
Pewnej ciemnej nocy zeszłej wiosny cicho podążałam za moim trzynastoletnim synem po domu, wspięłam się po drewnianej drabinie, która obejmowała nasze kosze na śmieci, i z trudem wdrapałam się za nim przez okno w kuchni. Nie miałam w sobie nic z jego wdzięku; raczej wyglądałam jak jeden z tych włamywaczy z filmów Kevin sam w domu — niezdarna i absurdalna. Następnie mój mąż, Dan, wyszedł zza rogu, niosąc śpiącego siedmiolatka owiniętego w zielony śpiwór. Dan z trudem wspiął się po drabinie i podał mi swój duży worek przez okno i w ramiona, gdy zatoczyłam się do tyłu, budząc chłopca.
Powód tych głupich akrobacji był prosty: nasze dwoje drzwi, jedyne wejścia do domu, były zamieszkane przez matki. Przy drzwiach wejściowych siedziała zięba domowa na pięciu jajach w gnieździe ukrytym w zimowym wieńcu bożonarodzeniowym; przy naszych drzwiach bocznych siedziała matka rudzik, siedząca na czterech jajach w tym samym gnieździe, z którego korzystała w zeszłym roku. Te ptaki wybrały gniazdo na naszym domu, zakładam, ponieważ czuły się bezpiecznie w naszej bliskości.
Po raz pierwszy zdarzyło się to rok wcześniej, w połowie maja. Dan powiesił starą parę oliwkowozielonych spodni roboczych na lampie na naszym bocznym ganku, na wypadek gdyby były na nich kleszcze. Następnego popołudnia, gdy poszedł je wytrzepać, zza lampy wyskoczył rudzik i skrzeczał w stronę żywotnika naszego sąsiada. Dana to tak przestraszyło, że zrzucił spodnie z powrotem na lampę i wycofał się do środka. Przez następne trzy tygodnie, gdy młode rudziki wysiadywały jaja, a potem się wykluły, korzystaliśmy z drzwi wejściowych. To była zmiana, ponieważ nie mieliśmy przedsionka w naszym holu, żadnego nawisu, pod którym można by stanąć, gdy padał deszcz. Trudno było powstrzymać błoto przed wnoszeniem do środka, na podłogi i po wykładzinie schodowej. Ale wydawało się to małym ustępstwem na rzecz zmiany orientacji w naszym życiu; mogliśmy zrobić miejsce w naszym zajeździe.
Pewnego razu nasz sąsiad z północy wysłał nam e-mail z listą naszych licznych wad: stos kompostowanego obornika na naszym podjeździe, który zbyt długo zwlekaliśmy z wrzuceniem łopatą do naszych ogrodów; nasza linka do prania, która zakłócała jego „jakość życia”, gdy wyjrzał przez okno i ją zobaczył; wieniec świąteczny, który, jak powiedział, „zostawiliśmy do sierpnia”. Ach tak, byliśmy winni wszystkich trzech zarzutów, szczególnie tego ostatniego, który wydawał nam się całkowicie zrozumiały, oczywiście.
Co roku zięby domowe gnieżdżą się w naszych starych wieńcach, czasami wychowując trzy kolejne, puszyste lęgi w jednym sezonie. Te młode odbywają pierwsze loty do starego świerka babcinego, który chronił nasz dom — i wszystkich, którzy przybyli, aby w nim zamieszkać — przez dobre dwieście lat. Na nasze szczęście, nasz sąsiad nie widzi również plamy miodu, którą kładziemy na blacie każdej wiosny, aby nakarmić mrówki, które maszerują po południu, aby pić jak krowy z bagna. Następnie, po zapadnięciu zmroku, mrówki, jedna po drugiej, wracają do szczeliny, z której wyszły.
Miejsce zawsze można zrobić.
Więc w zeszłym kwietniu byliśmy zachwyceni, widząc ponownie parę zięb domowych przelatujących od świerka do jabłoni, zaglądających do starego brązowego wieńca i omawiających jego różne zalety i wady, aż w końcu postanowiły się ustatkować. Zachwyceni, aż do rana, kiedy otworzyliśmy boczne drzwi na werandę, rudzik wystrzelił ze swojego starego gniazda, łając nas po drodze. „Ojej”, powiedział Dan. „Powinny to robić etapami. Czy ona nie jest trochę za wcześnie?”
Spędziliśmy dobre pięć dni, wchodząc i wychodząc przez drzwi rudzika, głośno tłumacząc jej, że to nie jest idealne miejsce. Ale wczesnym rankiem lub gdy byliśmy w środku, jedząc kolację, ona wciąż pracowała nad sprzątaniem zeszłorocznego gniazda, niosąc dzioby pełne błota i siana. Wkrótce miała jajko.
I tak zapadła decyzja: będziemy wchodzić i wychodzić przez kuchenne okno po drabinie, dopóki któryś z piskląt, czy to przy drzwiach frontowych, czy bocznych, nie wykluje się, nie opierzy i nie opuści gniazda na dobre.
Nasze dzieci — nawet starszy syn, który dba o swój „flow” (czyli o fryzurę) i schludność swojej kurtki dżinsowej Levi's — nie mrugnęły okiem na nasz plan z oknem. Obaj synowie po prostu wchodzili i wychodzili przez okno i schodzili po drabinie, jakby to było całkowicie normalne, dziękuję bardzo. Mojemu starszemu zawsze jakoś udawało się utrzymać swój strój w nienagannym stanie. W końcu nauczył mnie, że kluczem do odrobiny gracji jest odchylenie się do tyłu i najpierw rzucenie lewą nogą do domu. Udawało mi się to w 50 procentach przypadków. Kiedy tego nie robiłam, zachwiałam się do tyłu i krzyknęłam: „Spadam”, a ktoś, syn lub mąż, złapał mnie za nadgarstek przez okno, żeby mnie wciągnąć.
Myślę, że oboje dzieci pamiętały książkę Mo Willemsa pt. „Jest ptaszek na twojej głowie” i dziękowały swoim szczęśliwym gwiazdom za to, że te ptaki właśnie gnieżdżą się przy naszych drzwiach.
Kilka dni po tym, jak pierwsze jajo, drugie, a potem trzecie pojawiło się w gnieździe rudzika, jasnoniebieskie na tle naszego żółtego domu. Z niecierpliwością wypatrywaliśmy czwartego, ponieważ przeczytaliśmy, że zegar nie zaczyna tykać na naszą korzyść, dopóki nie będzie miała czterech jaj do wysiadywania. Przy czterech jajach to około dwa tygodnie inkubacji.
Przypomnieliśmy sobie, że w zeszłym roku nasza rudzik nauczyła swoje młode latać z ganku w ciągu dwóch krótkich poranków, a następnie natychmiast zabrała całą rodzinę do rdestowca i jabłoni na bocznym podwórku, aby dokończyć robotę. „To trochę skróciło czas” – wspominaliśmy z optymizmem Dan i ja. Albo po prostu głupio.
Oczywiście, było kilka irytujących rzeczy: nasz młodszy syn walił w okno, żeby wejść; starszy zamykał młodszego na zewnątrz i wbiegał na górę. A także dziwne uczucie uwięzienia; nie można było po prostu wyjść na zewnątrz i sprawdzić ogrodu lub posiedzieć na słońcu. Wyjście wymagało dosłownego balansowania i mnóstwa „przekazywania rzeczy”.
Ale miałem przynajmniej jeden balsam na te grzeszki: potajemnie miałem nadzieję, że nasz zrzędliwy sąsiad wyśle nam kolejnego maila o tym, jakimi jesteśmy głupcami. Lubię, gdy oczywiste rzeczy są ratyfikowane.
Pewnego weekendu przyjaciele mieli przyjść na kolację. Ale proszenie kogokolwiek, żeby był tak dziwaczny jak my, eufemistycznie mówiąc, i wpełzł przez kuchenne okno, wydawało się niesprawiedliwe, a może nawet zbyt dziwne. W końcu tego samego dnia mój starszy syn wskoczył przez okno, zamknął je, żeby zatrzymać kota w środku, i przyszedł na górę, żeby powiedzieć mi, że nasz drugi sąsiad, Bill, i jego pies, Rosie, są na ganku. Kiedy chwiejnie zeszłam po drabinie i obeszłam dom, opowiedziałam im o rudziku i że mogą ją „straszyć”. Uśmiechnął się dzielnie i stanął na podwórku obok mnie. „Wy, chłopaki, jesteście dziwni” – powiedział z uśmiechem.
„Wiem” – powiedziałem, odwzajemniając uśmiech.
Każdego dnia przez całą wiosnę chodziliśmy szerokim kręgiem wokół ganku do samochodu. Dan zaczął gdakać do rudzika i powtarzać, jak mantrę, w kółko: „Jesteś bezpieczna. Jesteś bezpieczna”. Nazwał ją Gertie. Kiedy Gertie była na miejscu, przycupnęła i spojrzała na nas, gdy okrążaliśmy werandę, jej ogon był ciemną smugą dymu na tle lasu łuszczących się desek cedrowych.
Sposób, w jaki Gertie podążała za nami wzrokiem, sprawił nam wszystkim radość. Wyglądała na zrzędliwą, ale też nieco akceptującą, a może po prostu rozbawioną, naszą ludzkością.
Lubię mówić moim dzieciom, że te dzikie matki uczyły naszą rodzinę, że życie czasami zmienia się pod wpływem różnych rzeczy: choroby, pandemii, utraty pracy, nieprzewidywalnego świata przyrody, rodziny, artystycznego zapału, głodu lub pragnienia. I zawsze można stworzyć taką przestrzeń. Zamiast zmniejszać nasze istnienie, te zmiany mogą nam faktycznie dać głębsze poczucie tego, jak musimy uczestniczyć w życiu innych istot przez krótki czas, kiedy krążymy po tej śmiertelnej powłoce.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION