„Nie możemy ich użyć. Wyglądają jak pamiątki rodzinne!” Gina, gość mojego świątecznego spotkania, unosi jedną z misternie haftowanych serwetek ze stołu bufetowego. „Skąd je masz?”
„Ze śmietnika. Obrus i te świeczniki też tam były.”
„Nie mówisz serio! Czemu miałyby być na śmietniku?” Szok w jej głosie rozniósł się po sali i inni podnieśli wzrok.
Kobiety często pytają, skąd coś się wzięło, zwłaszcza jeśli jest to atrakcyjny element garderoby lub nowy dodatek do domu. Ale nazwanie śmietnika źródłem czegokolwiek, zwłaszcza przedmiotu piękna, jest zupełnie zaskakujące.
Moje wyjaśnienia stworzyły atmosferę tajemnicy. Historia była tak nieprawdopodobna, że później moi przyjaciele żartowali, że może mi się przyśniła.
Czerwona serwetka, obrus i świeczniki należały do pani Cybulski (to nie jest jej prawdziwe nazwisko), wdowy, która mieszkała na tej samej ulicy odkąd zamieszkałam w okolicy, czyli około dwudziestu lat.
Poza podlewaniem ogrodu, rzadko wychodziła z domu. A kiedy już wychodziła, trzymała się blisko domu, jakby pęta, które ją trzymały przy życiu, zniknęły, ciągnąc ją ku wiecznemu domowi.
Pewnego dnia zauważyłem przed jej bungalowem pełnowymiarowy kontener na śmieci. Założyłem, że to na odpadki ogrodowe albo śmieci z jakiegoś remontu. Ale wkrótce pojawili się obcy ludzie. Podczas mojego codziennego spaceru widziałem, jak krzątają się po posesji. Na ganku siedział chłopiec w wieku około dwunastu lat, z ponurą miną. Jego mina wywołała we mnie ukłucie niepokoju, że być może pani Cy umarła.
Zawołałem niepewnie: „Czy ona już poszła?”
„Tak, zdała”. Trudno było stwierdzić, czy był zły z powodu utraty bliskich, czy po prostu zły, że musi pomóc w nieprzyjemnym zadaniu.
Przez dużą, szklaną szybę widziałem kobietę balansującą kieliszkami w palcach. Z tylnych drzwi wyszedł mężczyzna około czterdziestki, z rękami pełnymi czegoś, co wyglądało na pościel. Czekałem w pobliżu, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście wrzuci to do śmietnika.
Nie chcąc się wtrącać, ale jednocześnie ciekawa, przedstawiłam się. „Cześć, jestem Meredith, sąsiadka z naprzeciwka. Przykro mi słyszeć o pani Cybulski. Czy była twoją babcią?”
„Praba ciocia. Dziewięćdziesiąt jeden lat. Miała dobre życie” – powiedział i ruszył w stronę śmietnika, nasza rozmowa najwyraźniej dobiegła końca. Starannie położył starannie złożone prześcieradła i koce, jakby to właśnie w tym pokoju miały być przechowywane. Widziałam śmietniki pełne wszelkiego rodzaju śmieci, ale nigdy takiego, upchanego jak kufer na podróż morską.
Stałem jak wryty, oszołomiony dziwnym zestawieniem nagłej śmierci i rzeczowego spokoju. Wkrótce pojawił się siostrzeniec z kolejną partią, którą ułożył na poprzedniej w ten sam powierzchowny sposób. Biorąc pod uwagę jego brak uczuć, pomyślałem, że mogę zajrzeć do śmietnika, nikogo nie urażając. Drewniana leżanka, otoczona całkiem przyzwoitymi sprzętami domowymi, była przysunięta do jednej ze ścian, jakby w każdej chwili ktoś miał się tam położyć z książką do popołudniowej lektury.
Nie lubię patrzeć, jak rzeczy się marnują, a leżanka była idealnym rozwiązaniem w moim pokoju gościnnym; starą tapicerkę można by łatwo wymienić. Ale prośba o uratowanie czegoś po zmarłym wydawała się prymitywna. Czy to była zwykła przyzwoitość, czy pierwotny instynkt, z którego rodzą się tabu? Gdyby siostrzeniec nie był szczególnie zrozpaczony śmiercią ciotki, być może nie zdenerwowałaby go moja prośba o uratowanie pstrokatej meblościanki. Niepewnie odważyłem się zapytać: „Czy mógłbym zaproponować ci kupno tej leżanki, jeśli planujesz się jej pozbyć?”
„Nie, ale weź. Możesz sobie wziąć”. Przeszedł obok mnie, nie patrząc, bez chwili wahania. A ja weszłam do mojego pierwszego kontenera na śmieci.
Byłem na stanowiskach archeologicznych, znam biel kości wyblakłą od słońca, herbaciane plamy pozostawione przez ziemię. Tutaj żadna warstwa ziemi nie zasłaniała znaleziska. Aby dostać się do leżanki, wystarczyło przesunąć stosy pościeli. Jej szafa w przedpokoju musiała być teraz pusta, bo znajdowały się w niej wyprasowane prześcieradła, koce, obrusy i haftowane i szydełkowane tkaniny, jakie można znaleźć na strychach starych kobiet. Kiedy je zobaczyłem, moja własna żałoba powróciła.
Wieczory u babci spędzaliśmy we dwoje, tuląc się do siebie na otomanie, przeplatając igłami z kolorową nicią kwadraty muślinu, a ona uczyła mnie, jak nadać kształt ptakom i kwiatom, które prasowaliśmy na przyszłych ściereczkach kuchennych. Te kilka, które mi zostały, są dla mnie niczym złoto. Moja babcia i pani Cy były z tego samego pokolenia.
Kiedy nasi dziadkowie zmarli, mój brat i ja musieliśmy zająć się ich dobytkiem. Był koniec lat 70., czas, kiedy odwieczna walka między duchem a materią ponownie się rozgorzała. Ulegając presji, by nie przywiązywać się do rzeczy ani nie trzymać się przeszłości, rozdawaliśmy za dużo, a resztę sprzedawaliśmy za bezcen. Przedmioty przesiąknięte maną naszych przodków wymykały się nam z rąk, trafiając w ręce obcych, którym nie zależało na ich duchu, a jedynie na ich materii.
Na śmietnik trafiały podobne artefakty z mojego życia. Nie znałem dobrze pani Cy, ale ta profanacja musiała się skończyć. Niedawno złożyłem śluby zakonne dobrowolnej prostoty i byłem głęboko zaangażowany w ograniczanie nadmiernej konsumpcji poprzez utrzymywanie istniejących dóbr w obiegu i troskliwą opiekę nad nimi. Nie mogłem stać i patrzeć, jak użyteczne rzeczy gniją na wysypisku. Siostrzeniec zmierzał w moim kierunku z kolejnym ładunkiem, więc postanowiłem spróbować szczęścia.
„Czy ta pościel i komplet pościelowy też idą? Chętnie dam ci coś za nie”. Wskazałem na stosik u stóp leżanki.
„Och, myślę, że możesz je wziąć. Ale dopilnuję, żeby zostały wyprane.”
Czy to jej śmierć je skaziła, czy jej życie? Starając się nie zabrzmieć złośliwie, zapewniłam go, że wszystko wyprałam, i zaczęłam układać pościel na leżance. Wśród nich była staromodna koronkowa narzuta, delikatny obrus z adamaszku z tuzinem pasujących serwetek w oryginalnym pudełku oraz czyste bawełniane prześcieradła z metkami na rogach. Pranie najwyraźniej nie było problemem.
Odłożywszy te rzeczy, poszedłem do domu po ciężarówkę. Kiedy wróciłem, ani mężczyzna, ani jego syn nie podnieśli wzroku, a co dopiero zaproponowali pomoc. Wyciągnąłem leżankę. Metalowe sprężyny i wypełnienie z końskiego włosia sprawiały, że była ciężka, ale z pomocą siły udało mi się ją wciągnąć na platformę. Postanowiłem, że wrócę po resztę, gdy krewni już wyjadą.
O piątej ich samochód zniknął. Otworzyłem ogromne drzwi kontenera. Byłem oszołomiony. Wyglądało na to, że cała rodzina pani Cy była w środku. Na górze stał wyblakły, zielony Chesterfield. Nie zdziwiłbym się, gdybym zobaczył nad nim unoszącego się wściekłego ducha pani Cy.
Ubrany na tę wyprawę w dżinsy i robocze buty, podszedłem z obawą wykraczającą poza zasady dobrego wychowania czy kwestie prawne. Co stało się z Carterem, kiedy po raz pierwszy otworzył grobowiec Tutanchamona? Czy nie umarł wkrótce potem?
Kontener był pełen. Spomiędzy warstw bezużytecznych przedmiotów wyłoniły się skarby: kilka maleńkich indiańskich koszyków, piękna, ręcznie robiona bawełniana kołdra w odcieniach żółci i zieleni, para blaszanych kinkietów w stylu folk, antyczna mosiężna lampa z żłobkowanym szklanym kloszem z około 1930 roku, ogromny czerwony obrus zdobiony białym ściegiem. Delikatne ściereczki kuchenne z aplikacjami w delikatne fioletowe kwiaty. I naczynia kuchenne wszelkiego rodzaju, jakby wszystkie szuflady zostały po prostu wywrócone do góry nogami. Skoszona trawa. Kanapka z masłem orzechowym i dżemem w woreczku strunowym, biały chleb wciąż sprężysty.
Straciłem poczucie czasu w tym świecie trumien. Sądząc po położeniu słońca, wyglądał na wczesny wieczór. Byłem zmęczony. Moje polowania i zbieractwo były obfite. Mój samochód ciężarowy brzęczał ładunkiem narzędzi kominkowych, leżanką i jadeitem w glazurowanej chińskiej doniczce.
Następnego ranka wróciłem. Gdy wdrapałem się na stertę, skrzynia z roślinami przewróciła się, rozsypując drobną, ciemną ziemię na granatowy wełniany płaszcz pani Cy. Naturalna potrzeba kompostowania była silna; płynąłem pod prąd. Słoik dżemu truskawkowego wypadł z wilgotnego kartonowego pudełka i rozbił się, dodając mu lepkości. Ujawniła się osobliwa magia związana z przemijaniem życia – zawartość, która była solidnie związana i trzymana, dopóki właścicielka oddychała, zaczęła się łamać.
Z massa confusa wyłoniły się kolejne skarby: czerwone serwetki pasujące do obrusu odkrytego wczoraj – serwetkę, którą trzymała Gina; mała miseczka z rżniętego szkła na srebrnej podstawce; pokrowiec na ubrania z eleganckimi bawełnianymi sukienkami i halkami z 1910 lub 1915 roku; małe pudełko wyrzeźbione z orzechowego orzecha. A potem, z niepozornej torby na zakupy, najbardziej zdumiewające znalezisko: satynowy kapelusz typu cloche wysadzany perłami i dwa antyczne jedwabne szale, jeden w kolorze szampańskim z długimi frędzlami, drugi w kolorze głębokiego różu.
Kiedy je trzymałam, łzy napływały mi do oczu, gdy patrzyłam na ich piękno i na to, jak zostały porzucone. Czy te przedmioty były częścią jej ślubnej wyprawy ze starego kraju? Czy wrzucając je do torby, siostrzeniec lub jego żona odwrócili się od rodzinnego dziedzictwa, tak jak moi rodzice odwrócili się od swojego starego świata?
Szale, perłowy kapelusz i antyczne sukienki pani Cy trafiały do cedrowej skrzyni mojej babci, razem z jej ściereczkami kuchennymi i czarną koronkową mantylą mojej drugiej babci. Dziedzictwo kobiecości kryje się w takich pamiątkach, zachowanych na specjalne okazje i przechowywanych tam, gdzie jasne światło dnia nie przyćmi ich blasku. Nici tych szat dotykają ciała jednego pokolenia, potem kolejnego i kolejnego, tkając osnowę i wątek życia.
Rzeczy pani Cybulskiej zagościły w moim domu. Blaszane kinkiety wisiały nad kominkiem, kołdra wisiała na ścianie, by rozjaśnić pokój. Mosiężna lampa zrzuciła z siebie ślady wieloletniej rdzy, a pudełko z orzecha włoskiego nasiąknęło olejkiem cytrynowym. Wyprałam całą pościel i koce, nie po to, by pozbyć się z nich zapachu śmierci, ale by uczcić je odświeżeniem. Po zakończeniu tego rytuału odnowy zapaliłam świece w kinkietach i odmówiłam modlitwę za panią Cybulską. Życzyłam jej powodzenia w podróży i podziękowałam za tę nieoczekiwaną dobroczynność. Przeprosiłam za zaniepokojenie jej rodziny i wyraziłam nadzieję, że mnie zrozumie.
Niektóre wydarzenia rzeczywiście przypominają sny. Są jak kamyk, który wpada do jeziora, a fale powoli się rozchodzą, aż cała tafla wody odczuje jego uderzenie. Albo paproć, zwarta i gęsta, gdy najpierw wystaje ponad ziemię, a później rozwija się na ogromną szerokość. Tak było z moim spotkaniem ze śmietnikiem zaparkowanym wiele lat temu na końcu ulicy. Wciąż faluje przez moje życie jak sen rozwijający się we wszystkich kierunkach wokół centralnej łodygi.
Moi przodkowie również byli imigrantami pierwszego pokolenia, którzy przybyli do tego kraju tylko z tym, co mogli unieść. To niewiele, co zdobyli, było ich własnością na całe życie. Wszystko, co się zepsuło, było naprawiane; krzesła i sofy odnawiane, stoły odnawiane. Przedmioty nie pojawiały się i nie znikały, lecz pozostawały stabilne, przyczyniając się do stabilności świata. To, co posiadam od nich, przyczynia się do ciężaru mojego bytu.
W dzisiejszych czasach powszechne jest narzekanie na to, jak bardzo staliśmy się materialistami, ale nie sądzę, by było to trafne. Wydaje mi się, że jeszcze nie zaczęliśmy cenić materii. Wiele z tego, co powstaje dzisiaj, nie ma trwałego charakteru i nie da się tego naprawić. Mana nie jest w stanie wypełnić tego, co posiadamy. Pozbawione substancji, nie mogą stać się odpowiednimi naczyniami dla ducha. Możemy pytać, skąd pochodzą przedmioty, ale nie mają już historii do opowiedzenia. One również straciły swoje korzenie. Jak zatem mamy zostawić po sobie namacalne pamiątki? Co pozostanie, by je pieścić?

COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
23 PAST RESPONSES
Hopefully beautiful memories...
Thank you for your sensitive attention to old fashioned beauty and quality. Sadly, those days are over. Your care, resurrection and preservation warm my heart.
with Love, LoWell
I have often speculated that when I go, by daughters will do the same: but, I have asked them call a donation center such as St. Vincent dePaul, Salvation Army (not Goodwill-profit making) to come and take all that they need. Hold a 'free' or dollar yard sale - proceds to animal shelter. The rest can then go in the 'trash'. I have been de-cluttering since I retired from teaching in 2014. I want to leave as little as possible for anyone to go through, for their sake and mine.
It is such a sad reflection on life that this is sum of a lady's life. It has me thinking, what will be the sum of my life?
I am glad this lady rescued some of these treasurers.
Blessings
I come from a practical family on my mother's side; I recall stories of her father burning the victrola for firewood, not because they were that desperate but because it was 'not a necessity' type piece. How I long for that family history.
On the flip side, I have my grandmother's coffee mug and photos of her from teenhood on her family's farm. Treasure.
My we honor these family materials and memories
I envy your find! But I also feel sorry for this family who seemed to have no awareness of the tremendous need in communities. Most surprisingly (to me at least) is that these items were placed in a
[Hide Full Comment]dumpster (!!) instead of being shared with people who have so little
(Salvation Army, rescue orgs, homeless shelters, etc.). I can
understand a time crunch and wanting to just get it over with, but what
sort of message does that send to the little boy on the corner? This
could have been an opportunity to teach about sharing or poverty or
people left with nothing after flood or fire. What a gift some of these things could have been to someone who had lost everything through no fault of their own.
I hope they kept SOMEThing with which to remember this woman who died -- it would mean that there is within them an appreciation or connection to her as part of their family or at the very least an appreciation for the artisanship of these "things" made by hand long ago. From your story it seems as if there was no such appreciation as well as no attempt to share (until you asked).
Your appreciation and rescue of these "things" from the landfill is really gift to all of us who value the work and artisanship of those who came before us.
Whenever I feel strongly about a person,whether the veterinarian who showed a little extra
compassion to an elderly feline of mine,or the coworker who made my day,I find giving
something that I cherish to that person makes me feel like I am giving a little piece of myself
away while I can appreciate it,not when I am dead and gone.Try it,you'll like it!SCole
I love this story. It is so beautifully written! And it is giving me a lot to think about as I face a move. What to keep, what to give to the Salvation Army, what to offer to friends and family... The observation about mana and cherished objects is important. Steiner once observed Spirit is never without matter, and matter is never without spirit. Pondering that observation is helpful to me. Your tender article brought these issues into life! Thank you.
Certainly a thought-provoking article , yes, in a sense, even inspiring ......but in our case it was like preaching to the choir and the preacher all in one. We have indulged in the same life-long love relationship with our past . Some friends address us as rat packs to our faces. Retired teacher, coach, nurse , volunteers.....we collected our own museum pieces indeed and chronicles of lives indeed blessed. Can you imagine living in one's own home for 25 years , raising 4 children , and then inheriting a heritage property well over 150 years old and in time compressing the 2 into the smaller, older one in less than 30 days in the dead of winter in 1998 ? Down-sizing? Hah ! More like super-sizing on a bun ! We lived in a veritable warehouse for months/years with every nook and cranny engulfed with treasures from our and my wife's families. We continue today to venture on safari-like adventures to open boxes, unlabelled due to haste, miniature tombs of discovery and boundless memories ! Thank you .
[Hide Full Comment]I love this story. Thank you for writing it. I find myself always trying to capture pieces of my relative's past through the items that they have left behind. I do not find it material, yet spiritual in a strange way...like there is a connection, the only connection that I have in some cases.
This is a wonderful read. I think about this a great deal. This would be a wonderful addition to the studies being done on the effects of technology on society. How can we evolve technologically and still find value. I thinks it's possible. Thanks for sharing this.