Dowiedziałem się w ciągu ostatnich kilku lat, poświęcając temu trochę czasu, [że] pierwotnie słowo „sage” było czasownikiem, a nie rzeczownikiem, i oznaczało „smakować”, a nie „wiedzieć”. Kiedy więc potrafimy wejść w tę relację, tę rozmowę z byciem żywym, prowadzi nas ona do smaku, do ucieleśnienia, do stanu poznania, a nie gromadzenia wiedzy. A to prowadzi nas do mądrości.
TS: Uwielbiam to. Szałwia to akt smakowania.
MN: Fascynujące jest również to, że wczesne użycie słowa „sage”, pierwsze użycie, gdy stało się ono rzeczownikiem, pojawiło się w kulturze hinduskiej, chińskiej i greckiej. Co ciekawe, siedmiu mędrców w kulturach hinduskich to poeci wedyjscy. Są anonimowi. Nie wymieniono ich z imienia. To ci, którzy potrafili słuchać i wychwalać hymny wszechświata.
Dopiero w czasach greckich Sokrates jako pierwszy nadał ludziom miano mędrców. Wymienił siedmiu greckich mędrców. Gdy tylko to zrobił, wszyscy zaczęli się kłócić: „Dlaczego siedmiu? Czemu nie dziesięciu? A Harry'ego pominąłeś!” [ Śmiech ] I co się stało? Wszyscy przestali próbować i zaczęli się spierać o to, kto był najlepszym degustatorem mądrości. I oddaliliśmy się od bezpośredniego doświadczenia. Oddaliliśmy się od wykwintnego ryzyka.
TS: Marku, nie będę ukrywał niczego i zadam ci pytanie, które wydaje mi się nieco ryzykowne, związane z twoją chorobą nowotworową. Ciekawi mnie… wiesz, ludzie często mówią coś w stylu: „No cóż, ta osoba dała radę, ponieważ zmieniła tę część swojego systemu wierzeń i dlatego przeżyła tę straszną chorobę, której nie powinna była przeżyć”. Ciekawi mnie, co sądzisz o tym, że wyzdrowiałeś? Czy uważasz, że to dzięki tym wielkim duchowym odkryciom? Czy uważasz, że po prostu miałeś szczęście? Przypadek? Co o tym sądzisz?
MN: Cóż, tak, i dziękuję za zadanie pytania, które chętnie omówię. Wiesz, to była dla mnie bardzo głęboka podróż i to właśnie ona mnie doprowadziła – [to była] brama do całej mojej pracy w ciągu ostatnich 24 lat. Mam 60 lat. Miałam 36 lat, kiedy przez to przeszłam. To był trzyletni okres intensywnej chemioterapii i operacji.
Wiesz, głęboko to czuję – zostałem wychowany jako Żyd i wyruszyłem w tę podróż i byłem błogosławiony, że każdy, kogo spotkałem, był na tyle uprzejmy, by mi coś zaoferować. Modlili się za mnie sufi, których nigdy wcześniej nie spotkałem. Miałem brata, który próbował opracować dietę makrobiotyczną, co było okropne, ale ja to zrobiłem. Smakowało okropnie. I miałem nawet przyjaciela, który był księdzem i chciał położyć na mnie ręce. Nagle odkryłem, wiesz co, że te rzeczy nie wymagają rozmowy ani myślenia. Powiedziałem mu: „Kiedy, gdzie i ile razy chciałbyś to zrobić? Dziękuję”. Nie musiałem rozeznawać: „Cóż, jestem Żydem, a on jest księdzem. Czy mam pozwolić mu położyć ręce na mojej głowie?”
Przybywszy więc, będąc błogosławionym, że wciąż tu jestem – będąc niejako wyrzuconym, niczym Jonasz, z paszczy wieloryba, dwie rzeczy stały się dla mnie jasne. Bardzo jasne. Po pierwsze, nie jestem wystarczająco mądry, po tej stronie, by wiedzieć, co działa. Od tego momentu stanęłam przed wyzwaniem, by wierzyć we wszystko. A moim wyzwaniem, i właśnie dlatego zgłębiam wszystkie tradycje duchowe, jest znalezienie punktu, w którym wszystkie spotykają się pośrodku. Jaki jest wspólny rdzeń, z którego wszystkie one rezonują i jak manifestują tak wiele różnych, pięknych sposobów, spośród których ludzie mogą dokonywać wyboru.
Po moim pobycie tutaj nieustannie spotykałam ludzi, którzy podchodzili do mnie i zadawali bardzo podobne pytania, ale z ukrytym zamiarem. Wszyscy, gdy zachorowałam, chcieli zrzucić winę na swoje częściowe rozumienie choroby. „To to, co jadłaś. To samochód, którym jeździłaś. To twoja seksualność. To twój brak seksualności. To twój upór. To twój brak woli”. A kiedy zostałam pobłogosławiona wyzdrowieniem, tak wielu ludzi, których spotkałam, chciało, abym potwierdziła ich częściowe rozumienie dobrego samopoczucia. „Och, to była kwestia umysłu nad materią” – powiedziała osoba, która nie wierzy w Boga. „Och, to Jezus”. „Nie, to Mojżesz”. „Nie, to były wszystkie warzywa”. „To były witaminy”. „To była twoja wola życia”. „To była twoja wola poddania się”. Znów, wiecie, nie jestem wystarczająco mądra, żeby to wiedzieć. To zaprowadziło mnie do jedności i pełni życia.
Posłużmy się analogią wiosny. Wiecie, istnieją tysiące różnych owadów, z których każdy został przez naturę zaprojektowany tak, by przyciągać inny nektar, i każdy z nich niesie ze sobą określony pyłek i zapyla określoną roślinę. I nie powtarzają się, lecz razem przynoszą ten cud, który nazywamy „wiosną”. Dlaczego [nie możemy zrobić tego samego] na duchowych ścieżkach, na które otwierają się ludzie? Jest tak wiele różnych ścieżek, ponieważ każdy z nas rodzi się z pociągiem do jednego sposobu, który zapyli naszego ducha. I nikt nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego. Zatem ludzka duchowa koncepcja wiosny daje nam równie wiele możliwości.
TS: Powiedziałeś więc, że doszedłeś do dwóch wniosków: po pierwsze, nie byłeś wystarczająco mądry, żeby wiedzieć, jakie czynniki wpływają na sytuację, więc z zadowoleniem przyjąłeś wszystkie te różne podejścia, co bardzo doceniam. Ale jaki jest drugi wniosek?
MN: Drugim jest to, że obudziłem się po drugiej stronie tej podróży, niemal umierając, i to bez własnej mądrości – wiesz, wszedłem w to po trzydziestce, wierząc w twardy pogląd na świat, ale wciąż byłem bardzo zapatrzony w siebie. Obudziłem się i żyłem niżej. Nagle byłem w swojej klatce piersiowej.
Obraz, który lubię używać, to wczesna wiosna, marzec lub kwiecień, kiedy śnieg topnieje w ziemi. To tak, jakby moje rozumienie życia wtopiło się z głowy w ziemię i od tego momentu to umysł służył sercu, a nie odwrotnie. To pomogło mi we wszystkim, co badałam i odkrywałam, i w życiu bliżej w mojej własnej podróży, z tym niezwykłym ryzykiem.
TS: To piękne. Masz takie powiedzenie, ciekawe, czy mógłbyś je dla nas rozwinąć: „serce początkującego”?
MN: Tak. Cóż, często wiemy i myślę, że słyszeliśmy o „umyśle początkującego” w sensie porzucenia wszystkiego, co znamy. Miłość lub wielkie cierpienie często nas do tego skłaniają. Następnie praktyka duchowa zachęca nas do tego, bez miłości ani cierpienia jako katalizatora. Do porzucenia tego, co wiemy, aby móc spojrzeć na życie na nowo, tak jakbyśmy dopiero co przybyli. Cóż, umysł początkującego pomaga nam na nowo pojąć życie. Ale serce początkującego, jak sądzę, pomaga nam na nowo ucieleśnić życie. Pomaga nam przestać się przyglądać i wejść w to, co przed nami.
Może to wiesz, ale byłem na Uniwersytecie Naropa kilka razy na przestrzeni lat i zawsze mnie interesowało, dlaczego uniwersytet nosi nazwę Naropa. W końcu znalazłem tam wykładowcę, który mógł mi to opowiedzieć i uwielbiam tę historię. Naropa (i prawdopodobnie o tym wiesz) w XI wieku był znanym uczonym, kimś w rodzaju Houstona Smitha z XI-wiecznych Indii. Znał każdy niuans praktyki duchowej, różnych sekt i tradycji. Pewnego dnia szedł ulicą, gdy staruszka przeszła mu przez drogę, zatrzymała się, wskazała na niego palcem i zapytała: „Czy jesteś Naropą?”. Nadął się, gotowy dać autograf i powiedział: „Ależ tak”. Spojrzała na niego, wskazała palcem i zapytała: „Czy znasz sedno wszystkich tych ścieżek?”. Poczuł się nieco urażony i zaskoczony, więc powiedział: „Oczywiście, że tak!”. Potem odszedł kawałek, ale oczywiście wiedział, że skłamał. Więc pobiegł z powrotem przed nią, uklęknął przed nią i powiedział: „Bądź moim nauczycielem”.
Naropa reprezentuje ucieleśnioną mądrość. Serce początkującego prowadzi nas, przywraca nas poprzez wykwintne ryzyko, poprzez nic nieukrywane, poprzez wysiłek i wdzięk, przywraca nas każdego dnia, jeśli zajdzie taka potrzeba, do żywotności i świeżości tego, czym jest bycie tutaj. Jesteśmy jedynymi istotami. Z pewnością możemy zbłądzić i możemy zostać zamknięci w kokonie, który sami stworzyliśmy, ale jesteśmy jedynymi istotami, które potrafią zrzucić ten kokon więcej niż raz w życiu.
TS: Kiedy mówisz, że możemy zrzucić kokon, opowiedz mi więcej o tym, co masz na myśli i w jaki sposób jesteśmy jedynymi stworzeniami, które potrafią to zrobić.
MN: No cóż, bo wiesz, jesteśmy – w życiu motyla kokon to jeden z etapów jego życia. Wysiaduje się. Formuje się. Wyrywa się z tego kokonu i staje się motylem. My, jako istoty ludzkie, jako istoty duchowe zamknięte w ciele żyjącym na ziemi, przechodzimy przez wiele wcieleń w ciągu jednego życia. Przechodzimy przez wiele komórek, jeśli – jeśli – odważymy się rozwijać, jeśli podejmiemy ryzyko, które przed nami stoi. Jeśli, kiedy cierpimy, nie jesteśmy tylko złamani, ale złamani. Jeśli, kiedy kochamy, jesteśmy kochani i kochamy ponad poczuciem siebie, tracimy siebie w dobry sposób.
Mamy możliwość przeżycia wielu żyć w jednym życiu. Tak więc idea lub obraz motyla jest taki, że więcej niż raz w życiu mamy kokon. Przebijamy się przez niego po tym, jak się uformujemy. Latamy, a potem zmartwychwstajemy. Ponownie przechodzimy przez ten proces. Nie jestem tym samym – choć jestem tą samą duszą – sobą, co pięć lat temu, nie mówiąc już o 10 latach temu, nie mówiąc już o 20, nie mówiąc już o tym, zanim zachorowałem na raka. Rozpoznaję tych ludzi jako etapy mojej drogi. A to, co często robimy w naszej kulturze w imię gry oskarżeń, to to, że aby mieć pewność co do tego, kim jesteśmy teraz, często musimy udawać, że byliśmy wcześniej. A to nie pomaga.
Kokon dla motyla, gdy już się z niego wylęgł, nie był fałszywy – po prostu spełnił swoje zadanie. Więc to, kim byłem dziesięć lat temu, mimo że potrafię dostrzec kilka żenujących momentów, nie oznacza, że byłem fałszywy. Byłem prawdziwy, na ile potrafiłem. I ograniczony. A teraz dojrzałem, jestem prawdziwszy i mam mniej ograniczeń. Ale to, kim będę, mam nadzieję, za pięć lat, będzie mniej ograniczone niż teraz.
TS: Wiesz, Marku, ciekawi mnie jedna rzecz, bo widzę to w życiu bliskich mi osób. Jedną z rzeczy, które powstrzymują ludzi przed przebiciem się przez ten kokon i wejściem w nowy etap życia, jest obawa przed „pozostawieniem kogoś w tyle”. Opuszczeniem kogoś z pewnego okresu życia, gdy dorastasz i się zmieniasz. I w kontekście nieukrywania niczego, zastanawiam się, co możesz o tym powiedzieć.
MN: Cóż, myślę, że poruszasz bardzo poruszający i trudny aspekt dorastania, który, wiesz, archetypowo występuje we wszystkich historiach wielkich nauczycieli duchowych. Budda [w Siddharcie] – pomijamy tę część historii, ponieważ po jego odejściu dzieje się tak wiele niesamowitych rzeczy, ale wiesz, był przygotowywany do zostania królem. Był księciem. I musiał porzucić życie, jakie znał, i zacząć żyć na własną rękę.
Często, gdy ubóstwiamy tych ludzi z przeszłości, myślę, że pomijamy intensywną ludzką naturę i lekcje [doświadczenia], że prawdopodobnie nie było to łatwe, że było trudne. Dla mnie to jest właśnie bardzo trudne, a wszyscy mamy relacje i przyjaźnie i rozwijamy się w różnych kierunkach. Myślę, że uszanowanie prawdy o tym, kim jesteśmy i kim się stajemy, jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, z którymi musimy się zmierzyć.
Ale jeśli wyobrazisz sobie te relacje – gdybyś wrzucił dwie łodzie wiosłowe do oceanu i nie byłyby ze sobą połączone, lecz po prostu pozostawione tam, a ty wróciłbyś następnego dnia – nie spodziewałbyś się, że będą dokładnie w tym samym miejscu. Gdybyś wrócił za miesiąc, mogłyby nawet nie być blisko siebie. Gdybyś wrócił za rok, mogłyby nawet nie być dla siebie widoczne. Istnieje więc ten bardzo niepewny nurt życia, nad którym nie mamy kontroli. I to jest, znowu, paradoks. Wierzę, że istnieje wysiłek i zaangażowanie, lojalność, oddanie i poświęcenie wobec ludzi, z którymi podróżujemy. Ale są chwile w życiu każdego, kiedy w najgorszym przypadku to, kim jesteśmy, jest hamowane przez upór lub strach przed kimś bliskim. A w najlepszym przypadku to, kim jesteśmy, polega na tym, że dorastamy do tego, kim jesteśmy, i jedno z nas staje się stworzeniem lądowym, a drugie płazem lub stworzeniem wodnym. Nie możemy tak naprawdę żyć blisko siebie, choć możemy nadal się kochać.
Tak czy inaczej, to trudne momenty. Myślę o mojej własnej podróży z rakiem i o wielu osobach z tamtego okresu, które pomogły mi żyć tym, kim już nie jestem – tak naprawdę nie jesteśmy już w swoim życiu, ponieważ rozwijaliśmy się w różnych kierunkach. To nie znaczy, że nie ma ich w moim sercu. To nie znaczy, że nie wiem, kiedy mają urodziny, albo że nie pójdę na koncert jazzowy i nie będę wiedziała, że by się im spodobał, bo kochają tę osobę. I nie poczuję tego bólu lub tego pociągu. Ale myślę, że naszym obowiązkiem (a potem pozwólcie, że opowiem wam historię o tym, jak tego nie zrobiliśmy) jest być tak wiernym życiu, z którym się rodzimy, jak to tylko możliwe, i wspierać je w innych, i być tak prawdomównym, jak to tylko możliwe, gdy się zderzają, a nawet wypierają.
Historia jest taka – to historia z Nowych Hebrydów w kulturze polinezyjskiej – i opowiada o tym, jak ludzie utracili zdolność do nieśmiertelności. We wczesnych kulturach tubylczych wierzono, że tym, co dawało ludziom zdolność do nieśmiertelności, była możliwość zrzucania skóry. A kiedy przestawali zrzucać skórę, tracili tę zdolność. Tak więc historia jest taka, że w tej kulturze Alta Maremma (co dosłownie oznacza „zmieniona skóra świata”), matriarchalna matka tego plemienia, poszła nad rzekę, aby zrzucić skórę, jak czyniła to wiele razy. A kiedy zrzuciła skórę i poczuła świeżość nowej skóry, spojrzała przez ramię i zobaczyła, że jej stara skóra zaczepiła się o gałąź na kawałku drewna dryfującego. W tamtej chwili nic sobie z tego nie robiła i wróciła do swojej wioski, gdzie zobaczyła ją nastoletnia córka i przestraszyła się, ponieważ nie rozpoznała swojej matki, która wyglądała na niewiele starszą od niej.
Pocieszyła swoją [córkę], mówiąc: „Tak, to wciąż ja”. Jej matka powiedziała: „Patrz, to wciąż ja”. A córka poczuła odrazę, była zła. Alta Maremma, aby ukoić i ukoić strach i niepokój córki, wróciła nad rzekę, odnalazła swoją starą skórę i założyła ją z powrotem. A na Nowych Hebrydach mówi się, że od tego dnia ludzie utracili zdolność do nieśmiertelności, co rozumiem nie jako „życie wieczne”, ale „życie jak najbliżej życia w każdej chwili”.
To wspaniała, starożytna historia, ponieważ, jak wszystkie archetypy, pokazuje, że wszyscy mierzymy się z tym niemal codziennie. „Czy założę starą skórę, aby uniknąć konfliktu z ukochaną osobą? Czy założę starą skórę i uchronię swoją świeżą witalność przed kontaktem z powietrzem, ponieważ chcę ukoić jej lęk, zamiast pomóc jej przezwyciężyć jego lęk?”. Nie ma na to odpowiedzi, ale poruszasz bardzo poruszające, trudne pytanie. To część praktyki bycia człowiekiem i dlatego musimy porównywać się i pomagać sobie nawzajem, ponieważ każde pokolenie, każde życie uczy się czegoś nowego o tym, jak to robić.
TS: Marku, czuję, że mógłbym z tobą rozmawiać długo. Mam wrażenie, że rozmowa z tobą jest trochę jak siedzenie przy pięknym kominku, pięknym palenisku.
A teraz, Marku, chciałbym zadać ci jeszcze dwa pytania. To pierwsze jest dość osobiste. Przeczytałem twój cytat: „Oboje rodzimy się z darem i pustką”. Jestem ciekaw, jestem pewien, że zastanawiałeś się w swoim życiu nad tym, co uważasz za swój dar, a co za pustkę?
MN: Dziękuję. Pozwól, że powiem na chwilę, że to, co tam przeczytałeś, to coś, co ostatnio zgłębiam, a mianowicie, że każdy z nas rodzi się z darem i pustką i często próbujemy odepchnąć tę pustkę. Próbujemy ją odepchnąć i skupiamy się tylko na darze, kiedy myślę, że jednym z naszych powołań w życiu jest dialog tych dwóch aspektów naszej duszy. Wyobraź sobie więc wykopany w ziemi dół. Jeśli nie włożysz w niego światła swojego daru, nie dostrzeżesz głębi, jaką odsłania pustka.
Zanim przejdę do omówienia mojego daru i pustki, którą, jak sądzę, znam przynajmniej do tej pory, pozwólcie mi powiedzieć, że natura pustki, której zapewne jesteście świadomi, ma tu dwojaki charakter. Istnieje głęboka pustka, która nie jest pusta, o której mówią wszystkie tradycje. Szczególnie hinduska i buddyjska. Ciche centrum. Centrum, które wszystko zawiera. Cisza, która jest sercem ciszy. Nagość, jeśli wolicie. Bycie rzeczy, w którym zawsze jesteśmy trzymani, jeśli tylko potrafimy uciszyć cały hałas. To jest ta wielka pustka, która nie jest pusta. Istnieje psychologiczna pustka, z którą wszyscy się zmagamy, dotycząca naszej własnej wartości, naszego wkładu, naszego znaczenia. I te dwa są bardzo blisko siebie. Często, gdy stajemy twarzą w twarz z naszą psychologiczną pustką, dno się rozpada, co z tej pozycji wydaje nam się straszne. Ale potem spada w tę nagość, która nas trzyma.
Myślę więc, że moja pustka, z którą się zmagam, pochodzi [z tego:] od najmłodszych lat — dorastając w rodzinie, która była dość krytyczna i pełna gniewu, a także w rodzinie, która wspierała mój dar, ale także sprawiła, że poczułem tę pustkę (i ja ją w sobie pielęgnowałem) — to mój błysk z dojrzałej osoby, która podróżowała po Ziemi przez 60 lat, do małego chłopca w ciele mężczyzny, niepewnego, co robić dalej. Myślę więc, że moja pustka to ślad lub psychologiczny odruch, który z pewnością zmniejszył się na przestrzeni lat, ale nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek się jej pozbyli. Tak jak nie osiągamy trwałego stanu oświecenia, nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek pozbyli się tych rzeczy. Myślę, że one uczą. Mają odpowiedni rozmiar. Kiedy wpadam w tę przestrzeń małego chłopca, czuję to szybciej. Mogę z niej wyjść w krótszym czasie niż 10 lat temu. Mogę być osobą, którą jestem — jest we mnie, a nie ja w niej.
Moim darem jest patrzenie na świat przez pryzmat serca. I z pewnością, jak u każdego, dostrzegasz związek między moim darem a moją pustką. To bardzo ważne, ponieważ jeśli tkwię w mojej dziecięcej psychologicznej pustce, jedyne, co widzę przez serce, to mój strach i niepewność. Nie widzę wszystkiego innego. Dlatego mój dar pomaga mi przekształcić moją pustkę w większą nagość bytu. Teraz możesz zastąpić te szczegóły swoimi, a każdy, kto słucha, może [zrobić to samo]. Ale nie eliminujemy tych rzeczy. Budujemy z nimi relacje i to jest sedno bycia tutaj. To sedno bycia czujnym, niczego nie ukrywania i praktykowania bycia człowiekiem.
TS: A Marku, na zakończenie naszej rozmowy, jeśli byś chciał, chciałbym, żebyś podzielił się z nami fragmentami swojej poezji, które przychodzą ci na myśl i które mogłyby uświetnić naszą rozmowę.
MN: Jasne, i właściwie to jest niesamowite, bo teraz mam przerwę od pisania, która trwa już kilka miesięcy, ale w zeszłym tygodniu napisałam wiersz zatytułowany „Pusty naszyjnik”. Pozwólcie, że się nim podzielę.
TS: Idealnie!
MN: Pusty naszyjnik
Każdy z nas ma jeden, stworzony przez całe życie
pustych chwil pomiędzy, kiedy
wszystko jest nieruchome i kompletne, każde jest
przezroczysty koralik nawleczony na niewidoczny łańcuszek
naszego doświadczenia.
Myślę o długiej ciszy po
rozmawialiśmy miesiącami o tym, co to jest
lubię żyć.
Albo w zimie, kiedy pada śnieg
sosny skrzypiały i kołysały się
sto stóp w górę, jak oko
ziemia lekko się rozstępuje.
Albo wczesną jesienią, kiedy
szczypaliśmy garnek na słońcu
a nasz pies żuł patyk
i zaczęłam płakać.
I moment, w którym obudziłem się po operacji
za wcześnie i moja dusza musiała podjąć decyzję
w którą stronę płynąć.
A czasami, gdy wiatr wieje
Następne zadanie, które mam w głowie, to
wróciłem do chwili, zanim
urodził się: unosząc się z krótkim poczuciem
ze wszystkiego, co istnieje, tak jak mnie wprowadzono
do świata z naszą potrzebą
znajdź to uczucie między nami.
TS: Dziękuję, Marku, za bardzo intymną, piękną i wzruszającą rozmowę. Dziękuję bardzo.
MN: Och, proszę bardzo. Dla mnie też to była radość. Myślę, że moglibyśmy rozmawiać godzinami.
TS: To prawda.
Rozmawiałem z Markiem Nepo. Stworzył on dla Sounds True nowy, ośmiosesyjny program do nauki w formie audio, zatytułowany „Staying Awake: The Ordinary Art”, pełen poezji, opowieści, nauk i metafor – po prostu przepiękny! Jest też dwusesyjny program do nauki w formie audio, zatytułowany „Holding Nothing Back: The Essentials for an Authentic Life”.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
4 PAST RESPONSES
Good to read this post https://www.hiretablets.ae/
Thank you Mark Nepo for such exquisite writing and stories about being
fully present, taking exquisite risk, and the opening of our minds and
hearts in not limiting our journey by being too attached to any one goal
or plan. I am saving this interview to re-read as there are so many
gems contained within! Hugs from my heart to yours, Kristin
"We trip on the garbage."
It's all for a reason, the stones and the garbage. Maybe the point is to learn from everything. And if that is the point, it's all for a reason.
Thank you, Mark Nepo.
I love that I get what I need at any given time. And this interview is in perfect timing. I look forward to reading/listening to more of Mark's teachings. It opens my mind/heart to a deeper understanding and also confirms how my heart mind has been forming. I believe we are all striving to journey into a deeper understanding of our woundedness and healing and way of Being. Thank you.