Mieszkaniec Fullerton, Steve Elkins, spędził większość swojego dorosłego życia jako muzyk i filmowiec. Jego pierwszy pełnometrażowy film dokumentalny „ The Reach of Resonance ”, nad którym pracował dziesięć lat, zdobył nagrodę za „Najlepszy Esej Filmowy” na Międzynarodowym Festiwalu Filmów o Sztuce w Montrealu. Elkins niedawno ukończył swój najnowszy film „ Echoes of the Invisible ”, który dosłownie zabrał go w podróż dookoła świata, w świat naukowców, mnichów, artystów i dziennikarzy, aby zgłębić poszukiwanie ciszy w coraz bardziej hałaśliwym świecie.
Steve Elkins w Tuwie.
Spotkałem się niedawno ze Stevem (zanim koronawirus zmusił nas do zamknięcia w domach) w kawiarni Dripp Coffee w centrum Fullerton, aby porozmawiać o jego najnowszym filmie, którego premiera miała odbyć się na tegorocznym festiwalu filmowym South by Southwest, ale festiwal ten został odwołany z powodu pandemii koronawirusa. Niedawno ogłoszono, że pomimo odwołania festiwalu, film „Echoes of the Invisible” otrzymał nagrodę ZEISS Cinematography Award za „najlepsze zdjęcia w narracji”.
Widziałem wstępny montaż filmu i to arcydzieło. Oto lekko zmontowana wersja naszej rozmowy:
Czy mógłbyś krótko wyjaśnić koncepcję filmu?
Film stał się refleksją nad znaczeniem ciszy i bezruchu w erze cyfrowej. Myśląc o naszej relacji z technologią w tym momencie historii ludzkości, dostrzegamy moment naprawdę krytyczny. Technologia staje się coraz bardziej, ściślej zintegrowana z naszym życiem. Stajemy się od niej zależni w tak wielu podstawowych sprawach, w jakich nigdy wcześniej nie byliśmy zależni. Musimy zadać sobie kilka poważnych pytań o to, co zyskujemy, a co tracimy w tym procesie.
Film ma być dość otwarty w swoim stanowisku. Nie jest ani antytechnologiczny, ani protechnologiczny. Pokazuje niektóre cuda techniki, takie jak Wielki Zderzacz Hadronów w CERN-ie , prawdziwy cud nauki, największa maszyna, jaką kiedykolwiek stworzył człowiek, która, według osób ją obsługujących, pozwala nam zobaczyć warunki panujące w pierwszej bilionowej części sekundy po Wielkim Wybuchu, aby zrozumieć, jak wszystko powstało.
Podobnie jest z technologią wykorzystywaną przez astronomów w filmie, gdzie spoglądają wstecz, w najdalsze zakątki czasu i przestrzeni. Pierwszym obserwatorium astronomicznym, w którym filmowałem, był ALMA na pustyni Atakama w Chile, który umożliwił astronomom dostrzeżenie nigdy wcześniej niewidzianej długości fali światła – zwanej milimetrowym/submilimetrowym zakresem widma barw. Zaczęli dostrzegać części kosmosu, których nigdy wcześniej nie widziano – a konkretnie najstarsze i najzimniejsze światło we Wszechświecie. ALMA jest dwa razy większa niż Very Large Array w Nowym Meksyku. Naukowcy pracują obecnie nad znacznie większą siecią w Afryce, która obejmie około 8 krajów.
ALMA w Chile.
Film przygląda się cudom technologii, ale jednocześnie robi poważny krok wstecz, by zastanowić się nad tym, co tracimy poprzez korzystanie z technologii. Mam nadzieję, że film rzuca światło na pewne rzeczy, o których ludzie wcześniej nie myśleli.
Głównym aspektem filmu jest poszukiwanie ciszy – czyli ciszy generowanej przez radio, telewizję, Wi-Fi i światło, której potrzebują astronomowie, ale film koncentruje się również na różnych mnichach. Czy możesz opowiedzieć o niektórych z nich i o ciszy, której szukają?
Chciałem, aby film był rodzajem dużej mozaiki, która nie skupia się tylko na historii jednej osoby, ale raczej na tym, jak ten temat wpływa na ludzi z różnych zawodów i środowisk na całym świecie. Zadbałem więc o to, aby w tej mozaice znaleźli się naukowcy, mnisi, artyści, dziennikarze i sportowcy. Zdałem sobie sprawę, że wszyscy oni odczuwają skutki naszego związku z technologią i braku ciszy, jaki mamy.
W niektórych przypadkach jest to dosłowna cisza – mnisi potrzebują dosłownej ciszy, aby móc zajrzeć głębiej w głąb siebie i oddać się samokształceniu i refleksji, których potrzebują, aby lepiej zrozumieć ludzką duszę i mózg, z czym próbują nawiązać duchową więź.
Ale są inni ludzie, którzy potrzebują technologicznej ciszy. Jest tak wiele informacji i szumu, które są niewidoczne dla naszych oczu, a które unoszą się w powietrzu wokół nas, wokół Ziemi, wokół planety.
Zatem użycie przeze mnie słów „cisza” i „hałas” ma podwójne znaczenie. Jedno jest dosłowne, a drugie technologiczne (radio, telewizja, Wi-Fi itp.). Naukowcy są głęboko poruszeni ilością hałasu rozchodzącego się przez naszą stratosferę, ponieważ dosłownie uniemożliwia im on zajrzenie dalej w głąb wszechświata. Podobnie jest z mnichami – jeśli wokół panuje zbyt duży hałas, uniemożliwia im to głębsze spojrzenie w głąb siebie.
Im dalej zagłębiałem się w projekt, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że dotyczyło to również sportowców, artystów, a co być może najciekawsze, dziennikarzy. To właśnie wtedy film zaczął się naprawdę rozwijać, gdy zaangażowałem Paula Salopka, dziennikarza, laureata Nagrody Pulitzera i współpracownika National Geographic. Poświęcił on większość swojego życia na pieszą wędrówkę przez świat, od Etiopii po południowy kraniec Chile, wzdłuż jednego ze szlaków migracyjnych, którymi podążali nasi przodkowie, gdy po raz pierwszy odkrywali planetę, migrując z Afryki.
Jedną z Nagród Pulitzera Paul otrzymał za sprawozdanie z rewolucji genetycznej w latach 90., kiedy to wiele z tych rzeczy w naszym DNA po raz pierwszy ujrzało światło dzienne i kiedy faktycznie mogliśmy prześledzić stare wzorce migracji za pomocą markerów w naszym DNA.
Postanowił więc odbyć tę pielgrzymkę, ponieważ jest to ćwiczenie w tym, co nazywa „powolnym dziennikarstwem”. Mamy poczucie, że jesteśmy bardziej niż kiedykolwiek połączeni ze światem dzięki internetowi i mediom społecznościowym oraz szybkiemu tempu, w jakim docierają do nas informacje – łatwemu dostępowi, wygodzie. Paul argumentowałby jednak, że pod wieloma względami jesteśmy mniej połączeni ze światem niż kiedykolwiek wcześniej właśnie z powodu szybkości, z jaką wiadomości są nam pisane i dostarczane – potrzeby artykułów chwytliwych jak clickbait, które dotrzymają terminów na następny dzień.
Czyli „powolne dziennikarstwo” oznaczałoby, że potrzeba znacznie więcej czasu na opowiedzenie historii, która jest o wiele bardziej dogłębna niż tylko pobieżny przegląd?
Dokładnie. Paul uważał, że w jego reportażach zawsze było wiele luk, ponieważ latał i odlatywał z jednego miejsca na drugie lub jeździł tam i z powrotem. Jednak spowolnienie tempa reportażu do tempa marszu, około 5 kilometrów na godzinę, to tempo, w którym kształtowały się relacje międzyludzkie przez niemal całą naszą historię. W ten sposób komunikowaliśmy się ze sobą. Przemierzając całe kraje, Paul nie tylko zwalnia tempo, aby zdobyć więcej informacji, ale także, aby nawiązać relacje i połączyć punkty, które nie byłyby połączone na całym świecie, gdybyś po prostu latał i odlatywał z jednego miejsca na drugie.
Oglądając sceny z Paulem, odniosłem wrażenie, że choć jego praca może wydawać się bardzo ezoteryczna czy akademicka, tak naprawdę relacjonuje on bardzo palące współczesne problemy. Nie chodzi o zmiany klimatu z liczbowego punktu widzenia, ale o to, jak zmiany klimatu powodują wojny plemienne w Afryce o zasoby, na przykład. Albo o kryzys masowych migracji, który jest również konsekwencją zmian klimatu i wielu innych rzeczy. O tych rzeczach słyszy się abstrakcyjnie w wiadomościach. Miałem wrażenie, że Paul tworzy naprawdę aktualne, istotne reportaże, mimo że robi to powoli. Nie jest to po prostu jakaś stara pielgrzymka, którą odbywa, ale jest zmuszony zmierzyć się z tymi obecnymi problemami.
Zdecydowanie. To, co naprawdę cenię w jego twórczości, to to, że łączy oba te aspekty jednocześnie – to, co dawne, i to, co współczesne. Na przykład, gdy przemierza regiony dotknięte kryzysem migracyjnym lub strefami wojennymi, łączy to z głęboką historią danego regionu. Co z dawnej przeszłości tego regionu nadal bezpośrednio na niego wpływa i nadal powoduje problemy, czy też jak wiele się zmieniło? Chodzi więc o połączenie teraźniejszości z głęboką przeszłością, co uwielbiam. Interesujące było dla mnie to, że dziennikarze potrzebują ciszy tak samo jak mnisi i naukowcy, ponieważ w przypadku Paula wystarczające spowolnienie zmienia historię. Pozwala dostrzec coś, co wcześniej było niewidoczne, a to łączy wszystkich bohaterów filmu. Bezruch i cisza pozwalają nam dostrzec rzeczy, które wcześniej były niewidoczne, niezależnie od ścieżki życiowej.
Mam lepsze pomysły, kiedy chodzę.
To jest coś, o czym Paul dużo mówił w naszym wywiadzie. Wiadomo, że chodzenie uwalnia wszystkie te rzeczy w ludzkim umyśle i ciele, których nawet nie zauważamy. To nie jest zwykła czynność. Istnieje długa historia, na przykład, poetów i mistyków na przestrzeni wieków, we wszystkich kulturach, chrześcijańskich, islamskich i innych, którzy mówili o związku między chodzeniem a uwalnianiem duchowych zasobów ludzkiego ducha lub kreatywności u artystów. Pomaga to we wszystkich tych aspektach, w tym w dziennikarstwie – składasz elementy w całość.
Przypomina mi to nawet Johna Luthera Adamsa , kompozytora z mojego pierwszego filmu „The Reach of Resonance”, który mieszka na Alasce. Pamiętam, że kiedy go filmowałem, jego studio kompozytorskie znajdowało się w lesie, jakieś pół mili od jego domu. Musiał więc poświęcić czas na dojście do niego i oddalenie się. Powiedział, że większość komponowania, większość twórczego rozwiązywania problemów, odbywała się podczas tego spaceru, a nie w studiu.
Całkowicie to rozumiem.
Powiedziałem mu, że ja też to rozumiem, ponieważ kiedy pracuję nad własnymi projektami, piszę, edytuję, często utknąłem na sprawach, które udało mi się rozwiązać dopiero w chwili, gdy przestałem o nich myśleć i po prostu zacząłem się ruszać, po prostu chodzić.
Pamiętam, że wspominałeś, że Paul Salopek napisał artykuł o swojej wędrówce dookoła świata zatytułowany „To, co robię, jest normalne”, w którym opowiada o tym, jak przez tysiąclecia ludzie spędzali znaczną część swojego życia chodząc. Spodobało mi się to, ponieważ jako osoba mieszkająca w hrabstwie Orange, kiedy mówię ludziom, że nie mam samochodu, patrzą na mnie jak na dziwaka. Dlatego bardzo mnie pokrzepiło, gdy ktoś powiedział, że chodzenie wszędzie jest dla ludzi normalne. Dziwne jest to, że siedzę w maszynach, które poruszają się za nas.
Dokładnie. To klasyczny przykład tego, jak nasza relacja z technologią sprawia, że pewne rzeczy stają się dla nas niewidoczne. To „niewidoczne” dla nas, że normalnie pokonywalibyśmy dystans równy dystansowi z Los Angeles do Nowego Jorku i z powrotem każdego roku, czyli w tempie, w jakim Paul pokonuje swoją podróż. Ale kiedy w Tanzanii zainstalowano lokalizatory GPS u niektórych z ostatnich łowców-zbieraczy na świecie, okazało się, że tyle właśnie pokonują w ciągu roku. To właściwie normalna ilość marszu dla naszego gatunku.
Niesamowite. Wiem, że ten projekt zabrał cię w różne zakątki świata. Czy możesz opowiedzieć o kilku ciekawych miejscach, które zabrał cię ten film?
W dowolnej kolejności, zaprowadziło mnie to do Chile, gdzie filmowałem w obserwatoriach astronomicznych położonych bardzo wysoko na pustyni Atakama. To najsuchsza pustynia na Ziemi, dlatego astronomowie ją uwielbiają, ponieważ brak wilgoci w powietrzu to jeden z wielu czynników, które pozwalają im zajrzeć głębiej w kosmos. Wilgoć zaburza światło. Poza tym, rzadko można znaleźć pustynię na tak dużej wysokości, wysoko w Andach. Ta kombinacja czynników sprawia, że jest to idealne miejsce do uprawiania astronomii.
Wiem, że Wielki Zderzacz Hadronów w Szwajcarii był efektem dużej współpracy międzynarodowej. Czy to samo stało się z obserwatoriami w Chile?
Tak, to głównie inicjatywy międzynarodowe. Niektóre z nich będą podlegać organizacji parasolowej, takiej jak Europejskie Obserwatorium Południowe – organizacji paneuropejskiej.
Dokąd jeszcze podróżowałeś?
Wielki Zderzacz Hadronów CERN w Szwajcarii i Francji – rozciąga się pod ziemią na terenie obu krajów. Już trochę o tym mówiliśmy.
Pojechałem do Rosji, żeby filmować na Syberii, gdzie 40 kilometrów od brzegu, na zamarzniętej powierzchni najstarszego i najgłębszego jeziora świata, Bajkału, trwały eksperymenty z wykrywaniem neutrin. To było dość intensywne doświadczenie – mieszkać z naukowcami, którzy co roku spędzają tam kilka miesięcy na zamarzniętej powierzchni. Nie ma pryszniców, jest bardzo mało jedzenia. Przez jakiś czas żywiliśmy się czosnkiem niedźwiedzim, który rośnie w tym regionie.
Filmowanie nad jeziorem Bajkał w Syberii.
Następnie pojechaliśmy do Tuwy, również na Syberii, aby filmować tuwińskich śpiewaków gardłowych, szamanów, myśliwych i po prostu muzyków, aby spojrzeć na ludzkie ciało jako na formę technologii. Śpiew gardłowy wycina nuty muzyczne w ich wewnętrznych subharmonicznych, tak jak gra się flażolety na gitarze. Grając flażolety, słyszy się ułamki nut w głównym dźwięku podstawowym. Śpiew gardłowy wykonuje się to ludzkim gardłem, a nie palcem na strunie gitary.
Filmowanie w Tuwie.
Byłem też w Etiopii, gdzie filmowałem mnichów żyjących w wykutych w skale klasztorach jaskiniowych wysoko w górach, w regionie Tigraj. Istnieje tam cała tradycja mnichów, którzy modlą się, oddalając się od miast. Wędrują po pustkowiach, niczym biblijny Jan Chrzciciel, i dosłownie mieszkają w norach w ziemi, na drzewach lub w jaskiniach. Znalazłem obszar, gdzie mieszkają w jaskiniach wykutych w górach.
Szukają ciszy?
Tak, i mają oni prawdziwą tradycję milczenia w etiopskim prawosławnym chrześcijaństwie, która wiąże się z wyjazdami do tych odległych miejsc. Naprawdę mnie zainteresowało, że ci mnisi musieli udać się do tych samych miejsc, do których musieli udać się naukowcy, aby zobaczyć coś niewidzialnego. Naprawdę daleko od centrów miast.
Skupiłem się na mnichach, którzy musieli swobodnie wspinać się po tych górach, żeby dotrzeć do swoich jaskiń modlitewnych. Musiałem wspinać się z nimi po tych niemal pionowych klifach, gdzie były tylko maleńkie uchwyty na palce i stopy, co było dość szalone.
Filmowanie w Etiopii.
To brzmi przerażająco.
Czasami tak było. Ale mieliśmy przewodników, którzy nam pomagali. To był naprawdę powolny proces, bo dosłownie ustawiali nasze stopy i ręce w odpowiedniej pozycji. Było to dla nas zbyt niebezpieczne, żeby to zgadnąć, a oni znali te góry jak własną kieszeń. Mieliśmy więc ogromne szczęście, że byli z nami.
A potem pojechałem do Indii, żeby sfilmować mnichów, którzy kłaniają się, przemierzając Himalaje, i filmować odległe klasztory. I żeby uchwycić tradycję tworzenia pewnych rodzajów mandali z piasku, która jest naprawdę ważną tradycją w buddyzmie tybetańskim. Chociaż wiele z materiału filmowego z mandalami z piasku, który nakręciłem, nie powstało w Indiach, to i tak odzwierciedlało tradycje, które stamtąd pochodzą. Ludziom może być trudno uwierzyć, że wiele z materiału filmowego z mandalami z piasku zostało nakręconych w El Paso w Teksasie przez mnicha, który był osobistym asystentem Dalajlamy. Myślę, że jest on jedyną osobą na świecie, która tworzy te mandale samodzielnie. Zazwyczaj robi to grupa mnichów przez wiele tygodni. Ale ten facet robi je wszystkie sam. Ta, którą nakręciłem, zajęła ponad miesiąc. W filmie jest scena, w której faktycznie widać upływ czasu całego miesiąca w ciągu około półtorej minuty.
Próbuję sobie przypomnieć, czy pominąłem jakieś miejsce. To były główne miejsca, które odwiedziłem.
Wiem, że byłeś w kilku miejscach w Stanach Zjednoczonych, np. w kopalni w Minnesocie.
O tak. Filmowałem w kopalni pół mili pod ziemią – opuszczonej XIX-wiecznej kopalni żelaza, której naukowcy używają teraz do wykrywania cząstek ciemnej materii – ciemna materia jest dominującą materią budującą wszechświat. Ciemnej materii jest więcej niż materii widocznej, a mimo to nie mamy pojęcia, czym ona jest.
A potem wspiąłem się na szczyt Mount Whitney, najwyższy punkt w kontynentalnej części USA. To było naprawdę wyczerpujące.
Wiem, że podobnie jak w przypadku Twojego pierwszego filmu, poświęciłeś temu projektowi lata swojego życia. Mam nadzieję, że film odniesie sukces finansowy, ale nie wydaje mi się, żeby motywowała Cię przede wszystkim chęć zysku. Co motywuje Cię do jego realizacji?
Z pewnego punktu widzenia to zagadka. Może to zabrzmieć banalnie, ale uważam, że świat jest naprawdę magicznym miejscem. Jest na nim tak wiele niewiarygodnie niesamowitych rzeczy i po prostu chcę je zobaczyć. Wiele z nich znajduje się w miejscach, które są nieco poza utartymi szlakami. Ten film to zdecydowanie eksploracja miejsc poza utartymi szlakami, których być może nigdy nie będę miała okazji zobaczyć. Do niektórych miejsc musieliśmy uzyskać specjalne wizy, inne były „obszarami zamkniętymi”, do których ludzie nie mogą po prostu podróżować.
Ale inna część tego, i może to jest bardziej istotne, jest taka, że po prostu uważam, że jako istoty ludzkie mamy o wiele większy potencjał, niż nam się wydaje. Wszyscy go mamy. Jest tak wiele niewykorzystanych elementów tego, jak niesamowici są ludzie – czy to nasze umiejętności, nasz potencjał emocjonalny, nasza zdolność do empatii, czy wychodzenia poza siebie. Albo nawet po prostu sprawność fizyczna, jak Al Arnold, który gra w filmie. Dokonał czegoś, co uważano za niemożliwe – przebiegł Dolinę Śmierci w środku lata, a potem wspiął się na szczyt Mount Whitney.
Dodam, że miał wtedy ponad 50 lat i był prawnie niewidomy.
Tak. To, co zrobił, jest po prostu bezprecedensowe. Myślę więc, że to dla mnie główna motywacja, w każdej formie opowiadania historii, czy to w pisaniu, filmowaniu, czy nawet muzyce. Po prostu czuję, że wszyscy mamy o wiele większe możliwości, niż sobie uświadamiamy.
To był cel przyświecający kręceniu tego filmu – zacząć od pokazania tego, co z pewnością postrzegalibyśmy jako niezwykłych ludzi – to, co osiągają, wydaje się niemal nadludzkie. Budują maszynę, która potrafi spojrzeć wstecz na pierwszą bilionową część sekundy Wielkiego Wybuchu. Albo na bieg Ala. Ale tak naprawdę zależy mi na tym, aby w pewnym momencie filmu ludzie naprawdę zdali sobie sprawę, że to oni. To, co ci niezwykli ludzie reprezentują na ekranie, to potencjał lub możliwości widza, który może, ale nie musi, zostać w pełni wykorzystany.
W pewnym sensie to nie są nadzwyczajni ludzie. Są normalni, tak jak Paul sprowadza swój spacer do stwierdzenia: „To normalne. Idę w tempie, w jakim szli nasi przodkowie przez większość historii naszego gatunku”. Naprawdę chcę, żeby ta zmiana nastąpiła.
Często tkwimy w tyranii chwili, myśląc: To moje życie. Oto ograniczenia tego, co mogę zrobić. Ale bohaterowie twojego filmu wyraźnie to przekraczają.
Zdecydowanie. Myślę, że to była dla mnie główna motywacja – dać ludziom coś w rodzaju lustra, w którym najpierw będą pełni podziwu, a potem uświadomią sobie: „Jestem tymi ludźmi”. W pewnym momencie w filmie następuje pewnego rodzaju zmiana, kiedy uświadamiasz sobie, że chodzi tu przede wszystkim o nasze wzajemne powiązania.
***
Weź udział w specjalnym webinarium ze Stevem Elkinem w przyszłym tygodniu pt. „Seeing the Invisible: The Search for Stillness and Silence in the Digital Age”. Więcej szczegółów i informacje o możliwości zapisania się na webinarium znajdziesz tutaj.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
3 PAST RESPONSES
My heartfelt gratitude for such a wonderful gift! As a slow pace individual who loves silence and walking (mostly in quiet places), this feels deeply relevant and soul soothing! Really looking forward to seeing the film. Namaste!
both walking and silence are profound helps to a contemplative awareness in life. This is a wonderful reflection and I look forward to seeing the film!
Thank you so much for bringing Steve's film work to us. Deeply resonate with the power of silence & walking as a gateway to knowing, wisdom and "making visible what was invisible"
I appreciated especially the story about Paul's walk and 'slow journalism,' as a person practicing Narrative Therapy, context is so important: what's the 'whole' story? We only see this when we deeeeeply slow down to take in all the many layers of context, influence, and impact.
Beautiful work. I hope I can see the film. ♡