Twój telefon dzwoni w środku nocy. Kiedy na oślep sięgasz po telefon, czy boisz się, że ktoś, kogo kochasz, uległ wypadkowi? Nagle umarł?
Przez pewien czas, na początku mojego małżeństwa z Jihongiem, takie telefony często nas budziły. Telefon stał po stronie łóżka Jihonga. Podnosił słuchawkę do ucha i mamrotał oszołomione „halo”.
„Wracaj do Japonii!” krzyczał głośny męski głos, albo coś jeszcze gorszego.
Jihong się rozłączył. Wtuliliśmy się w siebie. Płacisz srogą cenę za życie „w wolności”, powiedziałem mu w myślach.
Jihong urodził się w Chinach, a nie w Japonii. Był jednym z pierwszych studentów, którym chiński rząd zezwolił na studia za granicą po rewolucji kulturalnej (1966-1976). Przybył na Uniwersytet Maryland w 1982 roku, słabo przygotowany do studiowania tam chemii. Mówił bardzo słabo po angielsku i był zupełnie nieznajomy kultury Zachodu. („To mało powiedziane” – mówi ze śmiechem).
Potem nadeszła tragedia na placu Tian’anmen. Studenci w Chinach miesiącami okupowali plac, domagając się demokratycznych reform w rządzie. 4 czerwca 1989 roku ten burzliwy epizod zakończył się masakrą dokonaną przez Armię Ludową. Szacuje się, że liczba ofiar śmiertelnych wahała się od kilkuset do kilku tysięcy.
Po masakrze prezydent George H.W. Bush zdał sobie sprawę, że chińskie władze będą z ogromną podejrzliwością traktować studentów wracających z USA. Studenci mogli nawet znaleźć się w niebezpieczeństwie. Na szczęście usunął z ich wiz wymóg opuszczenia kraju po ukończeniu studiów. Przyznał im prawo do zielonych kart.
To był pierwszy krok Jihonga w kierunku uzyskania obywatelstwa amerykańskiego. Przyjął to z wdzięcznością, choć oznaczało to pozostawienie rodziny biologicznej.
Poznałem go zaledwie kilka lat później. Mówił i pisał po angielsku lepiej niż większość rodzimych Amerykanów. Ciężko pracował. Płacił podatki. Przestrzegał prawa. Był żywą definicją „dobrego człowieka”.
Po ślubie, gdy w nocy budziły nas dziwne telefony, zastanawialiśmy się: Czy dzwoniący wybrał nasze nazwisko z książki telefonicznej? A może po prostu nas skądś zna?
Czasami, spacerując po naszej podmiejskiej okolicy, przyglądałem się domom. Mieszkasz tu? – zapytałem łobuza. Mieszkasz tam?
Kimkolwiek był, prawdopodobnie wyglądał tak samo biało i „zwyczajnie” jak ja. Cholera, prawdopodobnie był uważany za „dobrego człowieka” przez tych, którzy znali go najlepiej… tak jak osoba, która w przeddzień mojego ślubu nazwała mnie „rasistką”, oczekując, że bez wahania zaakceptuje moje małżeństwo z mężczyzną urodzonym w Chinach. Albo jak ci z mojej rodziny, którzy po prostu nie potrafili się nauczyć, jak pisać ani wymawiać imię Jihong.
„To nie jest trudne” – chciałem im powiedzieć. „JIHONG. W swoim pierwszym konkursie ortograficznym napisałeś o wiele trudniejsze słowa. Mówisz o wiele trudniejsze imiona, czytając Biblię albo oglądając mecz”.
Od dwudziestu jeden lat Jihong wykłada chemię na Uniwersytecie Stanowym Dakoty Południowej. W jego laboratorium pracuje kilku studentów. Jeden z nich (nazwę go Kendra) jest Afroamerykaninem.
W zeszłym tygodniu Kendra zwróciła się do Jihonga. „Zdaję sobie sprawę” – powiedziała – „z rosnącej przemocy wobec Amerykanów azjatyckiego pochodzenia w kraju. Czy mogę coś zrobić, żeby wesprzeć ciebie i innych?”
Cóż to była za życzliwość!
„Kung-grypa”, „chiński koronawirus”, „wirus z Wuhan”… ten okropny, ksenofobiczny język używany w odniesieniu do COVID-19 jedynie zaostrzył nastroje antyazjatyckie, które od dawna panują w USA. W 2020 roku, wraz ze spadkiem liczby przestępstw z nienawiści w całym kraju, liczba przestępstw przeciwko Amerykanom azjatyckiego pochodzenia wzrosła o prawie 150 procent. Rzeczywista liczba jest prawdopodobnie znacznie wyższa, ale ofiary (głównie kobiety i osoby starsze) niechętnie zgłaszają te przypadki.
Faktem jest, że Amerykanie azjatyckiego pochodzenia jako grupa przeżywają szczególnie traumatyczny okres w swojej historii. Rasizm od dawna plami charakter tego kraju. Jednak obecny poziom zastraszania i przemocy wobec osób pochodzenia azjatyckiego jest zjawiskiem nowym.
To, że Kendra, Afroamerykanka, zabrała głos, oferując Jihongowi swoje aktywne wsparcie, jest promykiem nadziei. Jej troska go poruszyła. Jej pytania zapoczątkowały między nimi ważną rozmowę.
Kolejnym promykiem nadziei jest grupa Compassion w Oakland . Siedemset wolontariuszy różnych ras i środowisk zorganizowało się, aby towarzyszyć i chronić starszych Amerykanów azjatyckiego pochodzenia. Oferują również usługi tłumaczeniowe i wiedzę technologiczną Azjatom odizolowanym od siebie z powodu różnic językowych i skomplikowanych systemów informatycznych.
* * *
Teraz chciałbym zaprosić Cię do podzielenia się swoim promykiem nadziei. Dokładnie tam, gdzie jesteś.
Rozgość się. Zamknij oczy. Wczuj się w rytm swojego oddechu.
Kiedy będziesz gotowy, wyobraź sobie azjatycką twarz, nieważne, czy to kogoś obcego, czy znajomego. Może to być nawet twoja twarz.
Co ta osoba może czuć w tym niepokojącym czasie? Pozwól swojemu ciału podzielić się tą emocją. Wdychaj niepokój, strach, złość, bezradność, zdradę, żal…
Teraz zrób wydech. Na wydechu poślij tej osobie delikatne światło uzdrowienia: miłość, spokój, uzdrowienie, odwagę, odporność, nadzieję…
Kontynuuj ten cykl przez jakiś czas, wdychając ból i wydychając spokój.
Z czasem możesz chcieć pogłębić praktykę, stopniowo włączając do medytacji więcej osób: każdą osobę pochodzenia azjatyckiego… każdą osobę kolorową… każdą osobę, która kiedykolwiek doświadczyła traumy… każdą osobę, która kiedykolwiek wyrządziła krzywdę ze strachu… wszystkich, którzy żyją… wszystkie istoty wszędzie…
Wszystko.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
2 PAST RESPONSES
Ah hello dear one. Nice to see you here walking in beauty. And of course speaking to the Truth that we are all relatives (mitákuye oyásin). }:- a.m.
Thank you. Solidarity, Breathing in, breathing out.