Fragment książki „Słowiki w Berlinie : W poszukiwaniu idealnego”
Dźwięk , autorstwa Davida Rothenberga. Wydawnictwo University of Chicago Press (maj 2019) .
Czy jesteście zaskoczeni, że w Berlinie są słowiki? Przebyły tysiące mil, żeby tu dotrzeć, z Afryki i znad morza niczym powietrzne uchodźcy. Śpiewają ze studni ciszy, ich głosy przebijają się przez miejski zgiełk. Każdy ma swoje ulubione miejsce, do którego wraca każdego roku. Wiemy, że wrócą, a jednak kiedy już przybędą, każda pieśń wciąż wydaje się cudem.
Ze wszystkich dni na koncert o północy w berlińskim Treptower Park, jakimś cudem wybraliśmy 9 maja – tę jedyną noc, kiedy tysiące ludzi zjeżdżają się do tego parku. To sześćdziesiąta dziewiąta rocznica zakończenia II wojny światowej. Park będzie pełen ludzi, gdy zaczną śpiewać ptaki. Sama lokalizacja nadaje temu wydarzeniu dodatkowego znaczenia. To tutaj upamiętnia się wielką bitwę berlińską, w której w niecałe dwa miesiące zginęło sto tysięcy ludzi. Stoi tu wystawny pomnik wojenny, wzniesiony przez Sowietów dla upamiętnienia ich zwycięstwa w dawnych Niemczech Wschodnich.
Choć ciężar historii ciąży tu niemiłosiernie, park otaczają ciche lasy, jezioro i piękna ścieżka jeździecka nad brzegiem Sprewy. To najwspanialszy ze wszystkich parków miejskich, z mieszanką zieleni, alejek i rozpadających się pozostałości komunizmu. To właśnie tutaj, każdej wiosny, kilkadziesiąt samców słowików wyznacza swoje terytorium, a my wędrujemy w mrocznych cieniach tej betonowej historii, by zanurzyć się w najstarszej muzyce świata.
Berlin jest najlepszym miastem w Europie, aby usłyszeć śpiew słowika, a najlepszy czas na jego usłyszenie przypada na okres od końca kwietnia do końca maja. Wtedy samce wracają z migracji do Afryki, aby ustalić terytoria, śpiewać dla partnerek i gniazdować z nimi, aby wychować młode. Na początku czerwca śpiew słabnie; ptaki pozostają na drzewach do sierpnia, ale stają się znacznie cichsze. Gdy wieczory znów się ochładzają, kierują się na południe, by nie być widzianymi aż do następnego roku, kiedy wrócą zgodnie z planem, często do dokładnie tych samych miejsc noclegowych, które założyły rok wcześniej. Słowiki są znawcami dźwięku. Nasz ludzki hałas wydaje się im nie przeszkadzać. W rzeczywistości mogą lubić wyzwanie, jakie stanowi nasz hałas. Ze wszystkich ptaków śpiewających, słowiki to dwa gatunki, Luscinia megarhynchos i Luscinia luscinia , które są najbardziej skłonne do śpiewania w ciemności, a nie we wczesnym porannym świetle. Jako takie podkreślają wszystkie ludzkie romanse i tęsknoty ukryte w niestosownej ciemności.
Ptaki te są czczone w mitach, pieśniach, poematach i opowieściach, a ja osobiście wiele o nich czytałem, zanim w ogóle usłyszałem któregoś z nich. Poeta Matthew Arnold, słysząc słowika jako starożytnego i wszechwiedzącego podróżnika, napisał w 1853 roku:
O wędrowcze z greckiego brzegu,
Wciąż, po wielu latach, w odległych krajach,
Nadal odżywia twój zdezorientowany umysł
Ten dziki, nieugaszony, głęboko zakorzeniony, staroświecki ból...
Arnold usłyszał cień starożytnego mitu, zanim mógł przyznać, że to prawdziwy ptak. Większość z nas czuje to samo, gdy słyszy naszego pierwszego słowika. Kiedy w końcu spotkałem mojego pierwszego prawdziwego, nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Ta pieśń była dziwna. Seria oderwanych fraz. Mieszanka rytmicznych ćwierkań, rozproszonych gwizdów i funkowych, kontrastujących dźwięków. Nie była ani melodyjna, ani melodyjna, jak wysoko cenione melodie drozda pustelnika w Ameryce Północnej czy kosa w Europie. Był to raczej niezwykły atak rytmiczny. Nie miałem wątpliwości, że to muzyka, ale obca muzyka, groove innego gatunku, wyzwanie dla ludzi, aby znaleźć drogę do niego. Chciałem poznać jego metodę i zacząłem wyobrażać sobie, jak pewnego dnia do niego dołączyć.
Czy słowiki lubią muzykować z ludźmi? Najbardziej rygorystyczne badanie reakcji słowików na odtwarzanie pieśni ich własnego gatunku, przeprowadzone w Berlinie w latach 70. XX wieku przez Henrike Hultsch i Dietmara Todta, odkryło trzy sposoby, w jakie słowik może reagować na obcą, nową muzykę w swoim otoczeniu. Po pierwsze, jeśli czuje, że jego terytorium jest zagrożone, próbuje przerwać nieznany dźwięk – co naukowcy nazwali „zagłuszaniem sygnału” – uniemożliwiając w ten sposób dotarcie do jakiegokolwiek obcego sygnału, utrudniając mu to tak bardzo, jak to możliwe. To jest reakcja agresji. Ale może reagować inaczej. Samiec słowika, który czuje się pewnie na swoim terytorium, który nie uważa ciebie, twojego klarnetu, iPada, głosu czy wiolonczeli za zagrożenie, posłucha tego, co grasz, odczeka chwilę, a następnie odpowie swoją krótką piosenką, a potem znów zrobi pauzę. Jeśli dasz mu trochę przestrzeni, zagrasz krótką frazę i zatrzymasz się, cała wymiana zdań zostanie uznana za przyjacielskie potwierdzenie, w którym każdy muzyk wymienia się pomysłami, zostawiając przestrzeń następnemu, akceptując, że każdy z nas ma swoje miejsce i swoją piosenkę.
Po trzecie, słowik, który uważa się za szczyt swoich możliwości – ptaka-szefa, najlepszego śpiewaka w całym parku – zrobi, co zechce, może przerywając, może zostawiając miejsce, śpiewając tak długo, jak mu się podoba, bo nie jesteś dla niego ani trochę ważny, mimo że jest przekonany o swojej wielkości. Śpiewa tak, jakby nikogo tam nie było oprócz niego.
Wszyscy spotkaliśmy muzyków, którzy pasują do tych trzech kategorii. Z muzycznego punktu widzenia rozróżnienie między przerywaniem a dzieleniem się może być dość trudne. To, co jedna osoba odbiera jako zagłuszanie sygnału, dla innej może być po prostu zwykłym improwizowaniem, próbą wspólnego tworzenia ciekawej muzyki. Dzieje się tak, ponieważ muzyka to nie tylko zwykły znak. To zależy od tego, co się uważa za istotę muzyki, czy to w kontekście ludzkim, czy ptasim. Być może artyzm i forma stanowią nie tylko reklamę terytorium i umiejętności, ale próbę wspólnej pracy nad stworzeniem czegoś, czego żaden gatunek nie mógłby stworzyć samodzielnie.
To właśnie z tą myślą w głowie poczułem potrzebę zjednoczenia ludzi i słowików, by stworzyć muzykę międzygatunkową. Dzięki błyskawicznym wiadomościom i sztuczkom mediów społecznościowych, w jakiś sposób, do północy, co najmniej sto osób zebrało się na przystanku S-Bahn w Treptower Park, by podążyć za nami do idealnego miejsca, o jeden zagajnik od brzegu rzeki, gdzie nasz ulubiony ptak, z którym ćwiczyliśmy wcześniej, był gotowy do występu.
Jestem gotowy zagrać na klarnecie na żywo z ptakami – to mój pierwszy raz przed publicznością liczącą więcej niż jedną osobę. Granie w rytm słowika staje się bezpośrednim oknem na nieznane, nawiązaniem kontaktu z istotą, która nie zna naszego języka. Gra czystych tonów, kontrastujących z klikiem i brzęczeniem, staje się nie kodem, lecz groovem, amfiteatrem rytmów, w którym staramy się odnaleźć swoje miejsce.
Ptaki zostawiają sobie nawzajem przestrzeń; są w tym stanie wahania, stoją na swoim miejscu, witając mnie tym samym być może bardziej niż zwykle. Nawet sporadyczny ludzki krzyk w oddali ma swoje miejsce: wszystkie dźwięki są mile widziane. W końcu pisk. Czy to ktoś dmucha w źdźbło trawy? Czy to uciszy naszego ptaka? Absolutnie nie, nic tego nie zrobi. Bo on urodził się, by śpiewać.
Chcę wam przekazać coś wyjątkowego o improwizacji z innym gatunkiem, ale nie wiem, czy improwizacja to najlepsze słowo. Czy sugeruje to wam coś błahego? Muzykowanie? Granie razem? Znajdowanie wspólnego gruntu? Muzyka międzygatunkowa to oczywiście muzyka, której żaden gatunek nie mógłby stworzyć samodzielnie. A całość, jeśli się uda, powinna być większa niż suma jej części, tak jak natura jest większa niż jakikolwiek gatunek w jej obrębie. Wszyscy mamy swoje miejsce i żaden gatunek nie jest samotną wyspą. Doskonalimy się, poświęcając więcej uwagi reszcie życia.
Jedna piosenka czy wiele: co ten ptak wyprawia? Wiele piosenek pod rząd, nawet kilkaset w piosence „o”, czy jeden wielogłosowy utwór z wielu riffów lub fraz? Ile miejsca między riffami? Ile słuchania jest w tych chwilach ciszy? Chcę słuchać tak samo jak ptak. Nie walczymy o uwagę – dążymy do wzajemnego zrozumienia. Muzyka, którą razem tworzymy, to coś więcej niż wojna.
Ludzie ciągle mnie pytają, jakie to uczucie, a moja odpowiedź nigdy nie jest wystarczająco dobra. Wszystko, co mogę zrobić, to grać muzykę dostosowaną do chwili i obecności ptaków, zostawiając przestrzeń dla ich śpiewu i ciszy. Traktować je jak równych sobie, z którymi nie mogę rozmawiać. To było wyjątkowo wzruszające, gdy godzinę po ucichnięciu rosyjskich obchodów zwycięstwa i zapadnięciu dziwnego spokoju w noc, wyprowadziłem cierpliwą publiczność do Treptower Park. Dopiero wtedy ptaki posłuchały, jakby cieszyły się całym tym hałasem i ludzkim świętowaniem końca wojny.
Nie boją się nas. Współistnieją z nami, kryjąc się w swoich pokrzywowych fortecach, czekając na odpowiedni moment, by zaśpiewać. Szanujemy ich dźwięk, nazywając go piosenką, uznając go za coś, co warto traktować poważnie jako muzykę i znajdując sposób, by się do niego przyłączyć. Powtarzam to w kółko, jak refren sam w sobie. Ten sam prosty przekaz, jeden prosty sposób, by natura miała znaczenie. Posłuchaj jej. Nie siedź biernie, ale pokochaj ją na tyle, by chcieć się przy niej bawić. Jest w niej miejsce dla ciebie.
Zwiastun filmu dokumentalnego „Słowiki w Berlinie” w reżyserii Ville Tanttu, z udziałem Davida Rothenberga.
Po więcej inspiracji dołącz do Awakin Call w tę sobotę z Davidem Rothenbergiem. Więcej szczegółów i informacje o możliwości zapisania się tutaj.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
1 PAST RESPONSES
And this:
"How much listening goes on in those silences? I want to listen as much as the bird does. We don’t fight each other for attention—we strive for mutual comprehension."
Thank you!