Back to Stories

Zbieranie liści

W 1983 roku moja żona Debbie, ja i nasz dwuletni syn Ben mieszkaliśmy pod Minneapolis w stanie Minnesota w Excelsior, małej, spokojnej wiosce położonej nad brzegiem jeziora Minnetonka. Trwała zimna wojna. Wyścig zbrojeń nuklearnych pędził ludzkość i znaczną część społeczności Ziemi ku zagładzie, być może w scenariuszu nuklearnej zimy, który niedawno rozgorzał w powszechnej wyobraźni. Nawet mieszkając w spokojnym miejscu o niezwykłym pięknie przyrody, które zdawało się odizolowane od problemów trapiących cały świat, czasami nie sposób było nie czuć się przytłoczonym poczuciem zbliżającej się zagłady. Na szczęście historia na tym się nie skończyła. I nadal się nie kończy.

W październiku tego roku, wierząc, że więcej informacji to coś pozytywnego, poczułem się zobowiązany wziąć udział w dwuipółdniowej konferencji na temat broni jądrowej w katedrze episkopalnej św. Marka w centrum Minneapolis. Doświadczenie to było bardziej wstrząsające niż pozytywne. Obejrzeliśmy budzące grozę filmy przedstawiające niszczycielską siłę eksplozji jądrowych – najpierw udokumentowane podczas próbnych detonacji w moim rodzinnym stanie, Nowym Meksyku, a następnie obszerne materiały filmowe o niewypowiedzianych skutkach bombardowań Hiroszimy i Nagasaki.

Do dziś prześladują mnie te obrazy; tym bardziej intensywnie, że od 2006 roku, kiedy odbyłem osobistą pielgrzymkę do Hiroszimy, czułem się jeszcze bardziej oszołomiony. Kiedy dotarłem na dworzec kolejowy w tętniącym życiem centrum Hiroszimy, ogarnęło mnie zdumienie. Wszystko wydawało się takie normalne. Krótka przejażdżka tramwajem zawiozła mnie na środek mostu Aioi, planowanego miejsca wybuchu bomby zrzuconej przez Enola Gay o 8:15 rano 6 sierpnia 1945 roku. Bomba ta zabiła natychmiast 80 000 osób, a ostatecznie doprowadziła do śmierci ponad 200 000.

Spodziewając się śladów tej niezwykłej dewastacji, rozejrzałem się i zobaczyłem… ostry czubek małej wyspy, z rzeką rozdzielającą ją i spływającą po obu stronach; a na wyspie niezrozumiałą, bujną zieleń parku. Hiroshima Peace Dome, która jest w rzeczywistości szkieletem spoczywającym na szczycie tego, co pozostało z jednego z niewielu budynków, które nie zostały całkowicie zniszczone przez eksplozję, stoi naga, otoczona wysokimi budynkami i zgiełkiem tego znów kwitnącego miasta. Niezależnie od tego, gdzie się przejdzie po parku pokoju, zawsze można zobaczyć kopułę, często na tle zielonego pola, stojącą martwo na tle nieba, historyczny dowód najbardziej destrukcyjnego momentu w dziejach ludzkości.

Dzień był druzgocący. Na przemian z trudem przyswajałem sobie tło historyczne – narastający militaryzm w Japonii, II wojnę światową i wydarzenia bezpośrednio poprzedzające zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę; i szlochałem niekontrolowanie, uświadamiając sobie, jak wielka jest ludzka zdolność do natychmiastowego zniszczenia 80 000 istnień ludzkich i pozostawienia całej populacji cierpiącej w różnym stopniu na chorobę popromienną i nękanej przez resztę życia. Ale jednocześnie, w cudowny sposób, z oddaniem podążałem ścieżką pokoju, starając się zapobiec powtórzeniu się tego horroru.

Na konferencji, po obejrzeniu filmów, które dostarczyły nam tak emocjonalnego tła, wysłuchaliśmy prelekcji ekspertów zajmujących się kwestiami broni jądrowej – naukowców, etyków i teologów moralnych. Mówili o MAD (wzajemnie gwarantowanej destrukcji) oraz o teoriach zimy nuklearnej, które jasno wskazywały, że w wojnie nuklearnej nie będzie zwycięzców, a jej niszczycielski wpływ na klimat Ziemi będzie tak druzgocący, że znane nam życie po prostu zniknie w zapierającym dech w piersiach czasie. Nawet ci, którzy przetrwali nuklearny Armagedon, zginęliby prędzej niż później z powodu połączenia chmury radiacyjnej otaczającej glob i nadejścia nuklearnej epoki lodowcowej.

Oczywiście obrazy z filmów pozostają dla mnie najbardziej żywe, ale jest też jedna historia z jednego wystąpienia, która przetrwała, gdy zapomniałem o wielu innych rzeczach. Jeden z prelegentów opowiedział o innej konferencji poświęconej broni jądrowej, podczas której ustalono, że wojna nuklearna prawdopodobnie oznacza koniec życia ludzkiego na Ziemi. W tym kontekście prezentacje koncentrowały się na technicznych aspektach wojny nuklearnej i broni jądrowej. Naukowcy i eksperci wojskowi mówili w chłodnym, analitycznym tonie o liczbie broni i jej megatonażu, a także o względnym wpływie eksplozji powietrznej w porównaniu z eksplozją naziemną oraz o implikacjach masy miotanej broni.

W pewnym momencie, jak poinformował nas nasz mówca, kobieta na środku sali wstała i krzyknęła głośno: „To jest złe! To jest złe!”.

Zapadła chwila oszołomionej, zażenowanej ciszy. Następnie mówcy kontynuowali dyskusję o liczbie broni jądrowej i jej niszczycielskiej sile, jakby mówili o czymś teoretycznym, a nie przedstawiali scenariuszy potencjalnej zagłady ludzkości.

Jak wyjaśnił nasz mówca, jest to przykład czegoś, co nęka nas wszystkich – psychicznego odrętwienia. Następnie wyjaśnił, że gdy dana rzeczywistość jest zbyt emocjonalnie przytłaczająca, by ją kontemplować, tłumimy nasze emocje i reagujemy w chłodny, obojętny, intelektualny sposób.

Nie czułem żadnego psychicznego odrętwienia, jadąc do domu po zakończeniu tej konferencji. Czułem się tak przygnębiony i bezsilny, jak nigdy w życiu. Był koniec października. Niebo było ciemne, ołowiano-szare. Poprzedniej nocy potężna wichura pozbawiła drzewa resztek liści, pozostawiając gołe, bezwładne gałęzie, które bez życia sięgały gasnącego światła.

Kiedy podjechałem pod nasz dom, Debbie siedziała na schodach ganku, a Ben stał na środku podwórka, między dwoma dużymi klonami. Poprzedniej nocy zostawiły morze martwych liści. Prawie zakopany w morzu stał mały kosz na śmieci. Usiadłem obok Debbie i, gdy resztka światła znikała z nieba, próbowałem przebrnąć przez mrok, który wchłonąłem po konferencji.

Podczas gdy ja rozmawiałam, Ben, ubrany w pudrowoniebieski kombinezon, grzebał w liściach, często znajdując konkretny liść, który z jakiegoś powodu czuł się zmuszony podnieść. Potem szedł do kosza na śmieci i wrzucał go do środka. Tam i z powrotem. Liść za liściem. Światło słabło. Zimno narastało. Siedziałyśmy tam z Debbie prawie pół godziny, aż zrobiło się prawie za ciemno, żeby cokolwiek widzieć. Ben ani na chwilę nie zwolnił tempa, nie wydawał się zmęczony swoją pracą. W końcu zwabiłyśmy go do środka obietnicą kolacji.

Później tej nocy, siedząc w gabinecie na piętrze i patrząc na pozornie nietknięte morze liści i mały kosz na śmieci, pomyślałem, jak bezsensowne było działanie Bena. Mógłbym zebrać więcej liści jednym naręczem niż on zebrał w trzydzieści minut. Ale potem zrozumiałem, że Ben nie był bezmyślny, tylko wierny; a bycie wiernym pokazywało mi drogę wyjścia z rozpaczy do celowego działania – zamiast pozwolić, by przytłoczyła mnie o wiele większa liczba liści, niż jestem w stanie udźwignąć, mogę znaleźć te, którymi mogę się zająć i zabrać się do pracy.

Wierzę, że ostatecznie to Bóg musi się zająć morzem liści. Nie oznacza to, że wierzę, iż Bóg w jakiś magiczny sposób uratuje ludzkość przed naszą głupotą; po prostu ufam, że w rozległych przestrzeniach tego rozwijającego się wszechświata światło i miłość są ostatecznie suwerenne. Ale ta wiara nie zwalnia nas z odpowiedzialności za robienie wszystkiego, co w naszej mocy, by urzeczywistnić światło i miłość poprzez nasze życie. Pośród morza martwych liści, które reprezentuje ciemną stronę ludzkiego życia na tej planecie – liści przemocy, ucisku, chciwości, ubóstwa, niesprawiedliwości, nierówności, degradacji środowiska i tak dalej – możemy skupić się na konkretnym liściu, który nas woła. Możemy podnieść ten liść, zatroszczyć się o niego, a następnie szukać kolejnego liścia wołającego nasze imię.

Przez lata ta refleksja nie tylko pozostała żywa w mojej pamięci, ale była też nieustającym przewodnikiem w moim osobistym rozwoju i nieustającą inspiracją, która pozwalała mi przezwyciężyć rozpacz wywołaną niezliczonymi katastrofami wywoływanymi przez człowieka, zagrażającymi społeczności Ziemi, i podjąć działania, które w jakiś sposób mogłyby pomóc w stworzeniu przestrzeni dla pokoju, sprawiedliwości i uzdrowienia. Niezależnie od tego, czy działamy u podstaw, czy tworzymy politykę na wysokim szczeblu, czy mamy zasięg globalny, czy poświęcamy czas na tworzenie zdrowego domu dla innych i dla siebie, każdy z nas może odpowiedzieć na wezwanie do podniesienia jednego liścia. A potem kolejnego. I kolejnego… oczyszczając ziemię… tworząc przestrzeń dla zielonych liści światła i miłości, by mogły się przebić… o ile tylko mamy przywilej oddychania.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

9 PAST RESPONSES

User avatar
L Feb 26, 2025
Thank you for your sharing your inspiration. In the 80s I was in my 20s, feeling somewhat oblivious about the that of nuclear Armageddon. Climate change and failures in current political govt definitely puts me in that psychic numbness mode. Leaf by leaf ...
User avatar
Lynn Miller Feb 23, 2025
This is a comfort blanket moment for adults. The greatest evil is disillusionment. It immobilizes those who can do anything helpful, or anything healthy and life affirming that might be done. It is like shooting out the tires on an otherwise functioning car. It disables us. But each individual moment still holds a promise of something of value to emerge. Being present in the now is all we really have. If anything can be done, it will be presented there. If we're not muffled in our disillusionment, maybe we'll be there to meet it. That is my hope.
User avatar
Carol Feb 21, 2025
Leaf by leaf…..thank you
User avatar
Barbara Cook Feb 21, 2025
Such a beautiful piece! Full of heartfelt emotion, acknowledgment of powerlessness in the face of insanity, and surrender to the message that Nature brings each one of us through our intuitive moments. How can we possibly know the big picture in all of this? I'm reminded of Emily Dickinson's quote : "The sailor cannot see the North, but knows the needle can." ---- Not having access to the understanding of how this will all turn out, we can in the meantime get on with our own little piece of the puzzle, just as you said. "We can pick up that leaf, take care of it, and then look for the next leaf calling our name." ----- I'm doing that now. Your article affirms me. ----- Thank you for sharing this beautiful story.
User avatar
Kristin Pedemonti Feb 21, 2025
Your Story of the leaves reminds me of the boy and the starfish. In which a young boy is walking with his grandfather along the beach. There are starfish washed up on the sand as far as the eye can see. And the boy continuously gently picks up one Starfish at a time and gently tosses them back into the sea. His grandfather stops and asks what difference could it possibly make when there are so many thousands of starfish washed up on the beach. The young boy replies, "it made a difference to that one," as he picks up another starfish and gently tosses it into the sea. May we never forget that even the impact through one conversation with one person, assisting one person, making a phone call to share our opinion, all of these add up and make a difference.
User avatar
Nancy Reece Jones Feb 21, 2025
Deep thanks for offering this simple personal path in the face of increasing threat to life as we've known it.
User avatar
Patrick Feb 21, 2025
It’s only hopeless if/when we forget our true, eternal hope in Divine LOVE.
User avatar
Jean Walters Feb 21, 2025
Beautiful! Amidst my own hopelessness and helplessness and anger and fear in this past month, this is the answer along with prayer. The Serenity Prayer mirrors this. Thank you.
User avatar
David Feldman Feb 21, 2025
Lovely, lovely. I try my best to do the same, one smile at a time