
Cykl życia prostej bawełnianej koszulki — na całym świecie co roku produkuje się, sprzedaje i wyrzuca 4 miliardy egzemplarzy — splata ze sobą szereg pozornie nierozwiązywalnych problemów, od trudnej do uchwycenia definicji zrównoważonego rolnictwa po chciwość i klasizm marketingu modowego.
Historia koszulki nie tylko pozwala nam zrozumieć złożoność naszej relacji nawet z najprostszymi rzeczami, ale także pokazuje, dlaczego aktywizm konsumencki – bojkot lub unikanie produktów, które nie spełniają naszych osobistych standardów zrównoważonego rozwoju i uczciwości – nigdy nie wystarczy, by wprowadzić realną i trwałą zmianę. Niczym rozległy diagram Venna obejmujący całą planetę, wpływ tanich koszulek na środowisko i społeczeństwo nakłada się i przecina na wielu płaszczyznach, uniemożliwiając naprawienie jednej bez zajęcia się pozostałymi.
Przyznaję, że moja szuflada z koszulkami jest tak pełna, że trudno ją zamknąć. Po części dlatego, że kiedy przemawiam na uczelniach lub konferencjach, często dostaję koszulkę z logo instytucji lub wydarzenia. To miłe pamiątki z podróży, ale prawda jest taka: mam już więcej koszulek, niż potrzebuję. A ze wszystkich koszulek, które zgromadziłem przez lata, tylko kilka jest dla mnie naprawdę ważnych, głównie ze względu na historie, które się z nimi wiążą.
Moim ulubionym (proszę bez przewracania oczami) jest zielony numer z koncertu sylwestrowego Grateful Dead z 1982 roku. Dla mnie ta koszulka, noszona przez ponad 30 lat przez wielu członków mojej dalszej rodziny, jest zarówno użyteczna, jak i piękna, nie tylko dlatego, że byłam na koncercie, ale dlatego, że podarowała mi ją bliska przyjaciółka, wiedząc, jak bardzo ją cenię. Na metce jest nawet napis „Made in the USA”, co wywołuje uśmiech na mojej twarzy, ponieważ tak niewiele rzeczy jest już produkowanych w tym kraju, a marki coraz częściej zatrudniają nisko opłacanych pracowników z biednych krajów.
Kto szyje te koszulki?
I tak przenoszę się myślami do pewnego dnia w 1990 roku, do slumsów Port-au-Prince.
Byłem na Haiti, aby spotkać się z kobietami pracującymi w szwalniach, szyjącymi koszulki i inne ubrania dla Walt Disney Company. Kobiety obawiały się swobodnej rozmowy. Stłoczyliśmy się w ciasnym pokoju w małym domu z pustaków. W upale musieliśmy trzymać okna pozamykane z obawy, że ktoś mógłby nas podsłuchać. Kobiety pracowały sześć dni w tygodniu, osiem godzin dziennie, szyjąc ubrania, na które nigdy nie udało im się zaoszczędzić wystarczająco dużo. Te, które miały szczęście otrzymywać najniższą krajową, zarabiały około 15 dolarów tygodniowo. Kobiety opisywały wyczerpującą presję w pracy, regularne molestowanie seksualne i inne niebezpieczne i poniżające warunki.
Wiedzieli, że prezes Disneya, Michael Eisner, zarabiał miliony. Kilka lat po mojej wizycie film dokumentalny Narodowego Komitetu Pracy, „Myszka Miki jedzie na Haiti”, ujawnił, że w 1996 roku Eisner zarobił 8,7 miliona dolarów pensji plus 181 milionów dolarów w opcjach na akcje – oszałamiające 101 000 dolarów za godzinę. Haitańscy pracownicy otrzymywali pół procenta amerykańskiej ceny detalicznej za każdy uszyty przez siebie element garderoby.
Kobiety chciały godziwej płacy za dzień pracy – co w ich trudnej sytuacji oznaczało 5 dolarów dziennie. Chciały być bezpieczne, móc pić wodę, gdy jest ciepła, i uniknąć molestowania seksualnego. Chciały wrócić do domu wystarczająco wcześnie, aby zobaczyć dzieci przed snem i mieć wystarczająco dużo jedzenia, aby nakarmić je solidnym posiłkiem po przebudzeniu. Ich cierpienie i cierpienie innych pracowników przemysłu odzieżowego na całym świecie było głównym powodem, dla którego produkt końcowy mógł być sprzedawany na półkach dużych sieci handlowych za kilka dolarów.
Zapytałem ich, dlaczego pozostali w zatłoczonym mieście, mieszkając w slumsach z niewielką ilością prądu, bez bieżącej wody i kanalizacji, i pracując w tak ewidentnie niezdrowych warunkach, zamiast wrócić na wieś, gdzie dorastali. Powiedzieli, że wieś po prostu nie jest w stanie ich już utrzymać. Ich rodziny zrezygnowały z rolnictwa, ponieważ nie mogły konkurować z ryżem importowanym ze Stanów Zjednoczonych i sprzedawanym za mniej niż połowę ceny bardziej pracochłonnego i pożywnego ryżu rodzimego. To wszystko było częścią planu, jak ktoś szepnął, Banku Światowego i Agencji Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego, aby wypędzić Haitańczyków z ich ziemi i przenieść ich do miasta, aby szyli ubrania dla bogatych Amerykanów. Zniszczenie rolnictwa jako źródła utrzymania było konieczne, aby zmusić ludzi do przeprowadzki do miasta, więc ludzie byliby na tyle zdesperowani, aby pracować całymi dniami w piekielnych fabrykach wyzysku.
Ich właściwe miejsce
Następnego dnia zadzwoniłem do USAID. Opadła mi szczęka, gdy człowiek z agencji otwarcie zgodził się z tym, co na początku brzmiało jak przesadzona teoria spiskowa. Powiedział, że nie opłaca się Haitańczykom pracować na rodzinnych farmach, produkując żywność, którą można taniej wyhodować gdzie indziej. Zamiast tego powinni zaakceptować swoje miejsce w globalnej gospodarce – co, jego zdaniem, oznacza szycie dla nas ubrań w Stanach Zjednoczonych. Ale przecież, powiedziałem, wydajność nie jest jedynym kryterium. Związek rolnika z ziemią, zdrowa i godna praca, możliwość spędzania czasu z dziećmi po szkole przez rodzica, społeczność trwająca nienaruszona z pokolenia na pokolenie – czyż to wszystko nie ma wartości?
„Cóż” – powiedział – „jeśli Haitańczyk naprawdę chce uprawiać ziemię, jest miejsce dla garstki z nich, którzy mogą uprawiać na przykład organiczne mango na eksport”. Zgadza się: plan USAID dla Haitańczyków nie zakładał samostanowienia, ale stworzenie rynku zbytu dla nadwyżek ryżu i dostawcy tanich krawcowych, z okazjonalną sprzedażą organicznego mango w naszych sklepach z delikatesami.
Do 2008 roku Haiti importowało 80% swojego ryżu. To pozostawiło najbiedniejszy kraj świata na łasce globalnego rynku ryżu. Rosnące koszty paliwa, globalna susza i przekierowanie wody na bardziej dochodowe uprawy – takie jak spragniona bawełna, z której produkowano ubrania Disneya – doprowadziły do spadku światowej produkcji ryżu. Globalne ceny ryżu potroiły się w ciągu kilku miesięcy, przez co tysiące Haitańczyków nie było w stanie pozwolić sobie na podstawowe pożywienie. „New York Times” donosił o Haitańczykach zmuszonych do jedzenia błotnych placków, sklejonych kawałkami smalcu.
Ale to nie wszystko
Uff. Globalne nierówności, ubóstwo, głód, dotacje rolne, prywatyzacja zasobów naturalnych, imperializm ekonomiczny – to cała chaotyczna saga światowej gospodarki splątana w kilku metrach kwadratowych tkaniny. A nie poruszyliśmy nawet szeregu innych kwestii środowiskowych i społecznych związanych z produkcją, sprzedażą i utylizacją odzieży bawełnianej.
Bawełna to najbardziej zanieczyszczająca uprawa na świecie. Używa się przy niej bardziej niebezpiecznych insektycydów niż przy jakimkolwiek innym głównym surowcu i jest bardzo wodochłonna. Uprawa bawełny nie byłaby możliwa nawet w takich rejonach jak Central Valley w Kalifornii, gdyby wielkie plantacje bawełny nie otrzymały milionów dolarów federalnych dotacji na wodę – mimo że niektóre z dotkniętych ubóstwem miast robotników rolnych w Dolinie nie mają dostępu do świeżej wody.
Barwienie i bielenie surowej bawełny na tkaninę wymaga dużych ilości toksycznych substancji chemicznych. Wiele z nich – w tym znane substancje rakotwórcze, takie jak formaldehyd i metale ciężkie – zatruwa wody gruntowe w pobliżu przędzalni bawełny, a ich pozostałości pozostają w gotowych produktach, które kładziemy na skórze.
Dobrze uszyta bawełniana odzież – taka jak moja 30-letnia koszulka Grateful Dead – może służyć przez lata wielu użytkownikom, zanim zostanie przetworzona na nowe ubrania lub inne produkty. Jednak większość sprzedawców detalicznych tak bardzo zależy na sprzedaży niekończącego się strumienia nowych ubrań swojej docelowej grupie demograficznej, że szybko wyrzucają ubrania w stylu z poprzedniego sezonu.
I oto kolejny problem z rzeczami: nie dzielimy się nimi dobrze. Podczas gdy niektórzy z nas mają ich o wiele za dużo – wręcz stresuje nas bałagan w naszych domach i musimy wynajmować zewnętrzne magazyny – inni desperacko potrzebują więcej.
Dla nas, mieszkańców przesadnie konsumpcyjnych regionów świata, staje się coraz bardziej oczywiste, że więcej rzeczy nie czyni nas szczęśliwszymi, ale dla milionów ludzi, którzy potrzebują mieszkania, ubrań i jedzenia, więcej rzeczy faktycznie prowadziłoby do zdrowszych i szczęśliwszych ludzi. Jeśli masz tylko jedną koszulkę, zdobycie drugiej to wielka sprawa. Ale jeśli masz szufladę pełną takich rzeczy, jak ja, nowa nie poprawia mojego życia. Po prostu zwiększa mój bałagan. Nazwijmy to nierównością materialną. Miliard ludzi na świecie cierpi na chroniczny głód, a kolejny miliard cierpi na otyłość.
Obywatele, nie konsumenci
Problemy związane z podróżą z pola bawełny do fabryki wyzysku to tylko ułamek bolączek, które nie tylko wynikają z gospodarki opartej na zasadzie „bierz-wyprodukuj-wyrzuć”, ale także ją umożliwiają. Dlatego dążenie do podejmowania odpowiedzialnych decyzji na poziomie indywidualnego konsumenta, choć dobre, po prostu nie wystarczy. Zmiana na skalę wymaganą przez skalę dzisiejszych kryzysów planetarnych i społecznych wymaga szerszej wizji i planu zajęcia się podstawowymi przyczynami problemu.
Aby to osiągnąć, musimy przestać myśleć o sobie przede wszystkim jako o konsumentach i zacząć myśleć i działać jak obywatele. Dzieje się tak, ponieważ najważniejsze decyzje dotyczące rzeczy nie zapadają w supermarketach czy domach towarowych. Zapadają w salach rządowych i biznesowych, gdzie zapadają decyzje o tym, co produkować, jakich materiałów używać i jakich standardów przestrzegać.
Konsumpcjonizm, nawet jeśli stara się promować produkty „zrównoważone”, to zbiór wartości, który uczy nas definiować siebie, komunikować swoją tożsamość i szukać sensu poprzez nabywanie rzeczy, a nie poprzez nasze wartości, działania i społeczność. Dziś jesteśmy tak przesiąknięci kulturą konsumpcyjną, że chodzimy do galerii handlowych nawet wtedy, gdy nasze domy i garaże są pełne. Cierpimy z powodu braku wystarczających zasobów i gromadzimy miażdżące długi na kartach kredytowych, aby, jak mawia autor Dave Ramsey, kupować rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, aby zaimponować ludziom, których nie lubimy.
Obywatelstwo natomiast dotyczy tego, co Eric Liu w książce „Ogrody demokracji ” nazywa „sposób, w jaki pokazujesz się światu”. To poważne traktowanie naszej odpowiedzialności za pracę na rzecz szerokiej, głębokiej zmiany, która nie grzebie na marginesach systemu, ale osiąga (wybaczcie aktywistyczny język) zmianę paradygmatu. Nawet „etyczny konsumpcjonizm” zazwyczaj ogranicza się do wyboru najbardziej odpowiedzialnej pozycji w menu, co często pozostawia nas z wyborem między mniejszym złem. Obywatelstwo oznacza pracę nad zmianą tego, co jest w menu, a rzeczy, które zanieczyszczają planetę lub szkodzą ludziom, po prostu nie powinny się w nim znaleźć. Obywatelstwo oznacza wyjście poza strefę komfortu codziennego życia i współpracę z innymi zaangażowanymi obywatelami w celu wprowadzenia dużych, trwałych zmian.
Jednym z najlepszych wzorców obywatelstwa w Stanach Zjednoczonych jest Ruch Praw Obywatelskich lat 60. XX wieku. To mit, że odmowa Rosy Parks, by przesiąść się na tył autobusu, była spontanicznym aktem indywidualnego sumienia. Była częścią sieci tysięcy aktywistów, którzy zaplanowali swoją kampanię, przeszkolili się, by być gotowymi na nadchodzące zmagania, a następnie ryzykowali swoje ciała w starannie zaplanowanym obywatelskim nieposłuszeństwie. Działania konsumenckie, takie jak bojkot segregowanych autobusów lub barów szybkiej obsługi, były częścią kampanii, ale były podejmowane zbiorowo i strategicznie. Model ten był stosowany, z różnym skutkiem, w ruchach ekologicznych, na rzecz praw osób homoseksualnych, pro-choice i innych. Jednak same działania konsumenckie – bez szerszej kampanii prowadzonej przez obywateli – nie wystarczą, by dokonać głębokiej zmiany.
Tak, ważne jest, aby być świadomym swoich decyzji konsumenckich. Ale jesteśmy najskuteczniejsi, gdy jest to powiązane ze wspólnymi wysiłkami na rzecz większych zmian strukturalnych. Jako jednostki możemy zużywać mniej rzeczy, jeśli pamiętamy o tym, aby spojrzeć w głąb siebie i oceniać swoje samopoczucie na podstawie stanu zdrowia, siły przyjaźni oraz bogactwa naszych hobby i działań obywatelskich. A możemy osiągnąć jeszcze większy postęp, współpracując – jako obywatele, a nie konsumenci – na rzecz wzmocnienia przepisów i praktyk biznesowych, zwiększając efektywność i redukując ilość odpadów.
Jako jednostki możemy używać mniej toksycznych rzeczy, priorytetowo traktując produkty organiczne, unikając toksycznych dodatków i zapewniając bezpieczny recykling naszych rzeczy. Ale możemy osiągnąć o wiele więcej jako obywatele domagający się surowszych przepisów i czystszych systemów produkcji, które chronią zdrowie publiczne. Istnieje wiele sposobów, aby dzielić się więcej, tak jak robi to moja społeczność składająca się z kilku rodzin. Ponieważ dzielimy się swoimi rzeczami, potrzebujemy tylko jednej wysokiej drabiny, jednego pickupa i jednego zestawu elektronarzędzi. Oznacza to, że musimy kupować, posiadać i wyrzucać mniej rzeczy. Od publicznych wypożyczalni narzędzi po internetowe platformy wymiany peer-to-peer, istnieje wiele możliwości skalowania działań w zakresie dzielenia się, od poziomu lokalnego do krajowego.

Po Rana Plaza:
Możemy robić rzeczy inaczej
Nie możemy unikać kupowania i używania rzeczy. Ale możemy pracować nad odbudowaniem z nimi relacji. Kiedyś to my byliśmy właścicielami naszych rzeczy; teraz one są właścicielami nas. Jak przywrócić właściwą równowagę?
Pamiętam rozmowę z Colinem Beavanem, znanym jako No Impact Man , pod koniec jego roku życia w Nowym Jorku, w którym starał się żyć tak niskoemisyjnie, jak to tylko możliwe: bez odpadów, bez przetworzonych posiłków, bez telewizji, bez samochodów, bez kupowania nowych rzeczy. Opowiedział mi o swoim zaskoczeniu, gdy dziennikarze dzwonili do niego z pytaniem, za czym najbardziej tęskni i co zamierzał kupić.
To, co powiedział, utkwiło mi w pamięci jako idealne podsumowanie zmiany w myśleniu, której wszyscy potrzebujemy, aby ocalić świat — i siebie — przed różnymi rzeczami.
„Założyli, że właśnie zakończyłem rok wyrzeczeń” – powiedział Colin. „Ale zdałem sobie sprawę, że to właśnie te poprzednie 35 lat były wyrzeczone. Pracowałem na okrągło, wracałem do domu późno i wyczerpany, jadłem jedzenie na wynos i kładłem się, żeby oglądać telewizję, aż nadszedł czas, żeby wynieść śmieci, pójść spać i zacząć wszystko od nowa. To była deprywacja”.
Na szczęście dla planety i dla nas, istnieje inne rozwiązanie.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
5 PAST RESPONSES
I am showing this article to my friends cause this should be spread
This is very, very well written!
wish many people read this
Thank you very much for writing this piece!
Thank for this article and the detailes about Haiti ! Its an eye opener!
How I wish I could do more than just recycle ,buy at garage sales , avoid mall 'Sales 'and donate extra clothes of growing children .....! This article has inspired to think more and do more in the community and for myself !