Back to Stories

Dar obecności I niebezpieczeństwa związane Z radą

Kiedy moja matka trafiła do domu opieki, niedługo przed śmiercią, powiedziano mi i mojej żonie, że za niewielką podwyżkę miesięcznej opłaty personel zapewni kilka dodatkowych usług, aby poprawić jej jakość życia. Zapłaciliśmy z radością, wdzięczni, że mogliśmy sobie na to pozwolić.

Teraz, mając ponad siedemdziesiąt lat, moja żona i ja nie mamy pilnej potrzeby korzystania z opieki wspomaganej ani pielęgniarskiej. Jednak dom, w którym mieszkamy, jest z definicji dwuosobową placówką mieszkalną dla osób starszych. Tutaj, w miejscu, które czule nazywamy Domem, nie jest niczym niezwykłym, gdy jedno z nas próbuje „poprawić” jakość życia drugiego, oferując „dodatkowe usługi”. Niestety, usługi te często przybierają formę porad.

Kilka lat temu moja żona dała mi radę, która wydała mi się — jak to powiedzieć? — zbędna. Przypominając sobie nasze doświadczenia z moją matką, powiedziałem: „Czy mógłbym zapłacić trochę mniej w tym miesiącu?”. Do dziś ta kwestia daje nam szansę na śmiech zamiast stawania w obronie, gdy jedno z nas próbuje, jak oboje robimy to od czasu do czasu, udzielić drugiemu nieproszonej i niechcianej „pomocy”.

Udzielanie porad przychodzi naszemu gatunkowi naturalnie i jest przeważnie robione z dobrymi intencjami. Ale z mojego doświadczenia wynika, że ​​motorem wielu porad jest tyle samo interesu własnego, co zainteresowania potrzebami innych — a niektóre porady mogą skończyć się na wyrządzeniu większej szkody niż pożytku.

W zeszłym tygodniu zadzwonił do mnie mężczyzna, u którego niedawno zdiagnozowano raka w stadium terminalnym. Wysłał e-mailem swoje złe wieści kilku członkom rodziny i przyjaciołom, z których jeden od razu przyszedł. „Jak się czujesz?” – zapytał jego przyjaciel. „Cóż, jak powiedziałem w e-mailu, czuję się niesamowicie spokojny z tym wszystkim. Nie martwię się tym, co mnie czeka”.

Przyjaciel odpowiedział: „Słuchaj, musisz zasięgnąć drugiej opinii. Jednocześnie powinieneś zacząć zgłębiać medycynę komplementarną. Powinieneś również zapisać się na program medytacji, a ja znam dobrą książkę, która może cię naprowadzić na tę ścieżkę”.

Zapytałem mojego rozmówcę, jak ta odpowiedź wpłynęła na jego samopoczucie. „Jestem pewien, że mój przyjaciel miał dobre intencje” – powiedział – „ale jego rada nie dawała mi spokoju”.

Powiedziałem mu, że czułbym się tak samo i przedstawiłem ten obraz: Wyobraź sobie, że potrzebuję wsparcia w poważnym problemie, kiedy pojawia się facet z zaawansowanym certyfikatem CPR. Jest tak chętny, aby pokazać swoje umiejętności, że nie jest w stanie usłyszeć mojej prawdziwej potrzeby. Zamiast tego zaczyna wykonywać uciski klatki piersiowej i „oddechy ratunkowe”, mimo że jestem w stanie oddychać samodzielnie. Teraz mam kolejny duży problem, próbując odeprzeć „pomocnika”, który mnie dusi.

Zapytałem mojego rozmówcę, jak by się czuł, gdyby jego przyjaciel po prostu powiedział: „Jak wspaniale, że jesteś w pokoju! Powiedz mi więcej”. „To byłoby cudowne”, odpowiedział. „Ale każdy, z kim rozmawiałem, miał dla mnie radę, w tym krewny, który powiedział, że muszę dołączyć do jej kościoła, zanim będzie za późno”.

Zapytałem, jak się ostatnio czuje — powiedział, że się boi. „Chcesz porozmawiać o swoim strachu?” — zapytałem. Mówił, podczas gdy ja słuchałem i zadawałem mu jeszcze kilka pytań. Kiedy skończyliśmy, powiedział mi, że powróciła mu pewna miara spokoju. Był to spokój, który pochodził z jego wnętrza, a nie z tego, co powiedziałem. Po prostu pomogłem mu oczyścić gruzy, które blokowały mu dostęp do jego własnej duszy.

Moje obawy dotyczące porad zaczęły się od mojego pierwszego doświadczenia klinicznej depresji trzydzieści pięć lat temu. Ludzie, którzy próbowali mnie wesprzeć, mieli dobre intencje. Ale w większości przypadków to, co robili, sprawiało, że czułem się jeszcze bardziej przygnębiony.

Niektórzy poszli na kurację naturą: „Dlaczego nie wyjdziesz na zewnątrz i nie nacieszysz się słońcem i świeżym powietrzem? Wszystko kwitnie i jest taki piękny dzień!” Kiedy jesteś przygnębiony, wiesz intelektualnie, że jest pięknie na zewnątrz. Ale nie możesz poczuć odrobiny tego piękna, ponieważ twoje uczucia są martwe — a przypomnienie sobie tej luki jest przygnębiające.

Inni potencjalni pomocnicy próbowali poprawić mój obraz siebie: „Czemu jesteś taki przygnębiony? Pomogłeś tylu ludziom”. Ale kiedy jesteś przygnębiony, jedynym głosem, który słyszysz, jest ten, który mówi ci, że jesteś nic niewartym oszustem. Te komplementy pogłębiły moją depresję, sprawiając, że czułem, że oszukałem kolejną osobę: „Gdyby wiedział, jakim jestem robakiem, nigdy więcej by się do mnie nie odezwał”.

Oto, o co chodzi. Ludzka dusza nie chce być doradzana, naprawiana ani zbawiana. Po prostu chce być obserwowana — widziana, słyszana i towarzyszona dokładnie taka, jaka jest. Kiedy składamy tak głęboki ukłon duszy cierpiącej osoby, nasz szacunek wzmacnia uzdrawiające zasoby duszy, jedyne zasoby, które mogą pomóc cierpiącemu przetrwać.

No cóż, w tym tkwi sedno sprawy. Wielu z nas, „pomocników”, jest równie lub bardziej zainteresowanych tym, by być postrzeganymi jako dobrzy pomocnicy, jak i zaspokajaniem głębokich potrzeb duszy osoby, która potrzebuje pomocy. Bycie świadkiem i towarzyszeniem wymaga czasu i cierpliwości, których często nam brakuje — zwłaszcza gdy jesteśmy w obliczu cierpienia tak bolesnego, że ledwo możemy tam być, jakbyśmy byli w niebezpieczeństwie złapania zaraźliwej choroby. Chcemy zastosować naszą „naprawę”, a potem uciekamy, myśląc, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by „uratować” drugą osobę.

Podczas mojej depresji był jeden przyjaciel, który naprawdę mi pomógł. Za moim pozwoleniem Bill przychodził do mnie do domu codziennie około 16:00, sadzał mnie w fotelu i masował mi stopy. Rzadko mówił słowo. Ale jakoś znalazł to jedno miejsce w moim ciele, w którym mogłem poczuć więź z inną osobą, łagodząc moje okropne poczucie izolacji, jednocześnie będąc cichym świadkiem mojego stanu.

Oferując mi to ciche towarzystwo przez kilka miesięcy, dzień w dzień, Bill pomógł mi uratować życie. Nie bojąc się towarzyszyć mi w cierpieniu, sprawił, że mniej bałam się siebie. Był obecny — po prostu i całkowicie obecny — w taki sam sposób, w jaki trzeba być przy łóżku umierającej osoby.

To właśnie przy takim łóżku w końcu dowiadujemy się, że nie mamy żadnego „naprawy” ani „ratunku” do zaoferowania tym, którzy cierpią głęboko. A jednak mamy coś lepszego: nasz dar z siebie w postaci osobistej obecności i uwagi, takiego, który zaprasza duszę drugiego człowieka, by się pojawiła. Jak napisała Mary Oliver :

„To jest pierwsza, najdziksza i najmądrzejsza rzecz, jaką wiem: że dusza istnieje i jest zbudowana wyłącznie z uwagi”.

Zostawiam was z dwiema radami — rażącą sprzecznością, przed którą moją jedyną obroną jest maksyma Emersona, że ​​„spójność jest zmorą małych umysłów”. (1) Nie udzielaj rad, chyba że ktoś nalega. Zamiast tego bądź w pełni obecny, słuchaj uważnie i zadawaj pytania, które dają drugiej osobie szansę na wyrażenie większej ilości jej własnej prawdy, jakakolwiek by ona nie była. (2) Jeśli otrzymujesz niechciane rady od kogoś bliskiego, uśmiechnij się i grzecznie zapytaj, czy możesz zapłacić trochę mniej w tym miesiącu.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

4 PAST RESPONSES

User avatar
Jan Doggen Jan 16, 2019

In a course I have done not so long ago, one of the tips was: "In their ears, your advice is only noise". Once you realize that, your attitude to giving advice (and getting it) changes.

User avatar
Kristin Pedemonti Jan 2, 2019

Thank you so much Parker Palmer for the reminder that presence with heartfelt listening is often all that's required. <3

User avatar
Patrick Wolfe Jan 1, 2019

What a grand way to start the new year! Whenever I encounter an offering from Parker Palmer, I know I'm in for a treat. I love the Mary Oliver quotation as well as the words that precede it. Thank you.

User avatar
Virginia Reeves Jan 1, 2019

Mr. Palmer - interesting way to remind us that there are times our advice is not appreciated or needed. Well stated in this post. I like the concept of paying less when someone begins to 'share'.