacji wciąż siedzi mi głęboko w głowie. Stary budynek wciąż tam stoi — jego zburzenie jest zbyt kosztowne — i bardzo chciałabym go mieć.
Mary: „Powolna medycyna” naprawdę sięga czasów średniowiecznej medycyny, prawda? Piszesz o tym, jak ludzie w tamtych czasach postrzegali ludzi bardziej jako rośliny, z wrodzonymi mocami wzrostu i samoleczenia. To była metafora — że nie jesteśmy jak maszyny do naprawy, ale raczej jak rośliny do uprawy, którymi trzeba się opiekować. Niedawno uświadomiłam to sobie, gdy mój przyjaciel, mężczyzna po siedemdziesiątce, miał angiografię, aby otworzyć zablokowaną tętnicę. I chociaż tętnica ta była w stu procentach zamknięta, rozwinęły się trzy małe tętnice mostkowe, które omijały blokadę i przepuszczały tylko tyle krwi, aby utrzymać go przy życiu. I pomyślałam, że to właśnie wiedziała Hildegarda z Bingen, to, co nazywała viriditas — zielonością, zdolnością ciała do samoleczenia.
Victoria: Tak. Badania pokazują, że w 30 procentach przypadków placebo działa tak samo dobrze jak testowany lek. Ludzie czują się lepiej w około jednej trzeciej przypadków, niezależnie od tego, co im podano.
Mary: To dość ironiczne, biorąc pod uwagę, że wszystkie nowe leki są tak dobrze reklamowane, a mają dziesiątki skutków ubocznych.
Victoria: Zgadza się. Zanim Reagan został prezydentem, rząd przeprowadzał badania nad nowymi lekami. Ale Reagan powiedział: „Po co mamy wydawać pieniądze na testowanie leków? Niech firmy farmaceutyczne przeprowadzają badania nad lekami”. Nie zdawał sobie sprawy, że jeśli to zrobią, nigdy nie otrzymamy pełnego raportu z wynikami. I tak właśnie stało się w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Za każdym razem, gdy pojawia się nowy lek, czytam, jakie są skutki uboczne i ile osób naprawdę wyzdrowiało, i dodaję skutki uboczne i reakcje niepożądane. Kiedy to robisz i odejmujesz efekt placebo, niewiele nowych leków robi różnicę.
Mary: Oprócz głębokiego zainteresowania średniowieczną medycyną i średniowiecznym podejściem do ciała, obserwowałaś średniowieczny zwyczaj pielgrzymowania. Przez kilka lat ty i twój przyjaciel odbyliście starożytną pielgrzymkę — 1200 mil — z południowej Francji do Santiago de Compostela w Hiszpanii. Piszesz, że byłaś zaskoczona, widząc, jak głęboka była praktyka chodzenia dzień po dniu, jak nauczyła cię bycia w chwili obecnej. Niezależnie od tego, czy padał deszcz, czy było zimno, czy był kamienisty teren, trudne wzgórza do pokonania, czy może świeciło słońce, było szczęście w samym byciu tam, bez względu na warunki. To mnie zainteresowało.
Victoria: Jest coś w spacerowaniu na duże odległości, bez pośpiechu, przebywaniu na zewnątrz przez cały dzień, jedzeniu w małym miejscu i spacerowaniu wzdłuż rzeki. Spotykasz kogoś i rozmawiasz; ktoś zaprasza cię do swojej kuchni.
Mary: Brzmi to trochę jak spotkanie z kimś na korytarzach Laguna Honda.
Victoria: Podzieliliśmy 1200-milową pielgrzymkę na cztery odcinki po 300 mil rocznie. A po tym, jak mój przyjaciel i ja odbyliśmy pierwszy odcinek i wróciliśmy w drugim roku, spotkaliśmy kilka osób, które poznaliśmy w pierwszej części pielgrzymki. Nikt nie używa nazwisk i nie mówi o tym, kim jest, ani „co robisz”, nikt o tym nie mówi. Spotykasz kogoś, często nie znasz nawet jego imienia.
Mary: W czwartym i ostatnim roku pielgrzymki przeszedłeś poza Santiago de Compostela, gdzie pielgrzymka się kończyła, do miejsca zwanego Finisterre — kraniec lądu. Piszesz, że zainteresowało cię, aby pójść i stanąć w tym najdalszym miejscu, na wybrzeżu Atlantyku, gdzie dla ludzi w średniowieczu zaczynało się nieznane. Nie wiedzieli, że istnieje cały kontynent czekający na odkrycie. Zakładali, że będą tam Indie, ale się mylili. To było coś innego, zupełnie innego.
Wiktoria: Nigdy nie wiesz, co się wydarzy, co się wydarzy i co zmieni twoje obecne myślenie o tym.
Mary: I ciągle mówisz o czekaniu na tego typu wydarzenie lub wciąż nieznaną odpowiedź, jak to często bywało, gdy siedziałeś z pacjentami w Laguna Honda. W książce porównujesz takie ciche czekanie do przebywania na szwajcarskiej stacji kolejowej — Szwajcarzy są niesamowicie punktualni — gdzie masz całkowitą pewność, że pociąg przyjedzie. To pomocny obraz.
Victoria: Siedzisz, nic nie robisz; ta jakość jest po prostu częścią twojej praktyki. Czas się rozciąga. Nie musisz się spieszyć. Pewnego dnia byłam w Nowym Jorku i rozmawiałam z kimś, kto lubił ideę powolności”. A jej życie było tak pośpieszne! Zawsze robiła pięć rzeczy na raz. Powiedziała, że chciałaby spróbować powolności, ale bez względu na to, jak szybko robiła rzeczy, zawsze była w tyle. A ja jej powiedziałam: „Wiesz, im szybciej idziesz, tym szybciej płynie czas. A im wolniej idziesz, tym bardziej się rozciąga czas. Spróbuj nie robić nic przez godzinę. A potem spróbuj zrobić jedną rzecz w ciągu godziny. To inne poczucie czasu”.
Mary: W książce, gdy obserwujesz zmagania i zmiany, które miały miejsce w Laguna Honda, opisujesz mieszane cechy u niemal wszystkich graczy — biurokratów, śledczych i zmieniającej się warty administratorów. Każda osoba jest mieszanką, nie wszyscy dobrzy i nie wszyscy źli. Czasami robią coś, co wygląda na naganne, a w innym momencie wydają się naprawdę starać, i o tym również piszesz. Wydawało się to dość obiektywne.
Victoria: Dowiedziałam się tego podczas pielgrzymki. Był rok, jeden dzień, kiedy szliśmy tak szybko, że jakoś nadrobiliśmy cały dzień, ale nie wiedzieliśmy o tym. A kiedy poszliśmy na kolację tego wieczoru i rozejrzeliśmy się po restauracji, zdaliśmy sobie sprawę, że to była inna grupa pielgrzymów niż grupa, z którą podróżowaliśmy okazjonalnie. Jednak chociaż byli inni, w pewien sposób byli tacy sami — role były takie same, ale wypełniane przez inne osoby. I to właśnie ostatecznie zrozumiałam również w Laguna Honda. Wszyscy byliśmy pielgrzymami na pielgrzymce życia, a nasze role były niemal zamienne: w tym życiu ja grałam lekarza, a ty pacjenta; w następnym życiu będzie inaczej. Więc w mojej roli lekarza miałam swoje zdecydowane zdanie na temat twoich decyzji jako administratora, albo, jeśli o to chodzi, jako pacjenta. Jednocześnie wiedziałam, że role były warunkowe, a decyzje szły w parze z rolą, a nie z osobą. Więc może dało mi to trochę, hmm, może nie obiektywizmu, ale dystansu. Możesz powierzyć komuś zarządzanie szpitalem w danym momencie i może on będzie mógł podjąć odrobinę lepszą decyzję, ale zasadniczo, ponieważ pełnił tę rolę, podejmował decyzje, które podejmował; nie było to ad hominem. Myślę, że to jest tego częścią. Ty jesteś osobą przeprowadzającą wywiad, a ja osobą udzielającą wywiadu, ale jakoś moglibyśmy się zamienić — przeciwieństwa mogłyby się zamienić. Są te role do odegrania. działa: Jakbyśmy wszyscy byli na pielgrzymce?
Wiktoria: Tak, o to właśnie chodzi.

COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
3 PAST RESPONSES
I read "God's Hotel" last year and loved it so much I got the audio version and enjoyed listening to her read it even more. I'd heard of her through relatives of one of her patients back in the early 90s and used to pass Laguna Honda on the bus several times a week. She may often think "what would Hildegard do?" but other doctors would do well by us if they thought "how would Dr. Sweet handle this?"
I love the idea of this type of medicine! Where can I sign up?
I read the book, "God's hotel" and I wondered how things would change with the new "improved standards" facility. Better for the inspectors apparently but not the patients or the staff. As usual we've swapped technology for actual face to face caring.