Irlandia, kraj mojego urodzenia, słynie z kultury żałoby. Nasze angielskie słowo „keen” lub „lament” pochodzi od irlandzkiego słowa „caoineadh”, oznaczającego „płakać”. Jednym ze znaczących rytuałów tej kultury żałoby jest tzw. czuwanie. Definiująca epokę powieść Jamesa Joyce’a „Finnegan’s Wake” nawiązuje do tego rytuału. Do dziś ponad połowa pogrzebów w Irlandii obejmuje jakąś formę czuwania. Podczas czuwania ciało ukochanej osoby jest składane w jej domu. Przez dwa lub trzy dni rodzina pozostaje przy ciele, a społeczność przychodzi, aby oddać mu hołd i wyrazić współczucie.
• • • • •
Każde życie jest jak dzień. Zaczynamy poprzedniej nocy i w ciemności jesteśmy formowani jako słowo, które uderza iskrą. Ta iskra ląduje jak nasiono, które ląduje na ziemi w duszy łona.
Następnie cudowny wzrost pulsuje jak ogień – niepowstrzymana eksplozja niewyobrażalnego geniuszu – wykładniczy ryk o uniwersalnych proporcjach.
Każde dobrze przeżyte życie zawiera w sercu świadomość, że całe życie powstaje z prochu i z powrotem rozpada się w proch. Budzimy się ze snu kosmosu i wieczorem przygotowujemy się do powrotu do tej wielkiej, tajemniczej ciemności raz jeszcze. Trójca umierania, śmierci i żalu jest częścią jednego wielkiego ruchu, każdy z nich jest szczególnym kolorem podstawowym w spektrum powrotu do nocy, z której przyszliśmy.
• • • • •
Chcę podzielić się refleksją, którą napisałem, gdy mój ojciec przechodził przez to spektrum śmiertelności. Podczas gdy on przechodził przez tę tęczę progową, ja również. Moja tożsamość jako syna również zmieniała kształt. Piaski czasu przesuwały się pod moimi stopami. W tych czasach sejsmicznych zmian w naszym życiu świat wydaje się przyspieszony i skoncentrowany. Czasy wzrostu i przejścia są jak matka rodząca — pochłaniające wszystko i unicestwiające.
Więc mogłem coś pojąć w tym czasie zamętu, smutku i rozpaczy; wspomnienia zalały mnie. Te wspomnienia były jak hormony, które miały jakąś funkcję dla autonomicznych systemów mojej duszy. Wspomnienia pojawiały się jak substancje chemiczne, wspomnienia jak lekarstwa, apteka wspomnień przechowywana głęboko we mnie, czekająca na alarm.
Odżyły wspomnienia z dzieciństwa, miłości, trzymania się za ręce, wspólnych posiłków, nauki, zaufania, obietnic, mądrości i innych pięknych, niewypowiedzianych rzeczy.
Szybko zdałem sobie sprawę, że te wspomnienia nie były przypadkowymi reminiscencjami ani uwodzicielską sentymentalnością. Były częścią starożytnego, rozwiniętego mechanizmu uzdrawiania.
Jednym z największych balsamów na irlandzkim czuwaniu przy zmarłym jest opowiadanie historii o zmarłym. Opowieści o ukochanej osobie, opowieści niegdyś tak przyziemne, teraz prześwitują przez ocean żalu jak drogocenne perły. Wspomnienia płyną jak odżywcze wody przez popękaną i wysuszoną glebę naszych wypłakanych i złamanych serc. Nasze ciało wie, że żal potrzebuje wspomnień. Nasze społeczne ja wie, że musimy podzielić się tymi historiami z inną kochającą duszą.
• • • • •
Istnieje wielka pokusa, aby chcieć powiedzieć wszystko, gdy stajesz w obliczu wielkiej trójcy umierania, śmierci i żałoby. Ale chciałbym zaprosić cię, abyś celowo zostawił niektóre rzeczy niewypowiedziane. Szczególne prywatne dynamika mogą być zbyt cenne, aby je wypowiedzieć. Są między tobą a duszą tego, który jest teraz wolny od tego widzialnego świata. Ta tajemnica jest święta. Oni to wiedzą, i ty to wiesz. Żadne słowa nie mogą powiedzieć, dlaczego łzy żalu są jedyną odpowiedzią na tajemnicę straty. Rozmowa nigdy nie będzie już prowadzona w stary sposób. Teraz potrzebna jest głębsza rozmowa, rozmowa bez słów: serce do serca. Z ukłonem. I uśmiechem.
A więc, mój ojcze, witaj i żegnaj na zawsze.
I natychmiast
Zamiast słów przychodzi myśl o wysokich oknach:
Szkło rozumiejące słońce,
A za nim głębokie, błękitne powietrze, które pokazuje
Nic, nigdzie nie ma i jest nieskończone. [1]
Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień to ty i ja w domu sami. Zrobiłeś mi puree ziemniaczane i pamiętam, jak inaczej smakowało. Pewnie dałeś za dużo masła.
Potem owinąłeś mnie ciepłym płaszczem, zapiąłeś zamek i poszliśmy do parku naprzeciwko Meadowbrook, obok John Barleycorn Hotel. I pamiętam, jak szliśmy pod górę.
A potem na szczycie zatrzymaliśmy się. I teraz stoję obok ciebie i widzę, jak patrzysz na świat. Jest mi ciepło, mam pełny brzuch, trzymamy się za ręce, oczy utkwione w horyzoncie, razem, w ciszy.
Zobaczyłem wtedy, jak patrzeć na świat; jak artysta patrzy i słucha muzyki tego, co się dzieje. Nauczyłem się modlić i jak odczuwać świętość; poczułem się po prostu kochany: Całkowita, cicha, otwarta, nieskończona miłość. To był twój rodzaj miłości. Miłość, która stała obok mnie, dbała o mnie i uczyła mnie przez całe moje życie. Rodzaj miłości, która nigdy nie odchodzi i — jeśli zrobię to dobrze — rodzaj miłości, którą również zostawię za sobą.
• • • • •
Pewnego ranka odwiozłeś mnie samochodem do szkoły. To był mój pierwszy, a może drugi rok w tym miejscu i obawiałem się tego. Był tam zapach smutku, który zdawał się mnie przytłaczać.
Zwykle szedłem z Nórem, ale dziś ty mnie zawiozłeś. Może mocno padało. Musiałeś być na uniwersytecie, ale kiedy wyszliśmy za bramę placu zabaw, wiedziałem, że muszę cię zatrzymać tak długo, jak tylko mogę, zanim wyruszę w tę żałosną wędrówkę przez podwórko.
Poddałeś się i postanowiłeś nauczyć mnie odczytywać godzinę. Wyciągnąłeś kartkę papieru i długopis i zacząłeś rysować twarze swoimi dłońmi, a ja byłem w niebie. Kwadrans przed, wpół do — chciałem, żeby to trwało wiecznie.
Zawsze uczyłeś mnie o czasie. Zwłaszcza czekaniu. Czekaniu w wysokiej trawie na właściwy moment — i uderzaniu, gdy żelazo jest gorące. Byłeś mistrzem w obu — w tych nanosekundach przed uderzeniem w ten rozpalony do białości klawisz fortepianu lub wstrzymywaniu się przez lata, aż zazdrosny przeciwnik sam się obciąży.
Wtedy naprawdę musiałeś odejść — pionier, wyruszyć, by postawić swoje roszczenia na dzikich rubieżach wyższej nauki. I kiedy zsuwałem się z siedzenia na płytę lotniska, powiedziałeś to samo, co mówiłeś mi każdego ranka w drodze do szkoły. To było twoje błogosławieństwo: „Bądź teraz grzeczny i nie zapomnij uważać na wszystkie małe babki”.
• • • • •
I ten słynny czas, kiedy układałeś mnie do snu w naszym domu w Murroe. Może wtedy wynajmowaliśmy go tylko, więc mogło to być zanim skończyłem osiem lat. Siedząc na brzegu mojego małego łóżka, twoja pełna waga dorosłego człowieka była siłą grawitacji obok mnie, twoje ciepło i ojcowski aromat przytłaczałym pocieszeniem.
Zadałbym ci pytania; im głębsze i bardziej filozoficzne, tym lepiej. Szybko zorientowałem się, że to właśnie one wciągają. Ogarnęło mnie zdumienie nad szczerością, z jaką
zebrałbyś się. Każde pytanie powracało z profesorskim wyjaśnieniem. A potem nadszedł czas, żebyś odszedł, pocałowałeś mnie w czoło i wtedy mnie olśniło: „Czym jest czas, Dada?”
• • • • •
Przez całe moje dwudzieste lata mieszkaliśmy razem, trzymając się modlitewnej dłoni tego jasnego domu. Były poranki, zazwyczaj weekendowe poranki, w połowie poranka, kiedy wpadałeś do mojego pokoju, balansując niepewnie załadowaną tacą smakołyków na śniadanie: Jajka na twardo. Tosty. Przepełniony dzbanek herbaty. Tyle ceramiki Mulcahy, ile się dało. Czasami nawet mały kwiatek w małym słoiku. „Carpe diem!!!” było okrzykiem wojennym, albo przygotowującym mnie do uczty, albo zachowanym tylko na wielkie, teatralne wejście:
Wyładowujesz swoje towary na stoliku kawowym, a następnie przesuwasz tacę na kołdrę, gdy ja się podpieram. A potem jemy. Czasami rozmawiając, a czasami nie. I nie mogę sobie wyobrazić bardziej magicznego rytuału, najświętszej z komunii, poczucia czystej, niezbędnej wyjątkowości, jak czas jakoś zwalnia do przechadzki — dryfując w nowy dzień, zachęcony do wielkiej nieznanej, z tacą i kochającą zachętą u boku.
• • • • •
Na czuwanie przy moim ojcu ciało zostało złożone w pokoju frontowym jego ukochanego domu. Leżał tam przez trzy dni; wokół niego trwała nieustanna czuwanie. Zapalone świece, palące się kadzidła, gra muzyka. Filiżanki herbaty, łzy, uśmiechy i uściski. Mówienie do niego przez szlochy tak czułe i pełne miłości, dotykanie jego twarzy, ręce na cudzie jego rąk. Wspomnienia zalewające mnie — szczególnie z dzieciństwa — fala za falą z tym samym uczuciem pchnięcia przez łobuza i zabawnego ciągnięcia, a potem cofający się potok piasku wysysany spod moich stóp — potem nicość, na jakiś czas, zanim znów podniosła się kolejna fala.
Jego duch był tam tak obecny. Nie tak jak wtedy, gdy żył. To była inna obecność, dziwna, ale on tam był. Czułam go tam jak płonący ogień, który płonął, ale nigdy się nie zmieniał — nie potrzebował paliwa. Nie potrzebował niczego. Nie dawał ciepła. Dawał tylko obecność. Obecność życia. Jak te ponadczasowe chwile, gdy światło przemywa pokój przez myśl o wysokich oknach. Czas wisi gęsto jak owoc przed upadkiem. I jest po prostu to poczucie wszystkiego — wszędzie — na zawsze.
Notatki
[1] Larkin, P. (1989). Wysokie okna. W: Philip Larkin: Zebrane wiersze . Marvell Press.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
5 PAST RESPONSES