Back to Stories

Julian Norwich I Proces Transformacji

VeronicaRolf.jpg

Julian z Norwich. Źródło: Flickr/Matt Brown. CC BY 2.0.

Julian z Norwich urodziła się w 1342 roku. Nieobca przemocy i cierpieniu, dorastała w świecie spustoszonym przez wojnę stuletnią między Anglią a Francją i rozdartym Wielką Schizmą Papieską. Przeżyła również powstanie chłopskie w 1381 roku, podczas którego tysiące pozbawionych praw dzierżawców i robotników maszerowało po całej Anglii, rabując klasztory, paląc dokumenty dotyczące ich poddaństwa i długów oraz mordując znienawidzonych panów. Co najtragiczniejsze, od szóstego roku życia Julian zmagała się z powtarzającymi się wybuchami Wielkiej Zarazy – później nazwanej Czarną Śmiercią – która ostatecznie zabiła ponad połowę populacji Europy, około 50 milionów ludzi. To była prawdziwa apokalipsa.

W maju 1373 roku, gdy Julian miała 30 lat, jej ciało załamało się. Została sparaliżowana i była bliska śmierci. Miejscowy wikariusz kazał jej wpatrywać się w krucyfiks. Nagle cały ból zniknął, a postać Chrystusa na krzyżu zdawała się ożywać. Przez następne 12 godzin Julian przeżywała głębokie mistyczne doświadczenie cierpień Chrystusa i Jego przemiany w chwałę. Otrzymała szesnaście objawień i usłyszała głosy, które pozostały z nią do końca życia – zwłaszcza osobiste zapewnienie Chrystusa: „Wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze i wszystko będzie dobrze”.

Początkowo Julian nie mogła przyjąć tych słów. Jak mogła wierzyć, że „wszystko będzie dobrze”, skoro jej własny świat ewidentnie się rozpadał? Była tak dręczona sukcesem zła i poniżeniem cierpienia, że ​​często zastanawiała się, dlaczego „początek grzechu nie został powstrzymany. Wtedy myślałam, że wszystko będzie dobrze”. Odważyła się zakwestionować wizję: „Ach, dobry Boże, jak wszystko może być dobrze, skoro grzech wyrządził Twoim stworzeniom tak wielką krzywdę?”. Psychiczne cierpienie Julian nie było jedynie przesadnym, średniowiecznym zaabsorbowaniem grzechem; było ono oznaką wrodzonego poczucia ludzkości, że nasze życie jest straszliwie zepsute i że nie wiemy, jak je naprawić. Po prostu nie możemy uratować się z bałaganu, w który wpadamy z powodu naszej pychy, gniewu, egoizmu, zazdrości, chciwości i kłamstw.

Co zaskakujące, Julian usłyszała w pewnym przemówieniu, że grzech może być „dobry” – czyli „pożyteczny”, a nawet „konieczny” – ponieważ zmusza nas do uświadomienia sobie naszej potrzeby boskiego miłosierdzia i duchowego uzdrowienia. Zrozumiała również, że w Bogu nie ma gniewu ani winy – cały gniew i oskarżenia są po naszej stronie. Bóg okazuje ludziom jedynie współczucie i litość z powodu nieuniknionego cierpienia, które musimy znosić w wyniku naszych występków. Julian nabrała przekonania, że ​​Bóg kocha każdego bezwarunkowo. Jak napisała:

„Albowiem nasza dusza jest tak drogocennie kochana przez Tego, który jest Najwyższy, że przewyższa ona wiedzę wszystkich stworzeń: to znaczy, że nie ma stworzenia, które mogłoby wiedzieć, jak bardzo, jak słodko i jak czule kocha nas nasz Stwórca… Dlatego możemy prosić naszego ukochanego z szacunkiem o wszystko, czego chcemy”.

To objawienie napełniło Julian ogromnym współczuciem dla bliźnich. Pragnęła dawać świadectwo o boskiej miłości, miłosierdziu i objawieniach, których doświadczyła. Co prawda, Julian nie stała się „aktywna politycznie” w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Żadnej kobiecie w jej czasach nie wolno było kształcić się na uniwersytecie (tj. w Oksfordzie czy Cambridge), piastować urzędu publicznego, nauczać innych ani wygłaszać kazań z ambony. Świeckim zabraniano nauczania religii (z wyjątkiem własnych dzieci). Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że „polityczny” oznacza bezinteresowne poświęcenie służbie „społeczeństwu” i okazywanie współczucia potrzebującym, to Julian rzeczywiście stała się siłą napędową przemian społecznych. Postanowiła robić trzy rzeczy: modlić się, udzielać rad i pisać .

Około 1390 roku Julian postanowiła zostać pustelniczką – dosłownie „zakotwiczona” przy kościele św. Juliana (nie spokrewniona z nią) w Norwich. Tam mieszkała około 25 lat w małej celi pustelniczej, pod opieką służącej, która przynosiła jej jedzenie, czyste ubrania, pergamin i atrament. Poświęciła się modlitwie i kontemplacji, udzielaniu porad tym, którzy przychodzili do jej pustelni w poszukiwaniu duchowego wsparcia, oraz pisaniu.

Julian pilnie pracowała nad kilkoma wersjami Długiego Tekstu swoich objawień (Krótki Tekst napisała w latach siedemdziesiątych XIV wieku). Rozwinęła mistyczną teologię Trójcy Świętej; dobroci Boga odzwierciedlonej w małym orzechu laskowym; braku gniewu i winy w Bogu; pobożnej woli, „która nigdy nie przystała na grzech i nigdy nie przystanie”; Wielkiego Czynu, którego Chrystus dokona przy końcu świata; boskiej inspiracji, która jest podstawą naszych modlitw błagalnych; wartości cierpienia; i „macierzyństwa” Boga, tak istotnego dla naszych czasów.

Uświadomiła sobie, że „tak prawdziwie, jak Bóg jest naszym ojcem, tak prawdziwie jest Bogiem naszą matką”. Rodząc ludzkość z krwi i wody na krzyżu i pielęgnując nas i inspirując przez całe życie, Matka Chrystus jest wzorem dla wszystkich ziemskich matek, opiekunek, doradczyń, nauczycielek i wolontariuszek; dla wszystkich, którzy poświęcają swoje życie dziełom miłosierdzia i służbie społecznej. Julian nieustannie poszukiwała głębszego sensu wszystkich objawień Pana. Pewnego dnia otrzymała odpowiedź w modlitwie: „Wiedz to dobrze, miłość była Jego sensem”. Boska miłość stała się sensem jej życia i przesłaniem dla świata.

Chociaż Julian, według jej własnych słów, była „niepiśmienna” (nie umiała czytać ani pisać po łacinie, języku Pisma Świętego i teologii), była pierwszą kobietą, która napisała książkę w języku angielskim. Błagała swoich czytelników, aby przyjęli objawienia tak, jakby zostały nam pokazane, a nie jej. Zmarła jakiś czas po 1416 roku, a jej pisma zostały niemal zniszczone podczas reformacji. Opatrznościowo Długi Tekst został wywieziony do Francji przez rekuzantki benedyktynki. Dopiero w 1910 roku Krótki Tekst w końcu pojawił się ponownie na aukcji Sotheby's. Od tego czasu reputacja i wpływy Julian wzrosły na całym świecie. Amerykański mistyk i aktywista Thomas Merton nazwał Julian jednym z „największych angielskich teologów”, a były arcybiskup Canterbury, Rowan Williams, uważał książkę Julian za „najważniejsze dzieło chrześcijańskiej refleksji w języku angielskim”.

Co Julian ma nam do powiedzenia o procesie transformacji? Jak możemy pracować nad tym, by „wszystko było dobrze” w naszym świecie, nie tracąc ducha? Każdy, kto kiedykolwiek służył biednym, prześladowanym lub marginalizowanym, wie, że dwa największe zagrożenia to rozczarowanie i wypalenie. Problemy są tak ogromne, a nasze wysiłki tak znikome. W frustracji możemy próbować dyktować rozwiązania zamiast zachęcać do kreatywnej współpracy. Stajemy się wyczerpani, wściekli, a czasem czujemy się zdradzeni. Zastanawiamy się, jak możemy kontynuować, gdy szanse wydają się być przeciwko nam.

Julian mawiał, że musimy zagłębić się w „podłoże” naszego bytu, aby „żyć kontemplacyjnie”. Podobnie jak ona, musimy rozwinąć codzienną praktykę, w której nauczymy się odpoczywać i oddychać w ciszy i bezruchu, uświadamiając sobie turbulencje w naszych umysłach, uwalniając myśli i porzucając emocjonalne przywiązanie do nich. Musimy stawać się coraz bardziej świadomi bycia świadomym, aby doświadczyć głębokiego powiązania naszej własnej świadomości ze świadomością boską. A następnie musimy polegać na boskiej świadomości działającej w nas i przez nas, jeśli chcemy coś zmienić. Nie możemy tego zrobić sami. I nie możemy zrobić tego, co inni muszą zrobić sami. Możemy jedynie oceniać, doradzać, zachęcać i dodawać sił.

Czy taka kontemplacyjna praktyka przemieni świat? Nie natychmiast. Ale przemieni nas . Nasza miłość sięgnie głębiej, nasza cierpliwość wzrośnie, a nasza służba stanie się bardziej autentyczna i produktywna. Będziemy w stanie odczuwać współczucie dla tych, którzy nas kwestionują i zachować równowagę w sytuacjach, które zagrażają naszemu bezpieczeństwu. Będziemy słuchać uważniej, bardziej hojnie oceniać przeciwstawne punkty widzenia i chętniej współpracować. Rozpoznamy, że prawdziwe dzieło transformacji – czy to jednostek, czy narodów – jest dziełem boskim . Niemniej jednak my, ludzie, odgrywamy niezastąpioną rolę: każdy akt pokoju i pełnej miłości służby, każde słowo życzliwości lub przebaczenia pomaga uczynić „wszystko dobrze”. Im bardziej będziemy współpracować z dziełem boskiej miłości, tym bardziej doświadczymy, że ta miłość przynosi owoce w naszym życiu i w życiu innych. Gdy my zostaniemy przemienieni, inni również.

Objawienie, że „wszystko będzie dobrze”, nie daje natychmiastowego lekarstwa na nasze problemy osobiste, rodzinne i globalne. Te słowa są proroctwem i obietnicą – ostatecznej przemiany. Ostatecznie boska miłość przemieni każde zło w dobro, każdą nierówność w sprawiedliwość, a każde cierpienie w radość. Jednak nie będziemy w stanie dostrzec, jak to się stanie, dopóki nie zostaniemy w pełni przemienieni od wewnątrz; dopóki nie zostaniemy odrodzeni przez śmierć i odrodzenie w wymiarze boskim. Wtedy wreszcie będziemy w stanie zrozumieć, jak „wszystko będzie dobrze” – ponieważ wymiar boski to miłość.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

3 PAST RESPONSES

User avatar
Patrick Watters Apr 21, 2019

#THEANSWER — though most can not nor will ever come to accept or embrace it. }:- ❤️ anonemoose monk

User avatar
Kristin Pedemonti Apr 21, 2019

Thank you for reminding us of love and compassion: yes, all will be well, even in its imperfection. <3

User avatar
Kay Apr 21, 2019

Thank you for this beautiful example of a human BEING! It shows how resilient we are and how hopeful we can become if we let go and see our own divinity.