„Po prostu to wiemy, jesteśmy sobą... bez ofiar ani bohaterów... po prostu tak”
Jolanda van den Berg przeciwstawia się konwencjonalnym etykietom, jakie oferuje nam świat. Przez ostatnie ćwierćwiecze jej praca dotykała i zmieniała życie tysięcy dzieci w Peru, które znalazły się w niebezpieczeństwie. Stworzyła serię butikowych hoteli i oferuje prywatne sesje 1:1 z ludźmi zmagającymi się z różnymi wyzwaniami życiowymi. Według niektórych definicji tę matkę dwójki dzieci można by nazwać filantropką, przedsiębiorczynią społeczną, coachem życiowym, a nawet mistyczką. Jednak rozległe życie Jolandy opiera się redukcyjnym tytułom. Żadna zgrabna etykieta nie byłaby w stanie oddać falującej jakości jej współczucia, jej czystego geniuszu w dziedzinie gościnności ani zapierającego dech w piersiach artystycznego talentu — nie mówiąc już o głębi jej zrozumienia „bytowości” życia. Być może najprostszym sposobem na uchwycenie ducha jej podróży jest powiedzenie, że jest kobietą, która nigdy nie pozwoliła, aby nieprawdopodobne stanęło na drodze podążania za nakazami jej serca.
W 1995 roku trzydziestoletnia Holenderka, van den berg, poleciała do Peru, aby zobaczyć różowe delfiny Amazonki. Utknąwszy w Cuzco (starożytnej stolicy imperium Inków), wkrótce została oczarowana dziećmi turlającymi się po ulicach. Dzieci w podartych ubraniach i błyszczących oczach, zarabiające na życie — lub próbujące zarabiać — jako robotnicy niosący ciężkie ładunki, sprzedający pocztówki lub czyszczący buty. Jolanda kupiła więcej pocztówek, niż miała dla nich ziemskiego użytku, i odkryła, że dwa razy dziennie czyści jej buty. Pewnego wczesnego ranka poszła na mszę do katedry na Plaze de Armas. W kościele było zimno, ale duchowa energia w atmosferze była namacalna. Przez prawie godzinę nie odezwała się. Kiedy przerwała ciszę, jej pierwsze słowa do towarzysza brzmiały: „Zrobię coś dla tych dzieci”.
Po pływaniu z delfinami w Iquitos Jolanda wróciła do pracy w Holandii. Sześć miesięcy później wróciła do Cusco — po tym, jak rzuciła pracę i sprzedała swoje rzeczy. Nie miała konkretnego planu, mało pieniędzy i nie mówiła po hiszpańsku. Ale jej determinacja była jasna — jeśli mogła pomóc choćby jednemu dziecku, to wystarczyło. Wynajęła pokój i w ciągu kilku miesięcy adoptowała dwóch chłopców z ulicy. Dwóch urosło do czterech i wkrótce miała pod opieką kilkunastu chłopców. Sędzia Sądu ds. Nieletnich przyznał jej kontrolę rodzicielską do ukończenia przez nich 18 lat. Większość dzieci była w wieku przednastoletnim, najmłodsze miało trzy lata. „Jego matka siedziała w więzieniu za morderstwo ojca — w obronie własnej. Musiałam zabrać Oscara” — mówi Jolanda po prostu.

„Łatwo zauważyć, że ta blondynka z tyłu, która od 16 lat zwraca się do mnie per „mamo”, to ja.”
Dwadzieścia cztery lata później Jolanda i założona przez nią organizacja — Fundacja Ninos Unidos Peruanos — odmieniły życie tysięcy dzieci ulicy. Na początku Jolanda napisała do wszystkich swoich przyjaciół i rodziny, prosząc o skromną kwotę 5 euro miesięcznie. Ich wspólne składki pokryły koszty jej pracy, ale przedłużająca się i całkowita zależność od zewnętrznych zasobów sprawiła, że Jolanda poczuła się nieswojo. Dwa lata później, podczas wizyty w Holandii, na naleganie przyjaciela, zgodziła się spotkać z mężczyzną, który wyraził głębokie zainteresowanie dowiedzeniem się więcej o jej pracy. Podczas ich pierwszego spotkania nieznajomy zapytał o jej plany i kolejne kroki. „Chcę otworzyć hotel” — powiedziała Jolanda. „Ile pieniędzy potrzebujesz?” — to było jego następne pytanie.
Pomysł na hotel miał zaledwie dwa tygodnie. Jolanda nie myślała aż tak daleko. „100 000 dolarów”, powiedziała. „Daj mi swoje konto, a ja prześlę pieniądze”, odpowiedział. Zdziwiona Jolanda zapytała, czego chce w zamian, jasno dając do zrozumienia, że nie odda mu kontroli nad zarządem. „Chcę ci tylko dać pieniądze — powodzenia”, odpowiedział dobroczyńca. W ten nieoczekiwany sposób ziściły się warunki kolejnej fazy podróży Jolandy.
Niedługo później zakupiono piękny dom kolonialny, a po gruntownej renowacji w 1998 roku otwarto Ninos Hotel Meloc. Jego różne pokoje nazwano na cześć dzieci i udekorowano ich dziełami sztuki i historiami. Naturalny talent Jolandy jako projektantki i jej dar do gościnności sprawiły, że hotel odniósł niemal natychmiastowy sukces.
Hotel Ninos Meloc, Cusco
Dzięki zyskom z hotelu otworzyła swoją pierwszą Children's Restaurant. „Można to nazwać jadłodajnią dla ubogich” – mówi – „Ale to coś więcej. Nie chodzi tylko o serwowanie jedzenia”. Dzieci z rodzin z problemami otrzymują tu dwa posiłki dziennie, sześć dni w tygodniu, o ile uczęszczają do szkoły podstawowej. Ponadto Children's Restaurant oferuje codzienne prysznice, edukację, możliwości budowania umiejętności społecznych, regularne kontrole zdrowia, leczenie stomatologiczne i szeroki wachlarz zajęć dodatkowych, w tym koszykówkę i zajęcia z samoobrony (wiele dzieci było ofiarami przemocy i pochodzi z rodzin z przemocą). Ale najważniejszą ofertą, jaką otrzymują, jest bezwarunkowa miłość. Wszystko tutaj jest zaprojektowane tak, aby pielęgnować fizyczne, psychiczne i emocjonalne samopoczucie tych dzieci, jednocześnie niezłomnie potwierdzając ich wrodzoną godność.
Obecnie praca Jolandy rozrosła się do pięciu restauracji tylko dla dzieci, hali sportowej, dwóch bibliotek, małego kina i haciendy z końmi poza Cuzco, które łącznie obsługują ponad 600 dzieci i są wspierane przez jej trzy wysoko oceniane hotele oraz kilku stałych i jednorazowych sponsorów z całego świata. Ma 80 lokalnych pracowników na liście płac, a personel jest traktowany jak rodzina i zapewnia znaczne świadczenia. We wszystkich operacjach przeplata się etos, który głęboko uznaje fakt, że nie ma odrębnych dawców ani odbiorców. Jak to ujmuje Jolanda: „Bez ofiar, bez bohaterów. Jesteśmy sobą”. Dla niej nie są to tylko miłe sentymenty — ale doświadczenie, na które natknęła się po raz pierwszy, zupełnie niespodziewanie, pięć lat temu.
„Maribel i Yesenia”
Aby chronić prywatność innych zaangażowanych, Jolanda nie mówi publicznie o szczegółach tego, co się wydarzyło. Wystarczy powiedzieć, że bezpośrednio po traumatycznym doświadczeniu z nożem w Holandii — Jolanda zapadła w intensywny atak drżenia i szlochu, jednocześnie doświadczając bezprecedensowego poczucia, że jej świat i każde z jej istniejących przekonań rozpada się wokół niej. Wyraźnym uczuciem było doświadczenie własnej śmierci. W końcu zapadła w głęboki i przedłużony stan snu.
Kiedy się obudziła i spojrzała na swoje odbicie w lustrze, nie miała jasnego pojęcia, kim jest. Intuicyjnie ruszyła w stronę plaży. Patrząc w dół, pamięta, że nie czuła absolutnie żadnej różnicy między swoimi bosymi stopami a piaskiem. W tej chwili przypomniała sobie swoje imię, ale jednocześnie jej stare poczucie tożsamości nie było już dostępne. Wiedziała z krystalicznie czystą jasnością, że „Jolanda” jako stały, odrębny byt nigdy nie istniała. Rozglądając się wokół, każda osoba, którą widziała na plaży, wydawała się częścią jej własnej istoty. Ogarnął ją impuls, aby pobiec do każdej z nich i podzielić się swoimi objawieniami, ale powstrzymała się w porę, wiedząc, że prawie niemożliwe będzie, aby ktokolwiek zrozumiał, o czym mówi. „To było jak wygrana na loterii, ale nie było tam nikogo, kto mógłby się tym cieszyć” — mówi z błyskiem w oku.
Nastąpił pięcioletni okres wewnętrznego spokoju. Zewnętrznie kontynuowała rozwój i ewolucję pracy fundacji, nadzorowała rozbudowę hoteli i kształcenie swojego personelu. Na powierzchni życie toczyło się dokładnie tak samo jak wcześniej, ale wewnętrzny krajobraz jej świadomości przeszedł całkowitą rewolucję. Zauważyła, że unika wywiadów i trudno jej mówić ze starym przekonaniem o historii swojego życia – liniowość i ograniczenia starych narracji nie wydawały się już znaczące ani przekonujące. „To 'ja' jest tylko przemyśleniem tego, co nam się przydarza” – mówi przenikliwie – nie ma ostatecznej rzeczywistości.
Po upływie roku zaczęła dzielić się fragmentami swoich doświadczeń za pośrednictwem postów na Facebooku — były one zakodowane w postaci fragmentów przypominających haiku — „To nie jest tak, jakbym oddała swoje serce, to raczej tak, jakbym znalazła takie o milionie różnych twarzy…”. Posty były opatrzone wykwintnymi zdjęciami z jej codziennego życia w Cuzco — wschód słońca na dachach miasta, zasłony powiewające na nagłym wietrze, kwiaty polne na zboczu góry, trzy starsze kobiety w tubylczych strojach idące ulicą...
„ Ten widok trzech kobiet, ten dzisiejszy poranny, wywołał u mnie łzy w oczach. Piękne jest to, że nie potrzebuję już żadnego powodu, dla którego...”
Nie była na żadnej konkretnej ścieżce duchowej i nie miała żadnych konkretnych nauczycieli ani przewodników, do których mogłaby się odwołać. Pomyślała, że być może ktoś w sieci rozpozna doświadczenie, do którego nawiązywała, i się z nią skontaktuje. Zajęło to rok, ale w końcu ktoś wysłał jej wiadomość, potwierdzając, że wie, o czym mówi.
Przez ostatnie kilka lat setki osób siadało z nią 1:1, w tym, co ona po prostu nazywa „sesjami”, aby przepracować cierniowe, głęboko zakorzenione wyzwania życiowe. Chociaż jest przeszkolona w terapii ustawień rodzinnych, Jolanda używa zamiast tego rodzimego podejścia — obejmuje ono formę głębokiego słuchania i odzwierciedlania osobie miejsca utknięcia w jej historiach. Jolanda nie promuje ani nie reklamuje tego aspektu swojej pracy w żaden sposób — wszystko jest napędzane wyłącznie pocztą pantoflową i realizowane równolegle z jej innymi zobowiązaniami.
Peru jest jednym z krajów najbardziej dotkniętych pandemią COVID-19. Hotele Jolandy zostały obowiązkowo zamknięte na dłuższy okres blokady, ale jej hojny i nieustraszony duch nadal znajduje niezliczone sposoby, aby wyrazić gościnność potrzebującym. Kiedy rozważa niepewność przyszłości, w jej błyszczących oczach nie ma śladu strachu ani niepokoju. Jej wyjątkowa trajektoria i jej ciche, głębokie uświadomienia są pięknie streszczone w tym fragmencie jej twórczości:
Część I
Myślała, że zna sekret... od czasu, gdy była małą dziewczynką, czuła, że za każdym razem, gdy pływała pod wodą, znikała i stawała się syreną bez względu na czas i przestrzeń. Kiedy wypłynęła, mogły to być godziny lub sekundy, nie potrafiła powiedzieć ani zapamiętać. To był jej sekret przez wiele, wiele lat, przez trudne chwile w domu. Czuła, że nie może się nim z nikim podzielić - bo jak mogli uwierzyć, że zniknęła z wodą, gdy była pod wodą?
Część II
Wiele, wiele księżyców później, gdy była dorosła i nie wierzyła już w syreny, znów znalazła się na plaży. Spojrzała na swoje stopy, piasek, ludzi, morze i nagle wszystko stało się jasne... obrazy były, ale jej nie było... ona i wszystko stało się takie samo... Syrena w opowieści i opowieść w syrenie... To właśnie ona, patrzenie na siebie, przez siebie, jako siebie... bez początku, ani końca, bez granic ani słów... wszystko w jednym jako jedno... i tak dalej, i dalej, i dalej, i dalej... 
***
Dołącz do nas w tę sobotę w Awakin Call w rozmowie z Jolandą van den Berg, która jest czarująco żywa dla wszechobecnego, nieograniczonego tańca życia! Szczegóły i informacje o RSVP tutaj.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
1 PAST RESPONSES
Thank you. Jolanda's journey resonates and makes perfect sense to my heart, mind, soul & spirit.
I, too, was led to sell my small home & possessions & give away what was left so I could learn, create/facilitate a literacy project in Belize utilizing & honoring local culture. That evolved into projects in Kenya, Ghana honoring locally created projects and people with the intent to break the pity/poverty mindset & cycle.
All of this work led to my current life work: recovery from trauma for survivors of abuse, addiction, childhood trauma, domestic violence, homelessness, trafficking & war.
I'm forever grateful the universe opened the door in 2005.
Jolanda's story of the "no strings" philanthropist" & hotel model idea inspires me to keep going.
Thank you as ever for motivation, uplift.
♡