Back to Stories

Co Tak naprawdę Oznacza życie naszą misją

Piękna medytacja na temat tego, jak nauczyć się stać u bram nadziei w czasach niespokojnych.

„Jak możemy być tak optymistyczni, tak ostrożni, by się nie potknąć, a jednak się potknąć, a potem wstać i powiedzieć OK? ” – zapytała Maira Kalman, rozważając szczęście i istnienie . Co popycha nas do wstawania po stracie , po złamanym sercu , po porażce ? Czym jest ta niezmienna lina, która wyciąga nas z naszych własnych głębin – głębin, których nie znamy aż do momentu, gdy światło powierzchni zniknie całkowicie i nieosiągalnie?

To właśnie bada Reverend Victoria Safford w przepięknym eseju zatytułowanym „The Small Work in the Great Work” z książki The Impossible Will Take a Little While: Perseverance and Hope in Troubled Times ( biblioteka publiczna ) — rozciągającej duszę kolekcji refleksji takich luminarzy jak Pablo Neruda, Maya Angelou, Diane Ackerman, Alice Walker, Bill Moyers i Nelson Mandela, zredagowanej przez aktywistę społecznego Paula Loeba i zatytułowanej na podstawie słynnego tekstu piosenki Billie Holiday: „The tough I'll do right now. The impossible will take a little while”.

Dzieło Williama Blake'a do „Boskiej Komedii” Dantego. Kliknij obraz, aby zobaczyć więcej.

Safford zastanawia się, co motywowało mężczyzn i kobiety, którzy maszerowali w pierwszych paradach LGBT cztery dekady temu — co poza odwagą i wyobraźnią. W pięknym uczuciu, które przywodzi na myśl wiersz Charlesa Bukowskiego o niepohamowanym impulsie, który napędza twórczą pracę , Safford przekazuje to, co ci wizjonerscy uczestnicy marszu mogliby nam powiedzieć:

Gdy raz dostrzeżesz świat, jaki mógłby być, jaki powinien być, jaki będzie (jakkolwiek ta wizja ci się wydaje), nie da się już żyć posłusznie i z zadowoleniem w świecie, jaki jest… I tak wychodzisz, wychodzisz i maszerujesz, tak jak kwiat wychodzi i rozkwita, ponieważ nie ma innego powołania. Nie ma innej pracy.

[…]

Interesuje mnie to, co Seamus Heaney nazywa punktem spotkania nadziei i historii , gdzie to, co się wydarzyło, spotyka się z tym, co z tego zrobimy. To, co się wydarzyło, spotyka się w połowie drogi z ludźmi, którzy są — wśród mnogości rzeczy, którymi jesteśmy — istotami duchowymi i wszystkim, co to oznacza, kreatywnością, wyobraźnią, szaloną mądrością, starożytną mądrością, namiętnym współczuciem, bezinteresowną odwagą i radykalnym szacunkiem dla życia. I miłością — do siebie nawzajem, absolutnie, i tą miłością, która wypływa z nas, do czegoś większego niż my sami, nazwij to, jak chcesz. Interesuje mnie miejsce, miejsca, gdzie historia spotyka się z nadzieją ludzkiej duszy, tęsknotą życia za samym sobą. Interesuje mnie nadzieja po tej stronie grobu — dla mnie nie ma innej — i ta fala sprawiedliwości, która mogłaby wznieść się, gdybyśmy tylko na to pozwolili.

„Migrant Mother ” Dorothei Lange, fotografia tak ikoniczna, jak jej historia, jest niezwykła. Kliknij obraz, aby uzyskać szczegóły.

Rozmyślając nad „szczególną, precyzyjną katastrofą” z 11 września i tym, jak „cisza stała się świętą drogą” wśród świadków, Safford twierdzi, że to pragnienie, ta nadzieja, jest tym bardziej przenikliwe w takich momentach nieświętego zgiełku. Ilustruje to poruszającą anegdotą:

Mam przyjaciółkę , która handluje słowami. Nie jest duchownym, ale psychiatrą w klinice zdrowia w prestiżowym college'u dla kobiet. Siedziałyśmy kiedyś niedługo po tym, jak studentka , którą znała i której doradzała, popełniła samobójstwo w akademiku. Moja przyjaciółka, lekarka , uzdrowicielka, trzymała stratę bardzo blisko w tych pierwszych dniach, nie nieprofesjonalnie, ale głęboko, w pełni — tak jak ty lub ja byśmy to zrobili, gdyby była to osoba pod naszą opieką.

W pewnym momencie (ze łzami spływającymi po twarzy) spojrzała w górę z wyzwaniem (to jedyne słowo, które to określa) i mówiła wprost o swoim powołaniu, jakby z popiołów tamtego dnia odnawiała śluby lub zawierała nowe przymierze (i myślę, że tak było). Mówiła wprost o swoim powołaniu, i o twoim i moim. Powiedziała: „Wiesz, że nie mogę ich uratować. Nie jestem tutaj, aby ratować kogokolwiek lub ratować świat. Wszystko, co mogę zrobić — do czego zostałam powołana — to stanąć u bram Nadziei. Czasami wchodzą; czasami przechodzą obok. Ale ja stoję tam każdego dnia i wołam, aż moje płuca są obolałe od wołania, i przywołuję i nakłaniam ich do wejścia w stronę pięknego życia i miłości…

Myślę, że jest tam coś dla nas wszystkich. Bez względu na nasze powołanie, stoimy, przywołujemy i wołamy, śpiewamy i krzyczymy, osadzeni u bram Nadziei. Ten świat i nasi ludzie są piękni i złamani, a my jesteśmy powołani, aby to podnieść — aby dać świadectwo możliwości życia z godnością, odwagą i radością, które przystoją istocie ludzkiej. Być może to jest „życie naszą misją”.

Ta misja, oczywiście, jest inna dla każdego z nas. Nie możemy — ani nie musimy — być psychiatrami, którzy panują nad zdesperowanymi duszami z krawędzi. W naszych czasach „trudnych czasów”, zgodnie z tytułem książki, tak wiele z tego strachu i tak mało z tej rozpaczliwie koniecznej nadziei jest podsycane przez media — co przywodzi na myśl niezapomniane, pilne stwierdzenie E.B. White’a, że ​​obowiązkiem pisarza jest „wznosić ludzi w górę, a nie ich poniżać”.

Dzieło Mairy Kalman pochodzi z tomu „Zasady niepewności”. Kliknij obraz, aby zobaczyć więcej.

Safford, rzadki typ pisarza , który ciężką pracę wykonuje z niezmierzoną gracją, zastanawia się, czego się od nas wymaga — co jesteśmy winni sobie i innym — gdy delikatnie, ale nieugięcie osadzamy się w naszej misji:

Stoimy tam, gdzie staniemy, na małych działkach ziemi, gdzie być może jesteśmy „powołani”, by stanąć (choć kto wie, co to znaczy?) — w naszych zgromadzeniach, klasach, biurach, fabrykach, na polach sałaty i moreli, w szpitalach, w więzieniach (po obu stronach, w różnym czasie, bram), na ulicach, w grupach społecznościowych. I jest to ziemia święta, jeśli chcemy ją uszanować, jeśli chcemy przynieść jej błogosławieństwo poświęcenia i ryzyka…

Naszą misją jest stanąć u bram Nadziei — nie roztropnych bram Optymizmu, które są nieco węższe; ani niezłomnych, nudnych bram Zdrowego Rozsądku; ani krzykliwych bram Samozadowolenia, które skrzypią na przenikliwych i wściekłych zawiasach (ludzie nie mogą nas tam usłyszeć; nie mogą przejść przez nie); ani radosnych, wątłych ogrodowych furtek „Wszystko będzie dobrze”. Ale w innym, czasami samotnym miejscu, miejscu mówienia prawdy, przede wszystkim o własnej duszy i jej stanie, miejscu oporu i buntu, kawałku ziemi, z którego widzisz świat zarówno taki, jaki jest, jak i taki, jaki mógłby być, jaki będzie; miejscu, z którego dostrzegasz nie tylko walkę, ale radość w walce. I stoimy tam, przywołując i wzywając, mówiąc ludziom, co widzimy, pytając ludzi, co widzą.

Pozostała część książki The Impossible Will Take a Little While jest równie ożywcza, równie czule i wytrwale rozpala wewnętrzny ogień, który rozgrzewa nas, wyrywając z naszego samozadowolenia i cynizmu, tych jadowitych widm współczesnej kultury, które my, na miliardy codziennych sposobów, decydujemy się propagować lub wykorzenić.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

2 PAST RESPONSES

User avatar
Ethan Glover Dec 15, 2014

Wow, very moving stuff. Thanks for it.
----------------------------------------------------------
One Spirit One World

User avatar
Kristin Pedemonti Dec 15, 2014

Thank you for this reminder. Thank you to everyone who is standing and speaking and marching and singing and saying their truth at the Gates of Hope. Here's to not giving up and to knowing that even if what we speak from our heart is making a difference to even one person, it is enough!
Hugs from my heart to yours.