Łasica jest dzika. Kto wie, co myśli? Śpi w swojej podziemnej norze, z ogonem owiniętym wokół nosa. Czasami mieszka w swojej norze przez dwa dni, nie wychodząc. Na zewnątrz poluje na króliki, myszy, piżmaki i ptaki, zabijając więcej ciał, niż może zjeść na ciepło, i często ciągnie zwłoki do domu. Posłuszny instynktowi, gryzie swoją ofiarę w szyję, albo rozcinając żyłę szyjną przy gardle, albo miażdżąc mózg u podstawy czaszki, i nie puszcza. Pewien przyrodnik odmówił zabicia łasicy, która była wbita w jego dłoń głęboko jak grzechotnik. Mężczyzna w żaden sposób nie mógł oderwać małej łasicy i musiał przejść pół mili do wody, z łasicą zwisającą z jego dłoni, i zmoczyć ją jak upartą etykietę.
A kiedyś, mówi Ernest Thompson Seton, pewien człowiek zestrzelił orła z nieba. Zbadał orła i znalazł suchą czaszkę łasicy przytwierdzoną szczękami do jego gardła. Przypuszczenie jest takie, że orzeł rzucił się na łasicę, a łasica obróciła się i ugryzła, tak jak nauczył ją instynkt, zębami w szyję i prawie wygrała. Chciałbym zobaczyć tego orła z powietrza kilka tygodni lub miesięcy przed zastrzeleniem: czy cała łasica była nadal przytwierdzona do jego pierzastego gardła, futrzany wisiorek? A może orzeł zjadł to, do czego mógł dosięgnąć, patrosząc żywą łasicę szponami przed piersią, zginając dziób, czyszcząc piękne unoszące się w powietrzu kości?
Czytałem o łasicach, bo widziałem jedną w zeszłym tygodniu. Wystraszyłem łasicę, która wystraszyła mnie, i wymieniliśmy długie spojrzenie.
Dwadzieścia minut od mojego domu, przez las przy kamieniołomie i przez autostradę, znajduje się Hollins Pond, niezwykły kawałek płytkiej wody, gdzie lubię chodzić o zachodzie słońca i siadać na pniu drzewa. Hollins Pond jest również nazywany Murray's Pond; zajmuje dwa akry nizin w pobliżu Tinker Creek z sześcioma calami wody i sześcioma tysiącami liści grzybieni. Zimą brązowo-białe byki stoją na środku, jedynie zwilżając kopyta; z odległego brzegu wyglądają jak sam cud, z całkowitą nonszalancją cudu. Teraz, latem, byków nie ma. Grzybienie wodne rozkwitły i rozprzestrzeniły się na zieloną poziomą płaszczyznę, która jest terra firma dla powolnych kosów i drżącym sufitem dla czarnych pijawek, raków i karpi.
To, proszę pamiętać, przedmieścia. To pięciominutowy spacer w trzech kierunkach do rzędów domów, choć tutaj żadnego nie widać. Na jednym końcu stawu jest autostrada o prędkości 55 mil na godzinę, a na drugim gniazduje para kaczek drzewnych. Pod każdym krzakiem jest nora piżmaka lub puszka po piwie. Daleki koniec to naprzemienny szereg pól i lasów, pól i lasów, wszędzie poprzecinanych śladami motocykli – w których gołej glinie dzikie żółwie składają jaja.
Więc przekroczyłem autostradę, przeszedłem przez dwa niskie ogrodzenia z drutu kolczastego i z wdzięcznością prześledziłem ścieżkę motocyklową przez dzikie róże i trujący bluszcz na brzegu stawu aż do wysokich trawiastych pól. Następnie przeszedłem przez las do porośniętego mchem powalonego drzewa, przy którym siedzę. To drzewo jest doskonałe. Stanowi suchą, tapicerowaną ławkę na górnym, bagiennym końcu stawu, pluszowego pomostu wznoszącego się na cierniowym brzegu, między płytkim, błękitnym zbiornikiem wodnym a ciemnoniebieskim pasem nieba.
Słońce właśnie zaszło. Siedziałem zrelaksowany na pniu drzewa, rozparty na łonie porostów, obserwując, jak liście grzybieni u moich stóp drżą i rozchylają się sennie nad ścieżką przelatującego karpia. Żółty ptak pojawił się po mojej prawej stronie i poleciał za mną. Przykuł moją uwagę; odwróciłem się — i w następnej chwili , niewytłumaczalnie, patrzyłem w dół na łasicę, która patrzyła na mnie.
Łasica! Nigdy wcześniej nie widziałem takiej na wolności. Miał dziesięć cali długości, był chudy jak krzywa, umięśniona wstążka, brązowy jak owocowe drewno, miękki jak futro, czujny. Jego twarz była dzika, mała i spiczasta jak u jaszczurki; byłby dobrym grotem strzały. Był tylko kropka podbródka, może dwa brązowe włoski, a potem zaczynało się czyste białe futro, które rozprzestrzeniało się po jego spodniej stronie. Miał dwoje czarnych oczu, których nie widziałem, tak jak nie widzisz okna.
Łasica zamarła w bezruchu, gdy wyłaniała się spod ogromnego, kudłatego krzaka dzikiej róży cztery stopy dalej. Ja zamarłam w bezruchu, skręcona do tyłu na pniu drzewa. Nasze oczy się spotkały, a ktoś wyrzucił klucz.
Nasze spojrzenie było takie, jakby dwoje kochanków, albo śmiertelnych wrogów, niespodziewanie spotkało się na zarośniętej ścieżce, gdy każdy z nich myślał o czymś innym: oczyszczający cios w brzuch. Był to również jasny cios w mózg, albo nagłe bicie mózgów, z całym ładunkiem i intymnym zgrzytem potartych balonów. Opróżniło nasze płuca. Powaliło las, przesunęło pola i osuszyło staw; świat rozmontował się i runął w tę czarną dziurę oczu. Gdybyśmy ty i ja spojrzeli na siebie w ten sposób, nasze czaszki pękłyby i opadły na ramiona. Ale my tego nie robimy. Zachowujemy nasze czaszki. Więc.
Zniknął. To było zaledwie w zeszłym tygodniu, a już nie pamiętam, co zniszczyło czar. Chyba mrugnęłam, chyba odzyskałam swój mózg z mózgu łasicy i próbowałam zapamiętać to, co widziałam, a łasica poczuła szarpnięcie rozłąki, gwałtowny plusk w prawdziwym życiu i pilny nurt instynktu. Zniknął pod dziką różą. Czekałam bez ruchu, mój umysł nagle pełen danych, a mój duch błagań, ale on nie wrócił.
Proszę, nie mów mi o „konfliktach podejścia-unikania”. Mówię ci, że byłem w mózgu tego łasicy przez sześćdziesiąt sekund, a on był w moim. Mózgi to prywatne miejsca, mruczące przez unikalne i tajne taśmy – ale łasica i ja podłączyliśmy się jednocześnie do innej taśmy, na słodki i szokujący czas. Czy mogę coś poradzić, jeśli to była pustka?
Co dzieje się w jego mózgu przez resztę czasu? O czym myśli łasica? Nie powie. Jego dziennik to ślady w glinie, rozprysk piór, krew myszy i kości: niezebrane, niepołączone, luźne liście i zdmuchnięte.
Chciałbym się nauczyć, albo przypomnieć sobie, jak żyć. Przyjeżdżam do Hollins Pond nie tyle, żeby nauczyć się, jak żyć, ile, szczerze mówiąc, żeby o tym zapomnieć. To znaczy, nie sądzę, żebym mógł nauczyć się od dzikiego zwierzęcia, jak żyć w szczególności – czy mam ssać ciepłą krew, trzymać ogon wysoko, chodzić z odciskami stóp dokładnie po odciskach moich rąk? – ale mógłbym nauczyć się czegoś o bezmyślności, czegoś o czystości życia w sensie fizycznym i godności życia bez uprzedzeń i motywów. Łasica żyje w konieczności, a my żyjemy w wyborze, nienawidząc konieczności i umierając na końcu haniebnie w jej szponach. Chciałbym żyć tak, jak powinienem, tak jak łasica żyje tak, jak powinien. I podejrzewam, że dla mnie droga jest taka jak droga łasicy: otwarta na czas i śmierć bezboleśnie, zauważająca wszystko, niczego nie pamiętająca, wybierająca to, co dane, z zaciekłą i wyraźną wolą.
Straciłem szansę. Powinienem był rzucić się na gardło. Powinienem był rzucić się na tę białą smugę pod brodą łasicy i trzymać się, trzymać się przez błoto i w dziką różę, trzymać się dla droższego życia. Moglibyśmy żyć pod dziką różą dziką jak łasice, niemą i nierozumiejącą. Mogłem bardzo spokojnie zdziczeć. Mogłem żyć dwa dni w norze, zwinięty, opierać się na futrze myszy, wąchać ptasie kości, mrugać, lizać, wdychać piżmo, moje włosy splątane w korzeniach traw. Dół to dobre miejsce, gdzie umysł jest pojedynczy. Dół to wyjście, wyjście z twojego wiecznie kochającego umysłu i powrót do twoich nieostrożnych zmysłów. Pamiętam niemowę jako przedłużony i zawrotny post, gdzie każda chwila jest ucztą otrzymanej wypowiedzi. Czas i wydarzenia są po prostu wlewane, niezauważane i bezpośrednio wchłaniane, jak krew pulsująca w moich jelitach przez żyłę szyjną. Czy dwoje mogłoby tak żyć? Czy dwie osoby mogłyby mieszkać pod dziką różą i eksplorować okolice stawu, tak aby ich spokojny umysł był wszędzie obecny dla drugiej osoby, przyjmowany i niekwestionowany niczym padający śnieg?
Moglibyśmy, wiesz. Możemy żyć, jak chcemy. Ludzie składają śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa – nawet milczenia – z wyboru. Chodzi o to, aby śledzić swoje powołanie w pewien umiejętny i giętki sposób, aby znaleźć najbardziej czułe i żywe miejsce i podłączyć się do tego pulsu. To jest poddanie się, nie walka. Łasica niczego nie „atakuje”; łasica żyje tak, jak powinna, poddając się w każdej chwili doskonałej wolności pojedynczej konieczności.
Myślę, że byłoby dobrze, i właściwie, i posłusznie, i czysto, uchwycić się swojej jedynej potrzeby i nie puścić jej, zwisać na niej bezwładnie, dokądkolwiek cię zaprowadzi. Wtedy nawet śmierć , dokądkolwiek zmierzasz, bez względu na to, jak żyjesz, nie może cię rozdzielić. Złap ją i pozwól jej porwać cię nawet wysoko, aż twoje oczy się wypalą i opadną; pozwól, aby twoje piżmowe ciało odpadło w strzępach, a twoje kości rozsypały się i rozproszyły, poluzowane nad polami, nad polami i lasami, lekko, bezmyślnie, z jakiejkolwiek wysokości, z wysokości orłów.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
19 PAST RESPONSES
I think Dillard wants everyone to have fun and enjoy life. Don't worry about not doing everything perfect or correct. We have one life to live so enjoy it.
What does she means when she says, "... killing more bodies than he can eat warm, ..." ??
"In wildness is the the salvation of the the world." H.D Thoreau... May we all be so lucky to find the weasel within us that will hunt for our true calling.
Beautiful!
Loved the way this was expressed! The rawness, the visceral, the imagery. Yes! Thank you!
Fantastic piece of writing! Poetry, nature and human spirit at its best. Thank you!!
GOD, this is fabulous! Thank you!
Amidst all the emphasis on mindfulness and my efforts to practice it, today I deeply connect with this fierce and poetic call to "mindlessness." Perhaps they are much more similar than my limited mind first assumes. Maybe a continuum? Interesting to chew on. But all that matters, really, is that -- right now -- I hear that fierce call and I respond. Thank you, thank you, dear (yes, you are dear to me!) Annie Dillard and DG.
Ah Annie Dillard, she is one of the delightful reasons that I remain an ecologist (and a true Christian too) to this day, even more so the older I get. }:-) ❤️ anonemoose monk
Wow! Yes...I feel it. Thank you for taking me there for a moment.