Dwa i pół roku temu moja babcia trafiła do domu opieki, gdzie spędzi resztę życia. Ma demencję, więc jej pamięć została nadszarpnięta. Jednak w jakiś sposób pamięta dobroć. Jest moją stałą nauczycielką. Jedną z rzeczy, które lubimy robić, jest przechadzanie się po korytarzach w ośrodku opieki i witanie się z innymi pensjonariuszami. Zatrzymujemy się, mówimy „cześć” i czekamy na odpowiedź. Rzadko otrzymujemy odpowiedź werbalną. Moja babcia przybliża twarz do siebie, aby ona i sąsiad mogli spojrzeć sobie w oczy, a następnie mówi „cześć” ponownie, ściskając ich dłonie. Właściwie nie rozumie już, że większość pensjonariuszy nie mówi już werbalnie. Mimo to nawiązuje się jakiś rodzaj połączenia. I tak naprawdę nie ma wspomnień z tych spotkań, ale następnym razem, gdy przechodzimy obok, pojawia się jakiś rodzaj rozpoznania, czy to mrugnięcie oczu, czy ciche wyciągnięcie ręki. To piękne, nawet jeśli jestem prawdopodobnie jedynym świadkiem, który rozumie, że połączenie pochodzi z wcześniejszych czasów. Społeczność powstaje dzięki tym momentom, tym cichym połączeniom, tym dotknięciom dłoni. Kiedy idę do ośrodka pielęgniarskiego, to tak jakbym jechała na wieś. Nie znam historii poszczególnych osób, ale teraz czuję ich duchy i zaczęłam się nimi opiekować. W tym kontekście chciałabym podzielić się historią mojego czasu spędzonego z moją babcią i niektórymi z tych starszych, których w pewnym sensie również uważam za moich krewnych. Więc...
Dwa wozy strażackie i karetka pogotowia stały przed domem opieki, gdy podjechałem. Poczułem ucisk w piersi. Rzeczywistość jest taka, że ludzie niekoniecznie wracają do zdrowia – przyjeżdżają tu, żeby umrzeć. Mimo to, po prawie 6 miesiącach wizyt, zacząłem troszczyć się o mieszkańców. Zawsze robi mi się smutno, gdy ktoś odchodzi. W środku spodziewałem się, że pojawi się tłum strażaków lub ratowników medycznych krzyczących „Kod niebieski” lub „Usuńcie drogę!”, ale to tylko w telewizji.
Tutaj wszystko odbywa się jak zwykle – to jeden dzień pracy.
Na korytarzu pan Le siedział oparty o sofę, z jedną nogą na wózku inwalidzkim. Ma dobre i złe dni, dziś był smutny. Siedziałam z nim, gdy mówił do mnie po wietnamsku ze łzami w oczach; trzymałam go za rękę i kiwałam głową, jakbym rozumiała.
Później pani Owens rozjaśniła się, gdy weszłam do pokoju i wyciągnęła do mnie rękę, jak zawsze to robi. Rozmawiałam z nią o zimnie i śmiałam się, że zima na pewno już nadeszła, zanim poszłam do mojej babci, która intensywnie pracowała nad łamigłówką polegającą na wyszukiwaniu słów. Okazuje się, że jest całkiem dobra w znajdowaniu słów; to jedyna czynność, która powstrzymuje ją od błądzenia zagubiona. Przywitałam ją z szerokim uśmiechem i „cześć” – odpowiedziała w podobny sposób, dodając: „Gdzie byłaś? Dawno się nie widzieliśmy! Usiądź, usiądź!” To część naszego rytuału. Następnie przeszliśmy się korytarzami, gdzie skarżyła się wszystkim pielęgniarkom: „Ona każe mi… CHODZIĆ!” Wszyscy się śmiejemy, łącznie z nią.
Następnie czas na prysznic - kolejna rzecz, na którą na początku będzie lekko narzekać, ale zawsze jest wdzięczna w trakcie i po. Spędzamy czas pod prysznicem, mocząc się (ja boso, ale w pełni ubrana) i śmiejąc się podczas prania i suszenia. To słodki czas, którego nigdy nie zapomnę. Zanim położymy ją spać, mocno mnie przytula i dziękuje za pomoc. Mówię dobranoc i słodkich snów zarówno jej, jak i pani Owens, która teraz dodaje: „Uważaj!” z małym machnięciem i uśmiechem.
Gdy zbliżam się do przedniego holu, widzę pana Yakova w drzwiach – próbował uciec (jak na 90-letniego mężczyznę ze złamaną stopą przykutego do wózka inwalidzkiego, jest dość mobilny). Teraz trzyma się drzwi i nie chce puścić. Trzy pielęgniarki próbują nakłonić go, żeby wszedł do środka.
Jutro wszystko to zostanie zapomniane. Przynajmniej przez większość, którzy tu mieszkają. Dla reszty, która pamięta, nieważne, dla nas też będzie to nowy dzień.
AKTUALIZACJA po dwóch latach: Pan Le ma teraz dziewczynę - słodką kobietę, która również mieszka w ośrodku i mówi tylko po koreańsku (on mówi tylko po wietnamsku). Ona nie chodzi, więc on jedną nogą pcha ją na wózku inwalidzkim ze swojego wózka. Podczas posiłków siadają razem, a on dzieli się z nią serwetkami (kiedyś był bezdomny, więc gromadzi serwetki - to jakoś się łączy). Kiedy są osobno, on jest bardziej zdezorientowany, a ona wielokrotnie woła "starca" w swoim języku (po tym, jak dowiedziałem się, co mówi i zanim dowiedziałem się o ich przyjaźni, zawiozłem ją na wózku inwalidzkim do starca, którego myślałem, że ma na myśli (jest kilku do wyboru lol), wydawała się pobudzona i zmarszczyła nos, ale kiedy zabrałem ją do pana Le, ożywili się, jakby byli w środku rozmowy) - kiedy są razem, są szczęśliwi - miłość to piękna rzecz i wcale nie jest taka skomplikowana.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
4 PAST RESPONSES
So beautiful...
Lovely story. Thanks for sharing.
Reading this story changed me permanently ,it felt like deep meditation but more transforming.
Thank you very much.
This is a beautiful story. Thank you for sharing...Love is a universal language that requires no words, only freedom to be received and given.