Back to Stories

O Rzekach I opowieściach

W tym eseju poeta Robert Hass, laureat Nagrody Pulitzera, zwraca uwagę na potencjalną odporność rzek jako opowieści w różnych kulturach, miejscach i czasach.

Książka z opowieściami o rzekach to oczywiście zaproszenie do refleksji nad relacją między rzekami a opowieściami. To także okazja do zastanowienia się nad stanem rzek na świecie, co jest nam pilnie potrzebne w tym momencie historii relacji człowieka z ziemią.

A miejsce na początek jest oczywiste, od faktu, że większość życia na Ziemi zależy od słodkiej wody. Mineralna ziemia z jej wymarzonymi kształtami pasm górskich i kotlin dolinnych, pustyni i lasów, tajgi, prerii, ostań i płaskowyżów, ukształtowana przez ciepło jądra Ziemi, wyżłobiona przez postęp i cofanie się lodowców, zakończona nadmorskimi klifami i plażami z piasku lub żwiru, jest misternie żyłkowana jej przepływem. Historia naszej relacji z nią zaczyna się, jak sądzę, od kawałków kości wykopanych wzdłuż rzeki Awash w Etiopii i fragmentu szczęki wykopanego obok starożytnego jeziora w Kenii. Ardipithecus ramidus i Australopithecus anamemnsis : mają około 4,4 miliona lat. W pewnym momencie osiem milionów lat temu, grupa gatunków człowiekowatych żerowała na brzegach tego samego jeziora. I wśród nich najprawdopodobniej byli nasi przodkowie. Życie ludzkie prawdopodobnie rozwijało się w bliskim sąsiedztwie jezior i rzek. Cywilizacja ludzka – nad Tygrysem i Eufratem, Gangesem, Jangcy i Nilem – z pewnością tak było.

Ludzie musieli pierwotnie korzystać z rzek do picia, kąpieli i pożywienia, łowiąc ryby na płyciznach i polując na ptaki i ssaki zwabione do brzegów w poszukiwaniu wody. Prawdopodobnie to łowienie ryb i polowanie na pływających kłodach doprowadziło do wytwórstwa łodzi, a wytwórstwo łodzi musiało ogromnie zwiększyć mobilność gatunków. Rolnictwo rozwinęło się na bogatych złożach równin zalewowych. Ci osiadłi wytwórcy narzędzi wkrótce zaczęli wykorzystywać siłę wody za pomocą kół młyńskich i tam. Nawadnianie, jako technologia, ma około trzech tysięcy lat. Powie ci to coś o presji, jaką ludzie wywarli na systemy rzeczne w ciągu ostatnich stu lat tej historii, jeśli wiesz, że w 1900 roku 40 milionów hektarów gruntów ornych na całym świecie było nawadnianych. Czterdzieści milionów hektarów w ciągu trzech tysięcy lat. Do 1993 roku nawadniano 248 milionów hektarów.

Faktem XX wieku jest również to, że jako środek transportu, w celach handlowych i rekreacyjnych, rzeki zostały w dużej mierze wyparte przez autostrady, koleje i transport lotniczy. Sto pięćdziesiąt lat temu epickie opowieści inżynieryjne dotyczyły budowy kanałów, łączących jeden system rzeczny lub jedno morze z drugim: Panamą i Suezem. Śluzy Kanału Erie i rozległy system śluz angielskich rzek należą dziś do osobliwej i drugorzędnej turystyki. Historie XX wieku dotyczyły potężnych zapór, nacjonalizmu i rozwoju gospodarczego oraz prestiżu potężnych zapór. Rzeki dostarczają obecnie 20 procent światowej energii elektrycznej, w większości generowanej przez duże, niszczące ekologicznie, a często i kulturowo, zapory. Wciąż nieukończona Zapora Trzech Przełomów na Jangcy to tylko najnowszy z serii faustowskich paktów, jakie kultura technologiczna zawarła z rzekami ziemi.

Choć nazwy wciąż są magiczne – Amazonka, Kongo, Missisipi, Niger, La Plata, Wołga, Tyber, Sekwana, Ganges, Mekong, Ren, Kolorado, Marna, Orinoko, Rio Grande – same rzeki niemal zniknęły ze świadomości współczesnego świata. O ile istnieją w naszej wyobraźni, to istnienie jest nostalgiczne. Zmieniliśmy nasze wspomnienie Missisipi w park rozrywki Marka Twaina w Disneylandzie. Nasze linie kolejowe podążały za konturami rzek, a następnie nasze autostrady podążały za konturami linii kolejowych. Podróżując, poruszamy się wraz z rzeką, w dwóch krokach. Nasze dzieci nie wiedzą, skąd bierze się prąd, nie wiedzą, skąd bierze się woda, którą piją, a w wielu miejscach na ziemi wzburzone rozlewiska rzek spiętrzonych spiętrzonymi wodami zarażają miejscowe dzieci epidemiami starych chorób nadrzecznych: czerwonki, schistosomatozy, „ślepoty rzecznej”. Rzeki i bogowie rzek, którzy zdefiniowali nasze cywilizacje, stali się wysublimowanymi symbolami wszystkiego, co zrobiliśmy z planetą w ciągu ostatnich dwustu lat. A same rzeki stały się śladowymi wspomnieniami tego, co stłumiliśmy w imię technicznego mistrzostwa. Są one ekologiczną nieświadomością.

Oczywiście, pojawiają się w poezji. „Niewiele wiem o bogach” – napisał T.S. Eliot, który dorastał nad Missisipi w St. Louis – „ale myślę, że rzeka jest silnym, brązowym bogiem”. „Pod różnymi imionami” – napisał Czesław Miłosz, który dorastał na Litwie nad Niemnem – „wychwalałem tylko was, rzeki. Jesteście mlekiem i miodem, miłością, śmiercią i tańcem”. Uważam to za pierwsze oznaki, nawet gdy nasza cywilizacja budowała tamy i zanieczyszczała środowisko, uświadomienia sobie tego, co straciliśmy i co musimy odzyskać. Kiedy populacja ludzka była niewielka, oczyszczający nurt rzek i ich gwałtowne powodzie mogły stwarzać złudzenie, że nasze czyny nie mają konsekwencji, że znikają w dole rzeki. Teraz to już nieprawda i jesteśmy zmuszeni do ponownego przemyślenia dzieła naszych rąk. I oczywiście jesteśmy zbyt zależni od naszego pochodzenia geograficznego, by całkowicie utracić z nim więź.

Podróżując po świecie , nawet teraz, konfrontujemy się, w taki czy inny sposób, z ludzką historią rzek. Kilkakrotnie w ciągu ostatnich kilku lat przyjeżdżałem do obcego miasta, zasypiałem w pokoju hotelowym i budziłem się, by spojrzeć przez okno na rzekę. Pierwszy raz było to w Budapeszcie. Tą rzeką był Dunaj. Obudziłem się tuż przed wschodem słońca, wyszedłem na balkon i w zimnym powietrzu o pierwszym brzasku spojrzałem na wzgórza Pesztu i pierwsze przebłyski dnia na szerokiej, błotnistej wodzie. W powietrzu unosił się jego zapach. Zdałem sobie sprawę, że niewiele wiem o jego geografii. Wiedziałem, że ma swoje źródło gdzieś w Alpach, płynie na wschód przez południowe Niemcy – Nibelungenleid składa się z opowieści o rzece Dunaj – i na południe od Wiednia przez Węgry, a następnie na południowy wschód z powrotem przez Serbię, wpadając do Morza Czarnego gdzieś na południe od Odessy. Zdawało mi się, że mgliście przypominałem sobie, że poeta Owidiusz, gdy obraził Cezara Augusta, został zesłany do półdzikiego miasta garnizonowego u ujścia Dunaju. Wiedziałem też, że kilka lat wcześniej wyjątkowo bezmyślny plan spiętrzenia rzeki przepływającej przez środkowe Węgry stał się tak kontrowersyjny, że rząd zakazał naukowcom publicznej dyskusji na ten temat.

Na mostach gasły światła, mogłem dostrzec niewyraźne sylwetki kilku barek na rzece, a wiatr niósł w moją stronę głos. Przez pięć tysięcy lat musiały istnieć i zaniknąć całe słowniki slangu rzecznego w sześciu różnych językach, w języku węgierskim, kilku dialektach niemieckich i słowiańskich oraz w jakimkolwiek hybrydowym języku rumuńskim. Musiał kiedyś istnieć romsko-serbski lub romańsko-germański pidgin rzeczny, którym posługiwali się kupcy i przewoźnicy na całej jego długości. Możliwe, że to w czasach rzymskich zyskał on swoją potoczną nazwę, ponieważ Rzymianie byli znakomitymi twórcami map, choć prawdopodobnie, na długo przed tym, zanim legiony maszerowały wzdłuż jego brzegów, był on lokalnym bogiem w wielu kulturach, o wielu różnych imionach. Znałem jeden wiersz belgradzkiego poety Vasko Popy, który zwraca się do Ojca Dunaju w rodzaju serbskiej modlitwy modernistycznej. Belgrad – belo grad – oznacza po serbsku „białe miasto”:

O wielki Panie Dunaju
krew białego miasta
Płynie w twoich żyłach

Jeśli to kochasz, wstań na chwilę
Z twego łoża miłości—

Jedź na największym karpiu
Przebij ołowiane chmury
I przyjdź odwiedzić swoje niebiańskie miejsce narodzin

Przynieś prezenty do białego miasta
Owoce, ptaki i kwiaty raju

Wieże dzwonnicze będą ci się kłaniać
A ulice padają na twarz
O wielki Panie Dunaju

Nie ugiąłem się. Zamiast tego znalazłem się po uszy w komedii konsumpcyjnego podróżowania. Zadzwoniłem do obsługi pokoju i zamówiłem kawę, gdy tylko się obudziłem. Przyniesiono ją w srebrnym dzbanku z kremową porcelanową filiżanką i spodkiem z żłobkowanym brzegiem. Nalałem sobie kawy i pomyślałem, żeby sprawdzić rachunek. O ile mi wiadomo, miało mnie to kosztować 30 dolarów, co wywołało we mnie lekką panikę. Obsługa mówiła po angielsku; rozważałem zadzwonienie i poinformowanie ich, że nastąpiła pomyłka; w końcu nie potrzebowałem tego, co w menu nazywano „porannym napojem”. Problemem okazało się moje arytmetyczne działanie. Kawa kosztowała 3 dolary – ale kiedy wróciłem na balkon i popijałem kawę, która pachniała winem, niedojrzałymi jagodami i czarną ziemią, patrząc, jak Dunaj mieni się srebrem o świcie, pomyślałem, że piję kawę za 30 dolarów. To była ofiara dla boga rzeki.

Za drugim razem, gdy wyjrzałem przez takie okno, zobaczyłem rzekę Huangpu. Ja również przyjechałem do Szanghaju po ciemku. Tym razem obudziłem się w perłowoszary poranek zamglony rzeczną mgłą. Na samej rzece roiło się od ruchu – barki, czasem dwie lub trzy, połączone grubymi linami, wiozące drewno, worki cementu, dźwigary, dachówki; tankowce zanurzone w wodzie, brnące pod prąd; holowniki; zatłoczone promy; kilka żaglówek; inne stare i niepozorne jednostki. W ciągu pięciu minut naliczyłem osiemdziesiąt jednostek płynących w obie strony. Woda była szarobrązowa, pieniąc się na nabrzeżach, nabrzeżach, magazynach i dokach. Tuż pode mną tłum ludzi i rowerów czekał w kolejce do jednego z promów. Po drugiej stronie rzeki znajdował się Bund, stara ulica handlowa miasta sprzed II wojny światowej, z bankami i towarzystwami ubezpieczeniowymi w stylu europejskim, hotelami w kształcie greckich i rzymskich świątyń, starymi, pociemniałymi od dymu węglowego marmurowymi kolumnami i kopułami. Szanghaj, jak się później dowiedziałem, jest stosunkowo nowoczesnym miastem. W XIV wieku Bund był ścieżką holowniczą dla barek rzecznych, biegnącą przez trzcinowate mokradła, i małą wioską rybacką. W XVI wieku wioska stała się miastem. Pod koniec XIX wieku mogła być handlowym nabrzeżem każdego europejskiego miasta nadrzecznego – Lyonu, Glasgow czy Amsterdamu.

O tej porze ulica była już rojąca się od ruchu ludzi i zdawała się naśladować ruch na zatłoczonej rzece. Miałem wrażenie, jakbym patrzył nie na inny kontynent, ale na inny czas. Rzeka była rzeką XIX wieku, gęstą od ruchu, który w innych częściach świata przeniesiono do pociągów, transportu lotniczego i szesnastokołowych ciężarówek. Bund – większość budynków pochodziła z lat 1880–1920 – był żywym wspomnieniem form europejskiego piractwa, które później nazwano „Epoką Imperium”. Prawie spodziewałem się, że zobaczę Josepha Conrada wyłaniającego się z jednego z budynków w swojej edwardiańskiej brodzie, niosącego mandat kapitana parowca płynącego w górę Konga. Ale scena przypominała też chińskie malowidło na zwoju, jakby poszarpana linia budynków mieszkalnych z czasów maoizmu w oddali była górami, mgły nad rzeką półzapomnianymi postaciami lokalnych i dynastycznych bogów, a sama rzeka alegorią ludzkiego życia: zaopatrzenia i zaopatrzenia, zmagań w górze rzeki i jej biegu w dole, a tłumy ludzi przychodzących i odchodzących w rozmazanej, sennej mgle.

Było też coś niepokojącego w tej scenie i dopiero później, gdy wędrowałem po mieście, dotarło do mnie, co widziałem. A raczej czego nie widziałem: gwałtownie się odwróciłem i poszedłem z powrotem w stronę rzeki, oparłem się o nabrzeże i długo się wpatrywałem. Nie było żadnych ptaków. Ani jednej mewy, ani jednej kaczki, ani jednej czapli ani jednej białej. Ani jednego kormorana, ani jednego perkoza. Nie było nawet wróbli ani ptaków śpiewających na cienkich drzewach w parku nad rzeką. I nie było widać ani jednego rybaka. Rzeka, pomimo całej swojej ludzkiej witalności, była martwa.

Trzecią rzeką był Nil. Nawet w nocy, z mojego pokoju w Semiramis w centrum Kairu, nie dało się go pomylić, choć nie mogłem dostrzec samego tego bajecznego strumienia. Śmiech, czasem dobroduszny, czasem przezabawny, docierał do mojego okna. Olśniewające światła wzdłuż brzegu rzeki zdawały się oznaczać mosty, promenadę i kawiarnie na świeżym powietrzu. I był ten zapach, nawet w wilgoci i spalinach samochodowych, zielony i chłodny. Był tam rano, w niewiarygodnym zgiełku kairskiego ruchu — wydawało się, że w Kairze nietrąbienie było raczej wyjątkiem niż regułą — i nawet w tym całym hałasie wyglądał spokojnie: zielonkawa woda; silny, łagodny nurt; trzciny; palmy; baniany nadbrzeżne z ich szerokimi, błyszczącymi liśćmi; i, jakby wyczarowane z akwareli z końca XVIII wieku, czerwone żagle łodzi fellucca, sunące w górę rzeki na wietrze.

Nil prawdopodobnie nie jest starszy od innych nieistniejących już bogów rzecznych, ale jest starszy w ludzkiej wyobraźni, o czym przekonałem się następnego dnia, gdy zupełnie niespodziewanie spotkałem w hotelowym lobby starą znajomą, Amerykankę mieszkającą w Londynie. Była w Kairze tylko jeden dzień. Miała właśnie wsiąść do taksówki, żeby zobaczyć synagogę Ben Ezry, najstarszą w mieście, którą musiała opisać w powieści, nad którą pracowała. Pod wpływem impulsu dołączyłem do niej. Kierowca taksówki, trąbiąc wytrwale, żebyśmy mogli się porozumiewać tylko na głos, przeciskaliśmy się przez ulice. Poprzedniego dnia było święto islamskie, obchodzone całodziennym postem, po którym następowało zabicie żywego zwierzęcia o zachodzie słońca, kozy lub owcy, oraz uczta – na pamiątkę, jak nam powiedziano, owcy złożonej w ofierze przez Abrahama, gdy Pan Bóg oszczędził życie jego syna Izaaka, gdy Abraham wyraził gotowość zabicia własnego syna dla tego bóstwa. Oznaczało to, że rogi kairskich ulic były zasłane wciąż zakrwawionymi skórami obdartych zwierząt, w których muchy odprawiały własne święto, a gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, w miejscu zwanym Starym Kairem, aby odróżnić je od innego starego Kairu, islamskiego miasta średniowiecza, bruk był śliski od kałuż w kolorze czerwieni lub herbaty, tam gdzie krew została zmyta z ulic. Ostrożnie przeszliśmy przez ulicę; skręciliśmy w alejkę z powieści Mahfuza, która pachniała miętową herbatą i dymem z drewna jabłoni z maleńkich kawiarenek; i dotarliśmy na otwarty dziedziniec synagogi, który był zamknięty.

Mój przyjaciel musiał zadowolić się opisem elewacji budynku. Mężczyzna wstał z jednego ze stolików kawiarnianych po drugiej stronie placu i podszedł do nas, gestem dwóch uniesionych palców dał nam uroczyście znak, żebyśmy za nim poszli, co też, nieco zahipnotyzowani, uczyniliśmy. Zaprowadził nas na drugą stronę budynku, gdzie w ogrodzie pełnym palm i czegoś, co wyglądało na antyczne fuksje, znajdowała się studnia, przykryta ozdobną żelazną ramą. „Tutaj” – powiedział – „Mojżesza znaleziono w sitowiu”. Obaj się wahaliśmy. „Tutaj?” „O tak” – odparł – po kilku dniach miałem się dowiedzieć, że miasto jest pełne badaczy lokalnych legend – „to było stare koryto rzeki. Płynęła prosto tędy. Mojżesz był kairskim chłopcem”. W czasach faraonów Kairu nie było, ale Memfis leżało zaledwie trzydzieści mil w górę rzeki, a rzeka kiedyś płynęła w tym kierunku, więc kto by się z tym kłócił? Niedaleko synagogi znajduje się Babilon, ruina – mur z cegły i gruzu – rzymskiego fortu, z którego wyrósł Kair. Zbuntowana grupa dezerterów z armii perskiej założyła tam osadę w VI wieku p.n.e., a ich fort, później, za czasów Trajana, stał się fundamentem rzymskiego fortu. Memfis i piramidy w Sakkarze znajdowały się zaledwie dwanaście mil na południe. A gdyby niemowlę żydowskiego niewolnika umieszczono w koszyku z wikliny z rzecznych trzcin, całkiem możliwe, że spłynęłoby ono rzeką w to miejsce. Prawdopodobieństwo, przynajmniej, sprzyjałoby legendzie i jest całkiem możliwe, że niektórzy potomkowie tych żydowskich niewolników byli wśród założycieli świętego miejsca wewnątrz murów opuszczonego rzymskiego fortu, który dwa tysiące lat temu przekształcił go w enklawę Żydów i koptyjskich chrześcijan.

Wysoka Tama Asuańska, zbudowana w latach 60. XX wieku przez reżim Nasera jako pomnik niepodległości narodowej, miała niezamierzony skutek w postaci podmycia fundamentów tych starych budowli. Tama zatrzymała przepływ bogatego w składniki odżywcze mułu, który stworzył egipską cywilizację, dzięki czemu nie osadzał się on już w dole rzeki, uzależniając rolników od nawozów sztucznych. Spiętrzone wody rozprzestrzeniły schistosomatozę wśród społeczności Górnego Nilu i pozwoliły Morzu Śródziemnemu, wsiąkając w głąb lądu pod osłabiony prąd, niemal całkowicie zmyć deltę Nilu i jej lukratywne łowiska. Skierowanie wody na grunty o niskiej wartości ornej zmusiło Kair do obniżenia poziomu wód słodkich. W rezultacie podziemne sole podnoszą się i niszczą fundamenty starożytnych meczetów, kościołów, a także niektórych piramid.

Trudno zrozumieć, jak to nie oznacza czystej katastrofy, ale przynajmniej na razie Nil wciąż żyje. Następnego dnia pojechałem do Sakkary . Grobowce Ti i Ptah-hotepa pełne są obrazów życia nad rzeką – rybaków z sieciami i wąskimi łodziami nad światem rojącym się od ryb, każdy gatunek oddany z niezwykłą dokładnością – i były tam sceny polowania na ptaki na mokradłach, ptaki oddane tak precyzyjnie, że łatwo było rozpoznać gatunek na pierwszy rzut oka. Jeden przykuł moją uwagę, bo wydawał się nieznany; wyglądał jak wrona garbata. Jadąc z powrotem do miasta wzdłuż rzeki, zdawało mi się, że widzę tę samą sylwetkę w intensywnej zieleni trzcin. Zatrzymaliśmy samochód. „Wiesz, co to jest?” zapytałem kairską przyjaciółkę, która prowadziła. „Chyba nazywa się wrona siwa” – powiedziała. „Są wszędzie i strasznie hałaśliwe”. Spojrzałem ponownie – czarny kształt rysował się na tle zieleni rzeki, precyzyjny kontur, jaki oddała ręka artysty, jakby w jednej chwili minęło cztery tysiące pięćset lat.

Większość naszych rzek wciąż żyje i jest niezwykle odporna. Wydaje się teraz możliwe, że ludzka cywilizacja może zacząć naprawiać szkody wyrządzone w ubiegłym stuleciu. Sekretarz Zasobów Wewnętrznych Bruce Babbit, być może symbolicznie, rozpoczął likwidację niektórych amerykańskich zapór. Technologia i zrozumienie dynamiki powodzi oraz potrzeby oszczędzania wody sprawiły, że praca nad odbudową rzek w XXI wieku zaczęła wydawać się realna. Punktem wyjścia dla tej pracy byłoby przywrócenie dawnej wyobraźni o Ziemi. To jeden z powodów, dla których potrzebujemy opowieści o rzekach i dlaczego „Dar Rzek” ma tak silny oddźwięk.

Rzeki oczywiście są jak opowieści, a są jak opowieści, które klasyczne zasady formy by zaakceptowały. Mają początek, środek i koniec. Pomiędzy nimi płyną. Albo płynęłyby, gdybyśmy im na to pozwolili. Interesujące jest to, że w kulturze popularnej, w telewizji komercyjnej, to, co stało się z rzekami, stało się również z opowieściami. Tama to przerwa w nurcie rzeki. Reklama to tama hamująca przepływ opowieści: przepuszcza ludzką wyobraźnię przez turbinę chwytu marketingowego, by wygenerować pożądanie konsumenta. Dlatego warto pamiętać, czytając tę ​​książkę i myśląc o rzekach na Ziemi oraz o zadaniu ich odzyskania, które przed nami stoi, że to, co czytasz, to opowieści bez przerw w reklamach – co jest dobre dla zdrowia rzek i sztuki narracyjnej.

Uwaga: Opis kampanii na rzecz zapory Nagymoros na Węgrzech, budowy Wysokiej Tamy Asuańskiej i niektórych jej konsekwencji można znaleźć w książce Patricka McCully'ego Silenced Rivers: The Ecology and Politics of Large Dams ( Londyn, Zed Books, 1996 ).

2000
Opublikowano w książce The Gift of Rivers: True Stories of Life on the Water autorstwa Pameli Michael oraz w książce What Light Can Do: Essays on Art, Imagination, and the Natural World autorstwa Roberta Hassa

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

2 PAST RESPONSES

User avatar
Annie917 Oct 30, 2013

A really great read. Almost like a history lesson and a traveler's guide at once. I found myself referencing google maps every once and awhile to make sure I could really picture these rivers. Our rivers are our lifeblood, indeed!

User avatar
Helen C. Gennari Oct 20, 2013

Wonderful article. I learned so much reading it and feel that I have a better sense of the urgency with which we need to begin treating our rivers with more compassion.