„Kiedyś zadawałem sobie pytanie: »Czy jestem aktywistą, czy pisarzem?«. Już tego nie zadaję. Jestem po prostu zaangażowanym człowiekiem”.

„Zostawiam ci wszystkie moje dzienniki, ale musisz mi obiecać, że nie zajrzysz do nich, dopóki mnie nie będzie”. Tak powiedziała jej matka Terry Tempest Williams tydzień przed śmiercią na raka w wieku 54 lat, zapisując jej trzy półki kolorowych, oprawionych w płótno tomów. Williams czekała cały miesiąc po śmierci, żeby je otworzyć, tylko po to, by odkryć, że każdy z nich był pusty, pełen pustych stron.
Sposób, w jaki mówi, odzwierciedla jej styl pisania — jest fragmentaryczny, łączy fragmenty idei niczym mozaikę.
Williams wykorzystuje ten enigmatyczny dar, aby zgłębić naturę głosu i ciszy w swojej najnowszej książce „ When Women Were Birds ”. „Co moja matka próbowała mi powiedzieć?” – pyta w poniższym wywiadzie. „Dlaczego moja matka postanowiła nie pisać w swoich dziennikach? Czy bała się swojego głosu? Czy mówiła: »Używaj swojego głosu, bo ja nie mogłam lub nie chciałam używać swojego«? Czy mówiła: »Daję ci moje dzienniki, bo chcę, żebyś je wypełniła«? A może jej puste dzienniki były aktem buntu ze strony mormonki, której powiedziano: dwie rzeczy, które zrobisz w życiu, to prowadzenie dziennika i rodzenie dzieci?”
Przez 30 lat Williams pisała w dziennikach, a następnie, mając 54 lata, skupiła się na zgłębianiu tych kwestii. Wynikające z tego rozważania na temat ekspresji i ciszy nawiązują do wielu tematów przewijających się przez jej twórczość, a mianowicie do kobiet, relacji, wiary i środowiska, oraz ich nierozerwalnego powiązania. „Jak odróżnić ciało kobiety od toksycznego krajobrazu, na który spadł opad radioaktywny? Ciało mojej matki. Ciało pustyni na poligonie w Nevadzie. Nie ma między nimi żadnego rozdziału. Oba zostały zmienione przez przemoc, której doświadczyła ziemia”.
Wejście do jej domu symbolizuje brak granic, przestrzeń zdaje się ucieleśniać tę ideę. Duże okna zamieniają salon w przedłużenie czerwonego krajobrazu Utah, odwieczne tło dla jej prozy i aktywizmu. Drzwi wejściowe pozostają otwarte przez cały rok. Winston, jej basenji – dziki pies kongijskiej rasy – niedawno wciągnął pod stół w jadalni świeżo odciętą kość biodrową jelenia.
Choć Williams i ja jesteśmy dla siebie praktycznie obcy, dzień płynie jak spotkanie starych przyjaciół. Przyznaje, że pisze każdą ze swoich książek, jakby układała intymny list do nieznajomej osoby, i tak samo w kontakcie osobistym emanuje ciepłą, szczerą otwartością. Siedzimy po turecku na podłodze i przeglądamy kosz ze starymi, rodzinnymi fotografiami. Mówiąc, Williams starannie dobiera słowa, jakby każde słowo było kamieniem rzecznym, który obraca w dłoni, sprawdzając jego ciężar i decydując, czy pasuje. Sposób, w jaki mówi, odzwierciedla jej styl pisania – fragmentaryczny, układający fragmenty myśli niczym mozaikę.
Williams, mormonka piątego pokolenia i autorka licznych książek o tematyce aktywizmu, rodziny i medytacji nad miejscem, otrzymała również nagrodę Wallace Stegner Award i stypendium Guggenheima, a także inne wyróżnienia za swoją twórczość i działalność na rzecz pokoju. Podczas naszego spotkania rozmawiamy o wartościach ciszy, byciu świadkiem tragedii oraz kruchych mostach prowadzących do bardziej zrównoważonej przyszłości.
„Nie jestem żonaty ze smutkiem. Po prostu nie odwracam wzroku”.
Devon Fredericksen: W jaki sposób my – jako kobiety – znajdujemy swój głos?
Terry Tempest Williams: To jest pytanie, prawda? I uwierzylibyście mi, gdybym powiedziała, że w wieku 57 lat nie wiem? Nawet jako kobieta, która ma głos w świecie, walczę o jego znalezienie, wykorzystanie, utrzymanie, rozszerzenie, podejmowanie ryzyka w słowach. I nie sądzę, żebym była w tym osamotniona. Myślę, że najpotężniejsze kobiety wśród nas zmagają się z tym, jak go wykorzystać. Bo myślę, że każda kobieta wie, że kiedy mówi swoją prawdę, jest narażona na ryzyko – niezależnie od tego, czy jest to Hillary Clinton, czy wiejska kobieta z Rwandy.
Myślę, że po raz pierwszy odnalazłam swój głos, gdy przekroczyłam granicę na poligonie w Nevadzie w 1988 roku. Było to rok po śmierci mojej matki. Rok przed śmiercią mojej babci, a ja, mając trzydzieści lat, zostałam matriarchką mojej rodziny. Wraz ze śmiercią mojej matki, babć i ciotek – dziewięć kobiet w mojej rodzinie przeszło mastektomię, siedem nie żyje – dochodzę do momentu, w którym myślę: „Co mam do stracenia?” i staję się nieustraszona. Kiedy przekroczyłam tę granicę na poligonie w Nevadzie w akcie protestu, ponieważ rząd Stanów Zjednoczonych wciąż testował bomby atomowe na pustyni – był to gest w imieniu Klanu Kobiet Jednopiersiowych – mojej matki, moich babć, moich ciotek. I nie zrobiłam tego sama. Byłam z setkami innych kobiet, które poniosły straty w Utah w wyniku prób atomowych, w wyniku naszego nuklearnego dziedzictwa na Zachodzie. Przekroczyłem tę granicę wraz z księżmi jezuitami, ze starszyzną Szoszonów i z tubylcami, którzy również stracili życie w wyniku opadu radioaktywnego na ziemiach Shivwitów.
Wracając do wspólnoty. Po raz pierwszy usłyszałam swój głos, gdy mój przyjaciel David Quammen powiedział: „Powiedz mi, jak się masz”. Spojrzałam na niego i powiedziałam: „David, należę do Klanu Kobiet Jednopiersiowych”. To był pierwszy raz, kiedy wypowiedziałam tę frazę, która ostatecznie zmieniła moje postrzeganie kobiet w mojej rodzinie. Nagle zobaczyłam w nich wojowniczki, a nie ofiary. Myślę, że to w naszych rozmowach słyszymy coś, o czym nie wiedziałyśmy, że wierzymy. Myślę, że w imię wspólnoty odnajdujemy swój głos, gdy zajmujemy stanowisko, o którym nie wiedziałyśmy, że mamy odwagę je zająć. Wielokrotnie odnajdywałam swój głos na papierze, gdy pytanie ściskało mnie za gardło i nie pozwalało mi spać. Ale muszę wam powiedzieć – muszę odnajdywać swój głos na nowo za każdym razem, gdy biorę do ręki ołówek. Zazwyczaj wynika to z miłości, straty lub gniewu. I wtedy pojawia się pytanie: jak przekuć nasz gniew w świętą wściekłość i znaleźć język, który otwiera serca, a nie je zamyka?
Fredericksen: W swojej pracy zajmujesz się również cechami ciszy. Jak to się ma do głosu?
Williams: „Kiedy kobiety były ptakami” to książka o dziennikach mojej matki. Moja matka zostawiła mi swoje dzienniki, a wszystkie były puste. Moja matka zostawiła mi swoje milczenie. Paradoks. Myślałam, że piszę książkę o głosie. Co moja matka próbowała mi powiedzieć? Dlaczego moja matka czuła, że nie potrafi pisać? Dlaczego moja matka postanowiła nie pisać w swoich dziennikach? Czy bała się swojego głosu? Czy mówiła: „Użyj swojego głosu, bo ja nie mogłam lub nie chciałam używać swojego”? Czy mówiła: „Daję ci moje dzienniki, bo chcę, żebyś je wypełniła”? A może jej puste dzienniki były aktem buntu ze strony mormonki, której powiedziano: dwie rzeczy, które zrobisz w życiu, to prowadzenie dziennika i rodzenie dzieci? Nigdy się nie dowiem. Ale paradoks polega na tym, że myślałam, że piszę książkę o głosie. Ostatecznie być może napisałam książkę o ciszy.
Istnieją różne rodzaje ciszy. Jest cisza, która nas podtrzymuje, która nas karmi, cisza, w której, jak wierzę, rezyduje nasz prawdziwy głos, nasz autentyczny głos. Ale jest też cisza, która nas cenzuruje, która mówi nam, że to, co mamy do powiedzenia, nie chce być usłyszane, nie powinno być usłyszane, nie ma wartości. I że jeśli przemówimy, zrobimy to na własne ryzyko. Ten rodzaj ciszy jest zabójczy. Ten rodzaj ciszy znieczula to, kim jesteśmy jako kobiety. A kiedy kobieta zostaje uciszona, ucisza się świat. Kiedy kobieta mówi, otwiera się.
Fredericksen: Skoro mowa o głosie, po proteście na poligonie w Nevadzie zeznawał pan przed kongresmenem Jimem Hansenem na przesłuchaniach podkomisji Kongresu w Cedar City. Jak to wyglądało?
Williams: Mogę ci powiedzieć, że za każdym razem, gdy składałem zeznania przed Kongresem, było to upokarzające doświadczenie. I myślę, że oni tego właśnie chcą. Podwyższenia są dla namaszczonych, czyli wybranych – senatorów, kongresmenów i kongresmenek – i nie było tam żadnej kobiety, mogę ci to powiedzieć. Obywatele są umieszczeni niżej, w przestrzeni fizycznej. To onieśmiela. Masz cztery minuty na wypowiedź, więc zawsze zastanawiasz się: jak mam powiedzieć to, co chcę powiedzieć w tym ograniczonym czasie? Czujesz się, jakbyś był na miejscu dla świadków i jakaś część ciebie myśli: „Czy mówię prawdę?” Albo: „Czy jestem przesłuchiwany?” I tak jest.
Dla mnie to było naprawdę trudne spotkanie. A potem, mówić prosto z serca, z taką pasją, taką inteligencją, takim autorytetem, na jaki mnie stać, o dzikiej przyrodzie Utah – cóż, usłyszeć kongresmena patrzącego na mnie z podium, z okularami zsuniętymi na nos i mówiącego: „Przepraszam, pani Williams. Jest coś w pani głosie, czego nie słyszę…” – to mnie umniejsza. Mnie też. Nie sądzę, żeby mówił o mikrofonie. A ja i tak widzę wszystko w metaforach. Myślę, że powiedział: „Nie rozumiem, co pani mówi”. Z jednej strony można to odebrać jako niegrzeczne lub protekcjonalne zbycie. Z drugiej strony, kongresmen wyświadczył mi wielką przysługę, ponieważ nie artykułowałem tego, co chciałem powiedzieć. Dopiero potem pomyślałem: „Może nie rozumie pani, co mówię jednym głosem, ale być może słyszy pani, co próbuję powiedzieć chórem głosów”.
Wtedy Steve Trimble i ja, pisarze z Utah, połączyliśmy siły i wysłaliśmy list do dwudziestu naszych przyjaciół, którym leży na sercu los dzikiej przyrody na zachodzie, a zwłaszcza czerwonego, skalistego pustkowia w stanie Utah. Wtedy zwróciliśmy się do społeczności z prośbą o pomoc: „Potrzebujemy, żebyś napisał najpotężniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek napisałeś. Nie możemy ci zapłacić, a potrzebujemy tego za trzy tygodnie”.
Otrzymaliśmy 20 najmocniejszych esejów, wierszy i opowiadań, jakie kiedykolwiek czytałam. Zostały one później opublikowane jako „Świadectwo: Pisarze Zachodu przemawiają w imieniu Utah Wilderness” . Czy to coś zmieniło? Myślę, że liczyła się próba. Zawsze myślę o Aung San Suu Kyi w Birmie, o tym, jak ona rozumiała, że jako kobiety, jako pisarki, kimkolwiek jesteśmy, kiedykolwiek mówimy, cokolwiek piszemy, liczy się próba. Liczy się gest. Myślę o tej kluczowej idei istotnego gestu. I może to właśnie robimy jako kobiety, wciąż pytając siebie: „Jaki jest istotny gest? Czego się od nas wymaga w tym momencie? I jak być w pełni obecnymi i ucieleśnionymi w tym momencie?”
Fredericksen: Twoje życie wydaje się być naznaczone wieloma takimi gestami. Byłeś świadkiem skutków licznych okrucieństw. Byłeś na poligonie w Nevadzie i protestowałeś. Odwiedziłeś Ground Zero po 11 września, Rwandę po ludobójstwie i Zatokę Meksykańską po wycieku ropy z Deepwater Horizon. Co skłania Cię do odwiedzania tych miejsc?
Williams: Nazwij to sprawdzaniem prawdy w terenie. Dawaniem świadectwa. Chciałem sam się przekonać, czy to, co nam powiedziano, jest prawdą. A to, co ciągle odkrywam, jest wręcz przeciwieństwem.
Fredericksen: Jak to?
Williams: Weźmy na przykład Zatokę Meksykańską. Pojechałem tam w 100. dniu po wycieku ropy z platformy BP. Pamiętam, jak rano czytałem „New York Timesa” , powyżej zagięcia, w prawym rogu, napisano: „80 procent ropy zniknęło”. Ruszajmy dalej. Matka Natura to wchłania. Koniec historii. Pięć godzin później siedziałem w samolocie z bosonogim pilotem. Byliśmy 240 metrów nad miejscem katastrofy w Macondo, w strefie zero. I tak daleko, jak sięgał wzrok, tak szeroko, jak sięgał wzrok, tak długo, jak mogliśmy to znieść – widzieliśmy tylko ropę.
Jeśli obywatelskie nieposłuszeństwo jest częścią amerykańskiej tradycji, to ja również mogę być częścią tej tradycji pełnego szacunku sprzeciwu.
Kto skorzysta na stwierdzeniu, że zniknęło 80 procent ropy? Kto skorzysta na stwierdzeniu, że rebelianci z M23, którzy zdobyli Gomę, teraz odchodzą? Kto skorzysta, gdy usłyszymy w Stanach Zjednoczonych, że ludobójstwo [w Rwandzie] było „tylko wojną domową”, która trwała w kwietniu, maju i czerwcu? Nikt nam nie powiedział, że trwała 10 lat.
A kto na tym korzysta, gdy w kółko powtarzano mi, że skupisko nowotworów w mojej rodzinie to „zbieg okoliczności”, wypadek? Kiedy rząd w 2004 roku rozpoczął nowe przesłuchania w sprawie prób nuklearnych, które miały miejsce dekady wcześniej, przesłuchanie w bibliotece publicznej w Salt Lake City było przepełnione. Chyba były trzy lub cztery sale dodatkowe. Ludzie mieli listy genealogiczne – dziesiątki, dziesiątki i dziesiątki członków rodziny, którzy chorowali na raka, którzy zmarli na raka, którzy umierali na raka. Mój brat był wtedy jednym z tych chorych.
Pojechałem na poligon w Nevadzie, bo chciałem zobaczyć, co się stanie. Pojechałem na poligon w Nevadzie, bo poczułem, że to jest ten czas, moment, w którym mogę się poddać. A skoro obywatelskie nieposłuszeństwo jest częścią amerykańskiej tradycji wolności, to ja również mogę być częścią tej amerykańskiej tradycji pełnego szacunku sprzeciwu.
Myślę o moim ojcu i myślę, że gdyby był tu z nami, powiedziałby: „Terry miał wszelkie oznaki, że jest całkowicie normalny”. Chyba gdzieś po drodze, po tym, jak widziałem śmierć kobiety za kobietą, po śmierci członka rodziny – długie, przedłużające się zgony, dziedzictwo atomowego Zachodu – nie mogłem już oderwać wzroku. Koszt jest zbyt wysoki.
Podnosząc status kobiety, podnosisz status całej społeczności.
Fredericksen: Jak radzisz sobie z takimi doświadczeniami, jak przetwarzasz to, czego byłaś świadkiem i czego się nauczyłaś?
Williams: Wracamy do pytania: jak przekształcić nasz gniew w świętą wściekłość? Jak stworzyć język, który otwiera serce, a nie je zamyka, język, który tworzy wspólnotę, a nie dzieli? Dawanie świadectwa to nie bierny akt. To akt konsekwencji, który prowadzi do świadomości. To ważne. Jestem ciekaw. Chcę wiedzieć dlaczego. Wychowałem się w duchu pisma świętego, które mówi: „Chwałą Boga jest inteligencja”. A dla mnie naszą największą inteligencją jest podążanie za instynktem, zaufanie intuicji. Nie chciałem jechać do Rwandy. Bałem się tam jechać. Ale zdałem sobie sprawę, że jeśli powiem „nie” Rwandzie, powiem „nie” własnemu rozwojowi duchowemu.
Rwanda zmieniła moje życie. Przekroczenie granicy na poligonie w Nevadzie zmieniło moje życie. Zatoka Perska zmieniła moje życie.
Nadal utrzymuję kontakt z niektórymi osobami, które tam poznałem i z którymi przeprowadziłem wywiady, w tym z Becky Duet, która prowadzi sklep spożywczy w Galliano w Luizjanie. Cierpi teraz na chorobę autoimmunologiczną, której nie potrafią zdiagnozować. Od dwóch lat jest na chemioterapii. Ledwo chodzi. Straciła swój biznes. Zadzwoniła do mnie i powiedziała: „Terry, czy mogę ci powiedzieć, co teraz widzimy na bagnach? Jednookie krewetki”. Opowiedziała mi, jak noc po nocy, gdy członkowie jej społeczności Cajun siedzieli na gankach, samoloty Straży Przybrzeżnej USA spryskiwały ich środkami dyspergującymi.
To są historie, o których nie czytamy w gazetach ani nie słyszymy w telewizji. To są rozmowy, których nie prowadzimy jako społeczeństwo, jako całość. Musimy je usłyszeć od ludzi na miejscu. Kto zyskuje, gdy te historie nie są opowiadane? A kto cierpi?
I to właśnie Becky Duet, podczas lipcowej pełni księżyca, zabrała mnie z synem Jordanem na połów lucjana w bagnach. Trzymałyśmy w dłoniach lśniące ryby. To właśnie tutaj, w głębi jej lokalnej wiedzy, uświadomiłam sobie dar, jaki mi ofiarowywała. Byłyśmy siostrami. Dla mnie najważniejsze są relacje – z ziemią, ze sobą nawzajem. To historie, które przechowujemy, a potem dzielimy się nimi. To w tym fundamencie doświadczenia kryje się autentyczna mądrość, dzięki której nasz świat wciąż się rozwija, ewoluuje. To właśnie tu odnajduję nasze człowieczeństwo, raz po raz. Wtedy naprawdę patrzymy w oczy godności, wdziękowi, nadziei i wierze.
Fredericksen: Kobiety, ziemia, środowisko. Powiedziałeś, że nie ma rozdziału między tymi trzema.
Williams: Widziałam ten związek między kobietami, zdrowiem i środowiskiem w mojej rodzinie. Dziewięć kobiet w mojej rodzinie przeszło mastektomię. Siedem nie żyje. Jak odróżnić ciało kobiety od toksycznego krajobrazu, który został nawiedzony przez opad radioaktywny? Ciało mojej matki. Ciało pustyni na terenie poligonu w Nevadzie. Nie ma tu żadnego rozróżnienia. Oba zostały zmienione przez przemoc, której doświadczyła ziemia – promieniowanie jądrowe uwolnione podczas testowania bomb.
Wangari Maathai [kenijska działaczka, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla] była moją wielką mentorką. Poznałam ją, gdy miałam 29 lat w Nairobi, uczestnicząc w Forum Kobiet w 1985 roku w ramach Dekady Kobiet ONZ. To właśnie Wangari przemówiła i to głośno, mówiąc: „Sprawy kobiet to kwestie środowiskowe, to kwestie sprawiedliwości społecznej. Nie ma podziału”. Opuściłam konferencję i poszłam za Wangari do wiosek w Kenii, gdzie widziałam wiejskie kobiety dosłownie zbierające nasiona w fałdach spódnic, sadzące drzewa, stabilizujące glebę, powstrzymujące wylesianie, aby nie musiały spędzać ośmiu do dziesięciu godzin dziennie na poszukiwaniu wody i drewna na opał, by wyżywić swoje rodziny. To wywołało we mnie olśnienie. Spojrzenie na świat całościowo przez pryzmat kobiet. Podnieś status kobiety, a podniesiesz status całej społeczności.
Fredericksen: Co sprawia, że aktywizm jest skuteczny w dzisiejszych czasach?
Williams: Nie sądzę, żeby istniało coś tak potężnego jak aktywne serce. A aktywiści, których znam, posiadają to potężne, bijące serce zmiany. Nie boją się mądrości emocji, ale ją ucieleśniają. Potrafią słuchać. Są uprzejmi, kiedy trzeba, i nieustępliwi, kiedy trzeba. Pozostają otwarci, nawet gdy przekraczają granice i zapuszczają się na marginesy, rozumiejąc, że w końcu marginesy przesuną się w stronę centrum. Są wytrwali, świadomi, cierpliwi i niecierpliwi jednocześnie. Nie unikają tego, co trudne. Nie akceptują tego, co nieakceptowalne. Najskuteczniejsi aktywiści, jakich znam, kochają świat.
Dobry aktywista buduje społeczność.
Kiedyś zadawałem sobie pytanie: „Czy jestem aktywistą, czy pisarzem?”. Już o to nie pytam. Jestem po prostu zaangażowanym człowiekiem.
Zdrowe środowisko to zdrowa społeczność, to społeczność silnych kobiet.
Fredericksen: Kiedy spotkałam Cię po raz pierwszy podczas trasy promującej książkę „ Finding Beauty in a Broken World”, prezydent Obama właśnie został wybrany. Pamiętam, że czułam, jak energia w sali – pochodząca od setek osób dbających o środowisko – była wręcz namacalna. Mieliśmy nadzieję, że nowa era zmian jest już tuż za rogiem.
Williams: Uważam, że Obama okazał się ogromnym rozczarowaniem pod względem ekologicznym. Jako człowiek Zachodu, uświadomienie sobie, że za rządów Obamy mamy teraz więcej aktywnych koncesji na ropę i gaz na gruntach publicznych niż kiedykolwiek za czasów Busha i Cheneya, jest bardzo otrzeźwiające. Pamiętam, jak w latach 2001-2008 odwiedzałem biura Biura Zarządzania Ziemią w Wyoming i pytałem: „Powiedz mi, jaka jest wasza polityka energetyczna”. A za zamkniętymi drzwiami pracownicy BLM cicho mówili jedno słowo: „Cheney”.
Obama był gorszy. Kolejna rozmowa, której nie podejmujemy. Przez pięćdziesiąt lat, odkąd ekolodzy chronią Arktykę, żaden prezydent nie powiedział „tak” wierceniom w Arktyce, z wyjątkiem prezydenta Obamy. Teraz mamy wiercenia w morzach arktycznych.
Jestem bardzo zaniepokojony. Ale nasza ogólnokrajowa dyskusja się zmienia. Fracking jest przykładem tej zmiany świadomości. Możemy być wdzięczni za to stanowi Nowy Jork, ponieważ ma on realną władzę polityczną i jest obecny. My nie mamy jej w stanach Utah i Wyoming. Przez dekady nie miało znaczenia, że miasto takie jak Pavillion w Wyoming nie miało wody pitnej, że woda została zanieczyszczona przez firmy energetyczne wiercące w poszukiwaniu gazu ziemnego. W sierpniu 2010 roku Agencja Ochrony Środowiska (EPA) w końcu stwierdziła, że ich woda jest niezdatna do picia. A w przewrotnym zwrocie kolonializmu mamy teraz Encana, firmę, która zanieczyściła ich wody poprzez szczelinowanie hydrauliczne, dostarczając wodę tym obywatelom. To nie było na radarze krajowym. Fracking nie miał znaczenia, gdy miał miejsce na amerykańskim Zachodzie. Teraz, dzięki wschodnim aktywistom i filmowcom, takim jak Josh Fox, który nakręcił film „Gasland” , ludzie są tego świadomi. Jestem wdzięczny. Uczestniczyłem w jednym z wieców protestujących przeciwko szczelinowaniu w katedrze św. Jana Bożego. W proteście wzięło udział 5000 osób (więcej niż w miasteczku Pavillion w stanie Wyoming), które skandowały: „Frack no!”.
I pomyślałem: „Gdzie ja jestem?”. Bo w stanach Wyoming i Utah rezygnacja oznacza: „O tak!”.
Bogactwo znaczy niewiele, gdy pośród tsunami.
Aktywizm. Obywatelskie nieposłuszeństwo. Oddanie ciała. Do tego właśnie zmierzamy – do zatrzymania budowy kanadyjskiego rurociągu, usunięcia szczytów górskich lub nielegalnych koncesji na ropę i gaz w stanie Utah. Większość z nas zna historię Tima DeChristophera, który odsiedział dwa lata w więzieniu za ujawnienie fikcyjnego charakteru koncesji na ropę i gaz na publicznych terenach stanu Utah. Podnosił wiosło jako „Oferujący 70”, podnosząc cenę dzierżaw, aż stał się właścicielem ziemi wartej 1,8 miliona dolarów. Tim wyszedł z więzienia. Przebywa w ośrodku resocjalizacyjnym w Salt Lake City w stanie Utah, gdzie wkrótce ma wyjść na wolność, na trzyletnim zwolnieniu warunkowym. Tim ryzykował życiem i zapłacił cenę za wcielanie swoich przekonań w życie.
Fredericksen: Jak opisałby Pan ten okres historyczny, biorąc pod uwagę te nowe ryzyka i formy zaangażowania?
Williams: Myślę, że będziemy wspominać ten okres w historii jako czas wielkiej transformacji. Myślę o pewnym moście w Penobscot w stanie Maine. Kiedy jechaliśmy z Bucksport do Belfastu, musieliśmy przez niego przejechać. Latami przejeżdżaliśmy przez ten rozchwiany, zardzewiały zielony most i za każdym razem, gdy przez niego przejeżdżaliśmy, wstrzymywaliśmy oddech i myśleliśmy: „Mam nadzieję, że uda nam się dotrzeć na drugą stronę”. Widzieliśmy, jak te grube liny podtrzymujące most pękają, uginają się, a samochód zaczyna się kołysać. A potem, uff! Dzięki Bogu, byliśmy już po drugiej stronie. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.
A potem, po jakimś czasie, zauważyliśmy, że budowany jest nowy most. Nadal jechaliśmy starym mostem, ale za każdym razem, gdy przez niego przejeżdżaliśmy, byłem świadomy piękna i projektu, a momentami także niestabilności tego nowego mostu, który był w budowie. Ciągle myślałem: „Mam nadzieję, że zdążymy do nowego mostu, zanim stary się zawali”. Aż pewnego cudownego dnia nowy most został zbudowany i jechaliśmy przez niego. Stary most był już nieużywany.
Czuję, że właśnie tam jesteśmy. Czuję, że budujemy ten nowy most. Mam nadzieję, że uda nam się go ukończyć na czas. Mamy do czynienia z dwiema równoległymi rzeczywistościami: starą i nową świadomością. Co nas połączy? Katastrofy? Kryzysy gospodarcze? Nasza świadomość?
Ta planetarna świadomość – równości kobiet, równości wszystkich gatunków – wymaga, abyśmy zwrócili uwagę na ekosystemy i uznali, że zdrowe środowisko to zdrowa społeczność, to społeczność silnych kobiet. Zmiany klimatyczne nie znają granic. Bogactwo znaczy niewiele w obliczu tsunami. Myślę więc, że to właśnie takie momenty wzruszeń doprowadzą nas do globalnej świadomości, jakiej nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Ale nie sądzę, żeby to się odbyło bezkosztowo. A już widzimy te koszty. Zmień się albo giń – jak to mówią.
Zobaczyłem, że sztuka nie jest czymś peryferyjnym, piękno nie jest czymś opcjonalnym, ale strategią przetrwania.
Fredericksen: Doceniam tytuł Twojej książki „Finding Beauty in a Broken World” i fragmentaryczne idee, które łączysz, budując mozaikę słów, które tworzą szerszą historię. Ale jak udaje nam się zrealizować to, co oferuje ten tytuł, skoro w książce jest tyle fragmentów tragedii i zniszczeń?
Williams: Odnajdywanie piękna w zepsutym świecie to tworzenie piękna w świecie, który znajdujemy. Dla mnie, odnajdujemy to piękno poprzez relacje, z ludźmi w miejscu, z innymi gatunkami. Integralność to słowo, które przychodzi mi na myśl. Integralność i obecność.
Mój przyjaciel powiedział mi niedawno: „Terry, jesteś żonaty ze smutkiem”. Spojrzałem na niego i powiedziałem: „Nie, nie jestem żonaty ze smutkiem, po prostu nie odwracam wzroku”. Nie odwracać wzroku od cierpienia to zaufać mocy obecności. Radość wyłania się z cierpienia. Cierpienie jest składnikiem radości. Niezależnie od tego, czy siedzimy przy umierającej bliskiej osobie, czy obserwujemy delfiny, stojące obok siebie i obserwujące płonącą ropę w Zatoce Meksykańskiej, bycie obecnym ze światem oznacza bycie żywym. Znów myślę o Rilkem: „Piękno jest początkiem grozy”. Możemy oddychać, by nabrać odwagi.
Kiedy pracowaliśmy w wiosce Rugerero z rwandyjskimi kobietami, które straciły wszystko na wojnie, dostrzegłam, jak w ich oczach powraca blask, gdy ich dzieci zaczęły chwytać za pędzle i malować ściany ich domów. Zapanowała radość. Kreatywność rozpaliła iskrę. W tym momencie zrozumiałam, że sztuka nie jest czymś peryferyjnym, piękno nie jest opcjonalne, ale strategią przetrwania.
W Rwandzie USAID mówiło: „Jak można odważyć się malować wioskę, kiedy ludzie są głodni?”. Ale piękno zaspokaja inny rodzaj głodu. A skoro na świecie, który stworzyliśmy, jest tyle brzydoty, myślę, że to niezwykle ważne, aby – czy to zatrzymując się w ogrodzie z łopatą w dłoni, czy idąc do Delicate Arch w Parku Narodowym Arches, czy chwytając za pędzel z dziećmi – nasza dusza uchwyciła piękno i się podtrzymała.
Odkrywanie piękna w zepsutym świecie to uznanie, że piękno prowadzi nas do naszego najgłębszego i najwyższego „ja”. Inspiruje nas. Mamy wrodzone pragnienie łaski. Nie chodzi o to, że wszystkie nasze definicje piękna są takie same, ale kiedy widzisz konkretną czaplę w zakolu rzeki, dzień po dniu, coś w twojej duszy się porusza. Przypominamy sobie, co to znaczy być człowiekiem.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
2 PAST RESPONSES
Terry Tempest Williams is to me an inspiration to all
women who feel as she does. She could inspire many women if her word just got
out. She mentions in this article about the news media and not getting the information
about places like Rhonda, the Nevada
Test Site, the Gulf of Mexico
and the list could go on and on. This is typical Main
Street Media in action. Perhaps
she should look at Democracy Now to get some good and useful information. I did
not know this woman until I got this Daily Good and read about her in Wikipedia. As Wik[edia points out: Her work ranges from
issues of ecology and wilderness preservation, to women's health, to exploring
our relationship to culture and nature. I can only hope that a number of people
read this article. I can only hope that her endeavors bring about some of the
changes we need in this society.
Amazing conversation. I am also aware of how many of us, who are marginalized for a variety of reasons and by a variety of people are at risk when we use our voices to speak our truth, our passion and in doing so become vulnerable.