„Życie i rzeczywistość to nie rzeczy, które możesz mieć tylko dla siebie, dopóki nie przyznasz ich wszystkim innym” – napisał Alan Watts na początku lat 50. XX wieku, prawie ćwierć wieku przed przełomowym esejem Thomasa Nagela „Jak to jest być nietoperzem?”, który zapoczątkował badania nad innymi świadomościami i zasiał dezorientującą świadomość, że inne istoty – „istoty, które poruszają się w innych sferach”, by zapożyczyć wspaniałe określenie Whitmana – doświadczają świata, który dzielimy, w sposób całkowicie odmienny od naszego.
Dziś wiemy, że nie musimy przekraczać granic gatunków, by napotkać tak obce, pozornie, sposoby zamieszkiwania świata. Istnieją niezliczone sposoby bycia człowiekiem — każdy z nas doświadcza życia i rzeczywistości na radykalnie odmienne sposoby , jedynie poprzez swój sposób widzenia , ale różnice te ulegają skrajnemu zaostrzeniu, gdy choroba psychiczna zmienia elementarną wewnętrzność świadomości. W tych skrajnych przypadkach nawet najbardziej empatyczna wyobraźnia może nie być w stanie pojąć — nie tylko intelektualnie, ale i z ucieleśnionym zrozumieniem — ulotnej rzeczywistości udręczonej świadomości, tak odmiennej od własnej. I odwrotnie, dla tych, którzy podzielają tę udrękę, może stać się niemożliwe jej wyrażenie, wywołując przytłaczające poczucie wyobcowania i fałszywe przekonanie, że jest się samotnym w swoim cierpieniu. Przekazanie tej rzeczywistości tym, których nie dręczy taka psychiczna udręka, i owinięcie jej niewysłowioną wewnętrznością językiem dla innych, którzy cierpią z jej powodu w milczeniu, jest zatem twórczym wyczynem i egzystencjalną służbą najwyższego kalibru.
Właśnie to osiąga autorka, prowadząca cykl Happy Ending Music & Reading Series i moja droga przyjaciółka Amanda Stern w książce „Little Panic: Dispatches from an Anxious Life” ( Biblioteka Publiczna ) – częściowo wspomnieniu, a częściowo portrecie okrutnie egalitarnej dolegliwości, która przekracza wszelkie granice wieku, płci, rasy i klasy, ściskając całą rzeczywistość i poczucie własnej wartości w żelaznym uścisku, który wyciska z siebie życie. Wyłania się z tego swoiste literackie laboratorium świadomości, analizujące pochłaniający, a zarazem nieuchwytny wzorzec uczuciowy, by zbadać, co jest potrzebne, by przełamać tyranię zmartwień i co to znaczy czuć się jak u siebie.
Ilustracja autorstwa Catherine Lepange z książki „Thin Slices of Anxiety: Observations and Advice to Ease a Worried Mind”
Częścią wspaniałości książki jest sposób, w jaki Stern rozwija nić bytu od samego początku, aż do małego dziecka, które jeszcze nie ma świadomej pamięci. Zgodnie z Maurice’em Sendakiem, który tak żarliwie wierzył, że fundamentem zdrowej dorosłości jest „nienaruszone, żywe i dumne z siebie dziecko”, dziecko-Amanda wyłania się ze stron książki, żywe i prawdziwe, by w prosty, głęboki sposób wyrazić, jak tylko dzieci odczuwają od środka niezdiagnozowane jeszcze ostre zaburzenie lękowe:
Za każdym razem, gdy się boję, zmartwienie brzmi jak sześćdziesiąt, siedemdziesiąt kanałów radiowych grających jednocześnie w mojej głowie. Refreny krążą w kółko po moim mózgu jak błyskawiczna paplanina i nie mogę ich zatrzymać. Wiem, że coś ze mną nie tak, ale nikt nie wie, jak mnie naprawić. Nikt poza moim ciałem, a już na pewno nie ja sam. Eddie [starszy brat Sterna] mówi, że ciało to krew, kości i skóra, a kiedy wszystko odpada, jesteś szkieletem, ale ja jestem ciśnieniem powietrza i mrowiącymi kropkami; energią i wszystkim. Jestem powietrzem i niczym.
[…]
Mój oddech przechyla się na bok, jest poziomy i zbyt szeroki, by przedostać się do moich płuc.
Poważny paradoks chorób psychicznych i zdrowia psychicznego polega na tym, że pomimo tego, co obecnie wiemy o tym , jak głęboko nasze emocje wpływają na nasze fizyczne samopoczucie , terminy te oddzielają głowę od ciała – ciała fizycznego i ciała emocjonalnego. Sto lat po tym, jak William James ogłosił, że „całkowicie odcieleśniona ludzka emocja jest niczym”, Stern oferuje potężną korektę dla naszego trwającego kulturowego kartezjanizmu. Jej żywa proza, tętniąca życiem języka, zaprasza czytelnika do wnętrza głęboko ucieleśnionego umysłu, który doświadcza i rozumie świat somatycznie:
Palący skrzep strachu narasta mi pod żebrami. W głowie mam uwięzione sto radioodbiorników, wszystkie grają różne stacje naraz.
Sztuka zanatomii emocjonalnej: struktura doświadczenia
„Urodziłam się z siatką do koszykówki zawieszoną nad górnymi żebrami, gdzie świat wsadza swoje jaja strachu” – pisze, dając wyraz rodzącej się w niej świadomości młodości, że coś jest z nią strasznie, fundamentalnie nie tak:
Dzieci wokół mnie są beztroskie i szczęśliwe, ale ja taka nie jestem i życie nigdy nie wydaje mi się łatwe, co oznacza, że zachowuję się jak dziecko w niewłaściwy sposób.
Nie widać, co jest nie tak z moim wyglądem, ale chciałbym, żebyś to widział, bo wtedy mama by mnie wyleczyła. Moja mama potrafi wszystko naprawić; zna każdego lekarza w Nowym Jorku.
I tak Amanda zostaje poddana serii badań. Chociaż jest tak drobna i szczupła, że dosłownie wykracza poza skalę wzrostu i wagi dzieci w jej wieku, badania medyczne nie potrafią zlokalizować źródła jej cierpienia:
Jestem rosnącą konstelacją błędów. Nie wiem, co mi dolega, wiem tylko, że coś jest nie tak i że to musi być zbyt wstydliwe, żeby to wyjawić, albo tak rzadkie, że nawet lekarze są w kropce.
Następnie przeprowadzane są testy psychologiczne. „Amanda utożsamia wyniki z akceptowalnością” – relacjonuje jeden z klinicystów w oryginalnych wynikach testów, akcentując książkę niczym złowieszczy refren błędu. Potem są testy inteligencji. Dorastając w epoce, zanim naukowcy zrozumieli , dlaczego nie możemy zmierzyć tak zwanej „inteligencji ogólnej”, na długo przed tym, jak Howard Gardner zrewolucjonizował kulturę swoją teorią inteligencji wielorakich , młoda Amanda słabo radzi sobie z testami – nie zapominajmy, że samo zdawanie testów jest aktem wywołującym ogromny lęk nawet dla przeciętnej osoby niecierpiącej na zaburzenia lękowe. Uznana za osobę z zaburzeniami uczenia się i opóźnioną o rok, wspomina pierwszy dzień w szkole w drugiej klasie w szóstej klasie:
Powietrze jest świeże, delikatny chłód przed każdym powiewem wiatru niesie ze sobą zapach zmiany i początku, ale ja się nie zmieniam; moje zmartwienia powtarzają się, tak jak reszta mojego życia.
Rozmyślając o tym dezorientującym i raczej karzącym doświadczeniu, Stern pisze:
Pewna wersja mnie wydawała się niezgodna z tym, kim naprawdę byłem. Wersja dla dorosłych sprawiała, że miałem problemy z nauką, a druga wersja – moja – trawiła mnie psychiczna udręka.
Minęło ponad dziesięć lat, zanim ta psychiczna udręka została w końcu prawidłowo zdiagnozowana jako ciężkie zaburzenie paniczne. Jednak okres przejściowy – te lata kształtowania się poczucia własnej wartości, gdy dziecko wkracza w dorosłość – jest wypełniony narastającym, dręczącym wstydem przed innością. Zakorzenia się on w sumieniu dziecka, które nie potrafi nauczyć się odczytywać godziny. Jej światem rządzą nie zegary i kalendarze, lecz odliczanie, które dręczy ją ostrym lękiem separacyjnym – duszącym lękiem przed rozłąką z mamą:
Czas jest tym, z czego składa się bycie daleko; bycie daleko jest liczone w sekundach strachu, a nie w sekundach liczbowych.
[…]
Czas popycha wszystkich do przodu, ale zawsze zapomina zabrać ze sobą mnie.
Ilustracja Harveya Weissa z książki „Time Is When” Beth Youman Gleick
Być może najbardziej zjadliwym aspektem lęku jest to, jak porywa on swoje ofiary z teraźniejszości i wrzuca je w lochy przerażającej przyszłości. Nawiązując do wczesnych doświadczeń, które stają się echem jej młodego życia, pisze:
Czasami czuję się, jakbym oglądała film o sobie. Zawsze jestem w jakiś sposób w przyszłości, oddzielona od swojego ciała, i właśnie stamtąd odczuwam smutek z powodu chwili, w której żyję. Wkrótce ta chwila przeminie; zmieni się w kolejną, która przeminie, i myślę, że jestem jedyną osobą, która czuje życie tak, jakby już się skończyło. To jest ciężar, który czuję za każdym razem, gdy zachodzi słońce. Nieważne, jak bardzo staram się powstrzymać to uczucie, nie mogę. Nawet jeśli przed nim ucieknę, spotyka mnie ono wszędzie, gdziekolwiek wyląduję.
Wieczorem, kiedy leżę w łóżku, staram się słyszeć dźwięki domu, które mnie uspokajają: ciche pomruki rodzeństwa, stłumiony pomruk radia, przeskok igły po skrzypieniu w piosence, ceramiczny brzęk zmywanych talerzy i pierwsze burzliwe stuki zmywarki, zanim wpadnie w swój kojący szum. Głos mojej matki rozmawiającej przez telefon dociera do mojego pokoju, a ja przyciągam go do siebie, poza inne dźwięki, i próbuję go stłumić w sobie.
Lęk wypacza czas i przestrzeń dla tego młodego umysłu, który próbuje odnaleźć się w topografii strachu panującej na świecie:
Kiedy ludzie próbują mi tłumaczyć, że centrum miasta nie jest daleko albo że weekend nie jest długi, czuję się gorzej, bardziej boję się, że moje obawy są słuszne i że świat, w którym żyję, różni się od świata, w którym żyją wszyscy inni. To znaczy, że jestem inny, a nie chcę, żeby inni się o mnie dowiedzieli. Coś we mnie jest nie tak; zawsze to wiedziałam, ale nie chcę, żeby ktokolwiek kiedykolwiek zobaczył, że nie jestem taka sama jak oni.
To poczucie, że jest to problem do rozwiązania, staje się dominującym tonem w życiu młodej Amandy, aż przeradza się w bolesne podejrzenie, że nie ma na to żadnego rozwiązania — że jest skazana na życie naznaczone niewłaściwym sposobem bycia człowiekiem:
Jest sposób bycia, a ja nim nie jestem i nie wiem, jak się zmienić. Czy jest ktoś, kogo powinnam być wierną kopią, a on zapomniał mnie przedstawić? A może człowiek ma być faktem, niezmienną odpowiedzią, a ja jestem raczej opinią, której świat nie chce?
To przerażające podejrzenie wnika w jej istotę, przenikając każdy aspekt jej życia. Wpędza ją w zawiłe i pełne konfliktów relacje, które wypaczają jej pojmowanie miłości i pozostawiają ją z tą samą wersją pytania:
Czy to właśnie jest prawdziwe życie? Niekończąca się próba dorównania historii o sobie, którą opowiada ktoś inny?
Ilustracja Lisbeth Zwerger z rzadkiego wydania Alicji w Krainie Czarów
Kiedy w końcu zdiagnozowano u niej zaburzenie paniczne, które nadało kształt i ważność jej doświadczeniom trwającym całe życie, przyjęła diagnozę z uniesieniem i ulgą. (Wiek wcześniej Alice James — błyskotliwa siostra Henry'ego i Williama Jamesów — wyraziła tę samą euforię w swoim niezwykłym dzienniku : „Odkąd zachorowałam, pragnęłam i pragnęłam jakiejś namacalnej choroby, bez względu na to, jak konwencjonalnie okropną etykietę mogła mieć, ale zawsze byłam zmuszana do zataczania się samotnie pod potworną masą subiektywnych odczuć, które ten współczujący byt 'człowieka medycyny' nie miał wyższej inspiracji niż zapewnienie mnie, że jestem osobiście odpowiedzialny, umywając ręce ode mnie z wdzięcznym samozadowoleniem tuż pod moim nosem”. ) Stern pisze:
Czuję się dziwnie stabilnie, jakbym była pełnowartościowym człowiekiem. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że moje uczucia można zakwalifikować jako objawy. Zaburzenia lękowe. Powietrze jest łagodniejsze, bardziej rozległe, jakby świat nagle się otworzył i otwierał każdą okazję, którą kiedyś wykluczała moja panika. Wszystko w moim życiu nabiera teraz sensu: połączenia, których nie potrafiłam połączyć; wybory, których nie mogłam dokonać; dziwne przełączniki, które świat przyrody i wszystkie jego zachody słońca włączały i wyłączały we mnie.
Z tego głęboko osobistego doświadczenia wyłania się uniwersalna pewność, że to, co cię nie zabije, uczyni cię bardziej żywym. Stern pisze:
Przez całe życie martwiłam się i bałam tylu rzeczy, i choć wiele z nich rzeczywiście się wydarzyło, oto jestem, wciąż żywa, przetrwałam to, czego myślałam, że nie dam rady. Nie potoczyłam się tak, jak myślałam: nie wyszłam za mąż i nie miałam dzieci, a brak posiadania też mnie nie zabił.
[…]
Wszyscy jesteśmy tylko momentami, mgnieniem oka w bilionowej historii, nawet jeśli nasze istnienie czasami wydaje się nie mieć końca.
Ilustracja autorstwa Dereka Dominica D'souzy z książki „Pieśni dwóch światów” Alana Lightmana
Mając na uwadze centralną rolę lęku w jej własnym mgnieniu istnienia, autorka sięga do szerszej prawdy o tej powszechnej, choć w dużej mierze niewidocznej dolegliwości, która wydaje się fundamentalną cechą człowieczeństwa:
Kiedy to się zaczęło? Zaczęło się, zanim się urodziłem. Zaczęło się, zanim urodziła się moja matka. Zaczęło się, gdy tarcie stworzyło świat. Kiedy cokolwiek się zaczyna? Nie, po prostu rośnie, czasami do nieosiągalnych rozmiarów, a potem, gdy jesteś na samym skraju, staje się jasne: trzeba coś zrobić.
Nieleczone zaburzenia lękowe, niczym paznokcie, narastają wraz z człowiekiem. Im dłużej pozostają nieleczone, tym bardziej są zniekształcone i bolesne. Często popadają w spiralę, wymykając się spod kontroli, rozszczepiając się i rozszczepiając na inne zaburzenia, takie jak depresja, lęk społeczny czy agorafobia. Karuzela cech, na których się wznosimy i upadamy. Lęk separacyjny upośledza swoich oprawców, uniemożliwiając im zerwanie złych związków, przeprowadzkę daleko od domu, wyjazdy na wycieczki, imprezy, ubieganie się o pracę, posiadanie dzieci, zawarcie związku małżeńskiego, spotkania z przyjaciółmi czy zaśnięcie. Niektórzy ludzie są tak sparaliżowani przez swój lęk, że doświadczają ataków paniki w oczekiwaniu na atak paniki.
Ataki paniki zdarzały mi się niemal w każdej części Nowego Jorku, nawet na Staten Island. Dokuczały mi w taksówkach, w metrze, toaletach publicznych, bankach, na rogach ulic, w Washington Square Park, na licznych molach, na Moście Manhattan, w Chinatown, East Village, na Upper East Side, w Central Parku, Lincoln Center, w garderobie Urban Outfitters, w Mamoun's Falafel, w bibliotece Bobst, bibliotece Mid-Manhattan, w głównej filii biblioteki, w Bibliotece Brooklyńskiej, na targu rolniczym Fort Greene, w pralniach, kioskach z książkami, przy wejściu do FAO Schwartz, na poczcie, na schodach Metropolitan Museum of Art, na gankach, na Brooklyn Flea, w barach, u znajomych, na scenie, pod prysznicem, w łóżkach queen-size, łóżkach podwójnych, łóżkach pojedynczych, w moim łóżeczku.
Nabrałem takiej wprawy w ich ukrywaniu, że większość ludzi nawet nie zorientuje się, że cierpię. Jak w końcu wytłumaczyć, że decyzja restauracji o przyciemnieniu świateł ścisnęła ci gardło i dlatego musisz natychmiast opuścić nie tylko restaurację, ale i okolicę? Jeśli nie możesz wskazać czegoś palcem, to jest to niewidzialne. Jak przywódca sekty, lęk cię więzi i wmawia, że widzi tylko ciebie.
W słowach, które przywodzą na myśl słowa poetki Nikki Giovanni skierowane do Jamesa Baldwina, że „jeśli nie rozumiesz siebie, nie rozumiesz nikogo innego”, Stern dodaje:
Na dobre i na złe, możemy uczyć innych tylko tego, co sami rozumiemy… W końcu każdy człowiek zaczyna się od historii, którą opowiadają inni. A kiedy wykraczamy poza ramy naszych wspólnych standardów, zakładamy, że to nasze deficyty nas definiują.
[…]
Mój strach i przekonanie były takie same: że jestem skazą we wszechświecie; błędnie zakreśloną literą w naszym świecie pytań wielokrotnego wyboru. Ta straszna prawda łączy nas wszystkich: strach, że istnieje jeden, nieosiągalny, właściwy sposób na bycie człowiekiem.
„Little Panic” to potężne antidotum na ten uniwersalny lęk. Uzupełnij ją ilustrowaną medytacją Catherine Lepange na temat lęku i tysiącletnią, ponadczasową mądrością Seneki, jak okiełznać tego potwora psychicznego , a następnie sięgnij ponownie po klasyczne arcydzieło Williama Styrona, które w walce z pokrewnym potworem depresji osiąga to samo, co Stern w walce z lękiem.






COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
3 PAST RESPONSES
I am one who lives with clinical depression, generalized anxiety and panic disorder. Intense since my teen years, but in hindsight always with me since childhood. Combined with "dark nights of the soul" at least twice, I fell into the pit of despair, even considering suicide when I was 19. At 67 now I have embraced all the healing that (God) the Lover of my soul has provided. Foremost has been medicine (SSRI) which has helped normalize my chemistry, and enabled me to practice all the other disciplines that keep me healthy and happy; exercise, good nutrition, a contemplative life, and humble, vulnerable relationship with others. I am a content anonemoose monk, but also a blessed husband, father, grandfather and friend to many, thanks be to the Lover of all souls. }:-) ❤️👍🏼
It does run in families. Yoga, breathing in a paper bag, mediation all keep it from being too debilitating. As one survives more of the things they feared, the easier it gets.
It's unfortunate one has to wait for the proof that what didn't kill them makes them stronger. :-)
It also helps to have a wicked sense of humor. My motto is, if you can laugh at it, you can live with it.
People develop different coping skills to manage it. What ever works for you is the best. It also helps to know one is not alone.
..or perhaps you are picking up on the hidden, denied and carefully denounced truths (symptoms) that must be faced if this species is to mature? As humans we are constantly filtering and adjusting our perceptions to create the world we actualize with our group think beliefs. When these beliefs are colliding, when they no longer serve or are exposed by research and cumulative experiences, to be false, absurd or products of forgivable, understandable ignorance- being anxious is probably a sign of intelligence. Chasing the fear is another thing. I was able to give mine boundaries, I thought i was poisoned, looked up how long arsenic would take to kill (Tylenol tampering was in the news) and accepted the 15 minutes of hell, knowing that if i didn't die , i was OK. It took a few years but they eventually faded away. It was only after they had all but disappeared that i heard the terms panic attack and then the new label- anxiety disorder.