Back to Stories

Lekcje życia Z góry

Spotykamy się w niedzielny poranek na parkingu sklepu spożywczego w Ashland w stanie Oregon.

Jest 17 lipca, dzień, który świętuję, odkąd pamiętam. Dzień moich urodzin.

Przejechałem 5 godzin na południe, żeby spotkać się z grupą nieznajomych, oczekując narodzin innego rodzaju. Jestem tutaj, dokładnie 42 lata po przyjściu na świat, by w końcu stać się mężczyzną.

Nerwowe powitania. Ostatnie kontrole. Samochody i ciężarówki wyładowane sprzętem kempingowym, racjami żywnościowymi i galonowymi butelkami wody. W konwoju wjeżdżamy na wzgórza.

Sklepy, szyldy i inne pojazdy stopniowo znikają, aż asfalt zmienia się w zakurzoną ścieżkę. Ogromne sosny górują nad nami, niemal zasłaniając czyste, błękitne niebo. Kilkanaście sępów indyczych rozbiega się od czegoś martwego, gdy wijemy się w dzicz.

Przez lewe okno dostrzegam odległą górę, prześwitującą między drzewami, i czuję przypływ znajomej emocji, jakbym spotkał starego przyjaciela.

Zastanawiam się, czy gdy stąd wrócę, zostanę odmieniony na zawsze?

Docieramy do obozu bazowego.

„Witamy w domu przez następne siedem dni” – mówi Robert, nasz przewodnik i mentor podczas podróży wewnętrznych i zewnętrznych, które nas czekają.

Rozchodzimy się, rozbijając namioty, a mnie przyciąga widok na górę. Na szczycie wciąż leży śnieg. Wygląda jak logo Paramount migoczące w oddali.

Niewielka grupa, po równo mężczyzn i kobiet, zbiera się w kręgu. Moi towarzysze przygód. Każdy z nas ma pół godziny, aby się przedstawić i wyjaśnić, dlaczego tu jesteśmy. Aby podzielić się tym, co mamy nadzieję, że przyniesie to doświadczenie.

Mówię o chęci odpuszczenia. O zakończeniu procesu żałoby. O poszukiwaniu jasnego celu i miejsca, które teraz mogę nazwać domem. O tym, że od jakiegoś czasu myślę o tym, jak bardzo w naszej kulturze brakuje głębokich rytuałów, które wyznaczają przejście w dorosłość, i jak łatwo bez nich zagubić się gdzieś pomiędzy chłopcem a mężczyzną. I o tym, jak, może z dwudziestoletnim opóźnieniem, w końcu jestem tutaj, by przekroczyć próg.

_______________

Następny dzień rozpoczyna się od okadzania szałwią i Błogosławieństwa Siedmiu Kierunków . Robert uczy nas podstawowych technik przetrwania. Dzikie zwierzęta tu raczej cię użądlą niż zjedzą, ale w lesie grasują niedźwiedzie, a wataha kojotów – „skrzeczących, skomlących i szczekających” – nawiedza nas w nocy.

Uczy nas rdzennych tradycji, które leżą u podstaw procesu transformacji, który podejmiemy. Rytuałów, które możemy wykorzystać, aby oczyścić się i otworzyć na Ducha. Efektów, których możemy się spodziewać, poczuć, zobaczyć i usłyszeć, gdy zanurzymy się głęboko. Jego mądrość działa kojąco. Czas płynie, gdy dzieli się historiami tych, którzy odeszli przed nami.

Każdy z nas formułuje intencję i krzyczy lub szepcze ją do doliny – moja intencja oświadcza, że ​​jestem człowiekiem (to słowo wciąż nie brzmi mi na ustach) uczciwym, mostem między światami.

Następnie wysyła nas indywidualnie, abyśmy znaleźli miejsce, gdzie zrzucimy nawet cienką warstwę namiotów i będziemy żyć samotnie na pustkowiu przez trzy dni i trzy noce. Będziemy się żywić jedynie galonem wody dziennie i małą saszetką rozpuszczalnych elektrolitów.

„Sposób, w jaki wybierasz miejsce, w którym realizujesz swoją wizję, zazwyczaj odzwierciedla twoje życie” – mówi nam.

Niektórzy wybierają szybko i stosunkowo blisko obozu. Ja wędruję szeroko, badając wszystkie strony świata, zanim ruszę na północ przez grzbiet i będę szukał, aż znajdę jeszcze wyraźniejszy widok na moją górę.

_______________

Robert budzi nas wszystkich o 6 rano.

Stworzył kamienny krąg, w którego centrum znajduje się laska. To próg. Błogosławi go i zaprasza nas, abyśmy weszli po kolei. Ostatnie pomazywanie. Szeptane inkantacje. Ceremonialne muśnięcie piórami i pozwala nam iść dalej.

Od tej chwili nie będziemy się już z nikim widzieć ani rozmawiać aż do naszego powrotu za 3 dni.

Kiedy docieram do mojego miejsca odosobnienia, dziękuję otaczającej mnie naturze. Proszę drzewa, skały i stworzenia, by opiekowały się mną życzliwie. Mają one moc, by mnie zatrzymać lub zranić, by skierować nadchodzące dni w stronę zrozumienia lub zranienia. Słońce jest wysoko i mocno grzeje. Zaczynam pić wodę i rozbijać obóz.

Buduję schronienie z liny i plandeki i spędzam dużo czasu, zastanawiając się, jak to zrobić, żeby móc patrzeć na górę leżąc. Po ukończeniu zamieniłem płaską powierzchnię do spania na zapierający dech w piersiach widok, ale jestem dumny z tego, jak goniłem za tym miejscem, nie poddałem się, dopóki go nie znalazłem i nie doprowadziłem do stanu, jaki powinien być. Wiem, że znalazłem idealne miejsce do mojej wizji. W końcu to naprawdę się dzieje.

______________

Louis CK zażartował w swoim przemówieniu podczas gali Oscarów, że zwycięzca w kategorii krótkometrażowego filmu dokumentalnego będzie wracał do domu Hondą Civic. Zajmuję się filmami dokumentalnymi i nawet nie posiadam samochodu.

Obserwowałem, jak moi znajomi bogacą się w innych branżach i często zastanawiałem się, dlaczego wybrałem karierę tak niedocenianą finansowo przez społeczeństwo. Ale w głębi duszy wiem dlaczego. Szczerze mówiąc, nigdy nie chciałem pracować. Po kilku próbach zdałem sobie sprawę, że nie chcę ciągle się rejestrować, poświęcać wszystkich dni komuś innemu ani czuć niedzielnego wieczoru, gdy zbliżał się kolejny tydzień w biurze. Chciałem żyć ciekawym życiem, doświadczać jak najwięcej świata, poznawać ludzi i historie, które moim zdaniem powinny zostać usłyszane, i nie podejmować kreatywnych decyzji życiowych motywowanych pieniędzmi.

Mniej więcej mi się to udało, ale ostatnio zadaję sobie trudne pytania dotyczące kręcenia filmów i zastanawiam się, czy praca od dziewiątej do piątej (czy od dziewiątej do dziewiątej) to to, czego potrzeba, żeby poczuć się pełnoprawnym członkiem rasy ludzkiej. Złościłem się na swoje powołanie, odpychałem je i próbowałem się od niego odwrócić.

Rozmowa z przyjaciółką sprzed roku zrobiła na mnie wrażenie. „Próbowałam być wieloma innymi osobami” – powiedziała po prostu – „ale w końcu zaakceptowałam, że jestem filmowcem”. Część mnie jest tu po to, by zawrzeć podobny pokój albo dowiedzieć się, jak inaczej mam spędzić następne 10 lat mojego życia.

Oszukałem w jednej drobnej sprawie. Przemyciłem tu ze sobą książkę. Coś mi podpowiedziało, że to właściwy moment, żeby przeczytać „Uwolnioną duszę” Michaela A. Singera. Otwieram okładkę i widzę, że zaczyna się od cytatu z Szekspira:

„Przede wszystkim: bądź wierny sobie, a wtedy, tak jak noc jest wierna dnie, nie będziesz mógł być fałszywy wobec nikogo”.

Zanurzam się.

________________

Budzi mnie wczesne światło i obserwuję, jak chowa się za horyzontem. Czarne błękity nocy przybierają głęboki pomarańczowy odcień, który stopniowo przechodzi w żółcie, aż do wschodu słońca, zatapiając wszystko w złocie i unosząc mgłę znad drzew. W nocy proces się odwraca – jasny błękit zmienia się w różowy, aż ciemniejsze odcienie również go przegonią.

Czuję się jak na kacu. Tępy ból pulsuje za oczami. Ale ku mojemu zaskoczeniu nie jestem głodny. Piję wodę. Jeszcze więcej wody.

Mam tylko jeden prawdziwy obowiązek każdego dnia – rano odwiedzić wyznaczone miejsce dla mojego przyjaciela i zostawić znak, że wszystko w porządku. Mój przyjaciel odwiedzi mnie po południu, sprawdzi, czy żyję i zostawi znak, że odbiorę następnego ranka. Za każdym razem, gdy odwiedzamy, dodajemy więcej dekoracji do kręgu – gałązki, szyszki, kamienie. Drugiego dnia mój przyjaciel zostawia mi prosty szkic: dwa polne kwiaty i pszczołę na papierze akwarelowym. Otrzymanie tego pięknego prezentu za pośrednictwem naszego prymitywnego systemu pocztowego sprawia, że ​​czuję niewysłowioną radość.

Wracając z kręgu przyjaciół, zdaję sobie sprawę, że poruszam się wolniej niż zwykle. Docieram do polany i zatrzymuję się, żeby złapać oddech na pniu drzewa.

Moje myśli kierują się ku strachowi. Wszystko, co mnie powstrzymywało, ostatecznie prowadzi do tego. Nagle postanawiam zdjąć nieśmiałość jak stary płaszcz, którego już nie potrzebuję, i zostawić go za sobą.

Uroczyście je zdejmuję i ostrożnie odkładam, po czym idę dalej.

Oceniam porę dnia na podstawie położenia słońca. Większość dnia spędzam w tańcu między słońcem, cieniem i muchami. Kiedy owadów jest za dużo, zdaję sobie sprawę, że czas się ruszyć.

Potem, siedząc na skale zwróconej w stronę góry, postanawiam po prostu wszystko omówić.

Najbliższy człowiek mieszka ponad milę ode mnie, a większość osób, z którymi muszę się skontaktować, mieszka o tysiące kilometrów dalej.

Nieważne. Szczerze przepraszam byłych partnerów i kochanków. Pragnę zadośćuczynienia za zerwane przyjaźnie. Oddaję hołd tym, którzy odeszli zbyt wcześnie i mówię im, jak bardzo za nimi tęsknię.

Wiem, że te rozmowy nie zastąpią prawdziwego dialogu, ale wydobycie wszystkiego, co niewypowiedziane, sprawia, że ​​czuję się lżejsza, bardziej pusta. Ich ładunek zostaje usunięty. Czuję, jak powoli otwiera się droga dla czegoś nowego.

Trwa ona do drugiej nocy, kiedy to odbywa się „Ceremonia Loży Śmierci”, podczas której przygotowuję się na własną śmierć. Zamykam oczy i witam przyjaciół i rodzinę, którzy po cichu manifestują się, aby pożegnać się ze mną na zawsze. Nie mam pojęcia, ile to trwa, ale rozmawiam z każdym z nich na głos. Dziękuję im za ich dobroć, miłość i za to, jak wzbogacili moje życie. Kiedy kończę, księżyc jest już w pełni i wysoko na nocnym niebie.

_______________

Książka zgłębia paradoks uwolnienia się od wyobrażonego Ja. Nie jesteśmy nieustannym gadaniem, głosem w głowie. Nie jesteśmy zbiorem doświadczeń. Jesteśmy świadkami tych rzeczy, świadomością, która za tym wszystkim stoi. „Ty”, który zawsze tam był – jako dwulatek, dwunastolatek, dwudziestodwulatek, czterdziestodwulatek. Ty poza etykietami i nazwami, nawet poza płcią.

Zachęca do przejścia od umysłu do serca. Do nieustannego, trwającego całe życie procesu otwierania i utrzymywania otwartego tego tajemniczego organu, do puszczania i „pozwalania sobie doświadczyć każdej nuty, jaką zagra serce… Wszystko będzie dobrze, gdy tylko pogodzisz się ze wszystkim. I tylko wtedy wszystko będzie dobrze”.

__________________

Ostatniej nocy mieliśmy za zadanie zbudować własny kamienny „Krąg Przeznaczenia” i siedzieć w nim do świtu.

Po zebraniu kamieni oczyszczam krąg resztką dzikiej szałwii, którą dał nam Robert, zapalam świeczkę i czekam, aż księżyc wzejdzie zza drzew.

Bardzo się staram, ale po prostu nie mogę powstrzymać się przed zapadnięciem w sen. Wpadam w świadome sny i wybudzam się z nich. Zdaję sobie sprawę, że moja wizja nie zatańczy holograficznie przed moimi zmęczonymi oczami.

Nagle się otwierają i jest czwarty poranek.

Dolina poniżej jest pokryta białym kocem. Jestem dosłownie ponad chmurami.

Zdjęcie wykonane przez Roberta Wagnera w obozie bazowym czwartego poranka wyprawy Vision Quest

Gdy słońce wschodzi, powoli pakuję to, co myślę, że mogę unieść na trzęsących się nogach i widzę zdanie, które napisałem wczoraj wieczorem w moim dzienniku:

„No, Boże, zdobądźmy razem Oscara”.

Odwracam się, by wrócić do bazy. Ogarnia mnie błogie poczucie spokoju i spełnienia. „Mogłoby tak być każdego dnia” – myśl unosi się chaotycznie w mojej świadomości.

Przedzieram się przez drzewa, przez wyschniętą otwartą przestrzeń, gdzie poprzedniego dnia znalazłem na ziemi małe ptasie gniazdo. Było kruche, idealnie nienaruszone i już nieużywane.

Pochyliłem się i podziwiałem misterne sploty trawy i gałązek, tworzące idealne koło, każde źdźbło starannie ułożone przez małego ptaszka, który z zapałem budował miejsce, w którym wychowa swoją rodzinę. Znalezienie tego pięknego, maleńkiego domku na mojej drodze było jak znak, że nadszedł czas, a Oregon jest właśnie tym miejscem, aby stworzyć własne gniazdo.

Docieram do ścieżki prowadzącej z powrotem do bazy. Gdy się zbliżam, niespodziewanie na moich ustach pojawia się melodia z filmu Wielka ucieczka . Zaczynam gwizdać.

Jestem dumny, że nie tylko przeżyłem, ale też przyjąłem i pokochałem całe to doświadczenie. Nie zostałem zjedzony. Nie odniosłem obrażeń.

Nagle, jakieś dwieście metrów dalej, gwizdek milknie.

Zatrzymuję się i próbuję ponownie.

Nagle opieram się na swojej lasce i czuję, jak zalewa mnie fala emocji.

Niespodziewanie łzy zaczynają płynąć mi po twarzy i czuję, jak z głębi piersi wybucha szloch. Coś w moim sercu pęka i nie mogę tego powstrzymać.

Jestem wyczerpany tym całym rozstaniem. Zrzucenie wielu skór pozostawiło mnie bez życia. Nie jadłem od 84 godzin. Nagle ogarnia mnie świadomość, że kilka kroków dalej czeka nowa przyszłość. Że kiedy ponownie przekroczę próg, w końcu znajdę się na drodze do prawdziwej męskości. To jednocześnie rozpoznanie, ulga i ostateczna żałoba po odchodzącym młodo.

Zrzucam plecak i wchodzę do kręgu. Ramiona drżą mi z emocji. Czuję zapach palącej szałwii, gdy Robert mnie błogosławi, dziękując Duchowi za bezpieczny powrót. Oczy mam zamknięte. Łzy wciąż napływają.

Przytula mnie mocno, gdy wychodzę. „Witaj ponownie, bracie”.

Pozostali też już wrócili. Biją brawo i wiwatują na mój udany powrót. Czuję ich ciepło. Myślałem o każdym z nich i nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć ich historie.

Uśmiecham się i biorę głęboki oddech.

„Ok” mówię. „Co na śniadanie?”

Godzinę później zjadłem owoce, płatki i spory kawałek czekolady. Awaryjny batonik energetyczny z mojej torby, o który tak intensywnie rozmawiałem i targowałem się podczas wyprawy, wreszcie trafił do mojego skurczonego żołądka.

Wracając na miejsce, żeby odebrać resztę sprzętu, włączam telefon, żeby dać znać kilku osobom, że żyję. Wielokrotnie żałowałem, że nie miałem go przy sobie, żeby zrobić zdjęcia, ale kilkudniowa rozłąka z technologią pozwoliła mi przenieść się w inny rytm czasu i mam mieszane uczucia, patrząc, jak moja skrzynka odbiorcza się aktualizuje.

Mam 247 nieprzeczytanych maili. Szybko je przeglądam, szukając czegoś ważnego. Jeden przykuwa moją uwagę i zastanawiam się dwa razy:

Temat: Gratulacje z okazji nominacji do nagrody Emmy!

Otwieram Facebooka. Zostałem oznaczony w poście. Klikam link i przewijam w dół, aż znajdę potwierdzenie. To prawda. Nasz film „Tashi and the Monk” jest nominowany w kategorii Najlepszy Krótkometrażowy Film Dokumentalny na Emmy.

Znów się uśmiecham.

Chyba to załatwia sprawę. Naprawdę jestem filmowcem.

________________

Robert mówi, że wizja w pełni się urzeczywistni po roku. Ostatniego wspólnego poranka zaprasza każdego z nas do napisania listu do siebie za rok. Zaklejamy je w kopertach, które wyśle ​​nam za 12 miesięcy. Nie zdradzę dokładnie, co było w moim liście, ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, do 17 lipca przyszłego roku wiele się wydarzy. Podpisuję go „Twój najlepszy przyjaciel”.

Czy naprawdę stałem się mężczyzną?

W końcu ucichłem w enklawach ciszy pod olbrzymimi drzewami, których słoje liczyły ponad 100 zim i lat.

Zastanawiałem się, jak ta sama inteligencja lub wizja, którą nasiono niesie dla tej potężnej sosny, jest również w nas. Rośniemy, ewoluujemy i wznosimy się spiralnie w stale rozszerzającej się teraźniejszości. Uczymy się od otaczających nas ludzi. Warunki atmosferyczne odgrywają rolę. Ale to przypominanie sobie tego, co w jakiś sposób intuicyjnie już wiemy, współgra z odkryciami świata zewnętrznego. Akceptacja procesu znacznie starszego i mądrzejszego, niż jesteśmy w stanie pojąć.

Te drzewa nie wątpią w swoją drzewiastość, po prostu drzewami. Jestem człowiekiem. I jeśli działam z głębi duszy, wiem, że to będą czyny dobrego człowieka.

Mój głos nie stał się nagle głębszy. Jak w urodziny, nie poczułam się nagle o rok starsza. Ale coś się zmieniło. Wyprostowałam się. Oczy mi się rozjaśniły. Ciężar wątpliwości i niejasności znika. Czuję się zdecydowana, celowa. Wiem, że drzwi do innego miejsca się otwierają i choć może minąć wiele lat, zanim w pełni wypełnię swój nowy (ludzki) garnitur i nauczę się działać z odwagą i sercem, proces ten trwa.

Zanim się rozstaniemy i wyruszymy w drogę powrotną do naszego starego/nowego życia, Robert oferuje nam jeszcze jedną, ostatnią radę.

„Zawsze, gdy kogoś przytulasz” – mówi – „nie przerywaj uścisku jako pierwszy. I obserwuj, co dzieje się z energią”.

Podobnie jak wszystkie jego nauki w minionym tygodniu, jest to idealne połączenie lekkości i powagi.

_____________

Kurz unosi się, gdy konwój samochodów i ciężarówek odjeżdża. Na krajobrazie nie widać żadnych śladów, ale wiele zostało po nim w tym dzikim i pięknym miejscu.

Zmęczeni, brudni i uśmiechnięci, schodzimy z góry o wiele lżejsi, niż przyjechaliśmy w zeszłym tygodniu.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

2 PAST RESPONSES

User avatar
Kristin Pedemonti Oct 25, 2016

Thank you Andrew for sharing your journey with us, so real and raw. Thank you also for the gift of Tashi and the Monk, I LOVED that film, deeply inspired by the loving kindness depicted within. Hugs from my heart to yours, Kristin

User avatar
Bud Wilson Oct 19, 2016

Thank you Andrew for an exquisite description of your experience of alone (all-one) time in Nature's Embrace. The Earth is inviting all of us to dive deeper into a genuine relationship with self and everything non-human. Shifting consciousness is the key as we quite our minds and open our hearts. Thanks for sharing the inspiration and beauty you encountered during your solo process. This is the essence of my own purpose in life, and like you, I'm stepping into owning my manhood as a founder and guide for Deep Nature Journeys.