Back to Stories

Programy Nie zmieniają Dzieci – zmieniają Je Relacje

Nie byłem licealistą, który rzucił szkołę. Jestem pewien, że bym był, ale nie miałem szansy — szkoła wyrzuciła mnie, zanim zdążyłem zrezygnować.

Był rok 1957, miałem 17 lat i według standardów większości ludzi miałem wszystko. Byłem białym protestantem anglosaskim. Dorastałem w dzielnicy klasy średniej w Pittsburghu, na spokojnej, zacienionej ulicy w ładnej okolicy. Mój ojciec i jego bracia mieli dobry interes, a klub wiejski był do naszej dyspozycji.

Ale to było tylko na powierzchni. Pod spodem mój dom był bałaganem. Moja matka była przewlekle chora, miała problemy emocjonalne i fizyczne, a mój ojciec był oschły. Miałem dwóch braci, ale byli o wiele starsi i wyprowadzili się z domu, gdy wszedłem w okres dojrzewania. Jestem pewien, że moi rodzice mnie kochali, ale nie mogli być przy mnie, emocjonalnie ani w żaden inny sposób.

Zacząłem buntować się przeciwko wszystkim konformistycznym wartościom lat 50. wokół mnie, jako sposobowi na ukrycie samotności i bólu, który czułem. I nienawidziłem szkoły. Czułem się gorszy od większości uczniów, a moja średnia ocen D to odzwierciedlała. Nie potrafiłem dobrze czytać i blefowałem na większości zajęć. Wiele lat później dowiedziałem się, że „uczyłem się inaczej”, ale za moich czasów nazywano to „byciem głupim”. Więc powiedziałem sobie, że i tak nic z tego nie ma dla mnie znaczenia — szkoła była po prostu zbiorem faktów, których nie potrzebowałem ani nie obchodziły mnie.

Zacząłem mieć kłopoty, trafiałem do aresztu i kręciłem się w „złym towarzystwie” w Nobbie's Pool Hall. Nazywali nas „Zwierzętami z Zielonej Ulicy”. W końcu dyrektor przyprowadził moją mamę do szkoły i powiedział jej, że powinna mnie stamtąd wyrzucić. Powodem, dla którego miałem tyle kłopotów, powiedział, było to, że „nie dawałem rady z pracą”. Po raz kolejny oznaczało to tylko jedno: byłem głupi. Nic dziwnego — przez trzy lata byłem w klasie specjalnej dla „wolno uczących się”. Wszyscy byliśmy etykietowani, a inni faceci, którym się nie udawało, byli moimi jedynymi przyjaciółmi.

Najbliżej poczucia akceptacji byłem w tym klubie bilardowym. Tam, spędzając czas z kilkoma tuzinami facetów w moim wieku i starszych, rozmawiałem tak, jak lubiłem rozmawiać i nie czułem się z tego powodu odrzucony. W tym obskurnym pokoju z sześcioma stołami bilardowymi i przyćmionym światłem, było poczucie wspólnoty, którego nie czułem nigdzie indziej. Było prawdziwe, było szczere — ale także gwałtowne i bezcelowe. To, co pamiętam najbardziej, to jak czas się dłużył i rozciągał. Mieliśmy cały czas świata, żeby pójść... nigdzie. Kiedyś leżałem w łóżku nocą ze łzami w oczach, zastanawiając się, co robię, dokąd zmierzam i jaki jest sens mojego życia.

Pewnego dnia w Nobbie's przyszedł starszy facet, facet po trzydziestce, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Po prostu siedział i patrzył na nas. Odwróciłem się do mojego przyjaciela Lefty'ego i zapytałem: „Kim jest ten facet?” Lefty nie miał pojęcia. Facet pojawiał się każdego dnia, ale nigdy nie rozmawialiśmy. W końcu zaproponował, że zagra z nami w bilard — „Zapłacę”, powiedział, co brzmiało dobrze — i zażartowaliśmy z niego na temat jego kiepskiej techniki gry kijem, a on to przyjął i odwzajemnił się nam, a w końcu zapytałem go, jak się nazywa i co tam robi. „Nazywam się Bob i próbuję założyć klub dla dzieciaków z twojej szkoły średniej”.

„Powodzenia, stary” – powiedziałem mu.

Bob był częścią Young Life, bezwyznaniowej organizacji chrześcijańskiej, której celem jest wywieranie pozytywnego wpływu na życie dzieci i przygotowywanie ich do przyszłości. Została założona w 1941 roku i nadal ma się dobrze w Stanach Zjednoczonych i ponad 100 krajach. Możecie być pewni, że na początku nie byłem zbyt zainteresowany chrześcijańskimi sprawami. Grupa sponsorowała obóz na ranczu w Kolorado i to bardziej mi odpowiadało. „I damy ci stypendium” — powiedział Bob, kiedy mi o tym opowiedział. Nikt wcześniej nie zaoferował mi stypendium na nic. Co więcej, powiedział mi, że to obóz koedukacyjny. Spojrzałem na zdjęcia dziewczynek jeżdżących konno. „Okej” — powiedziałem — „myślę, że znajdę na to czas”.

Więc wraz z piątką moich przyjaciół pojechałem autobusem na zachód i w autobusie poznałem Jerry'ego Kirka, mężczyznę, z którym nawiązałem najważniejszą relację w moim dotychczasowym życiu. Jerry był szefem Young Life w Pittsburghu. Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem, było to, że potrafił zasnąć na drodze pośród całego zamieszania, które robiliśmy. Miał nawet uśmiech na twarzy, gdy spał!

Był drobnym, żylastym facetem — dużo biegał na długie dystanse w szkole i nadal wyglądał jak sportowiec. W tym czasie miał może 30 lat. Od razu go polubiłam, ale zastanawiał mnie tak samo jak Bob. Jaki był jego punkt widzenia? Dlaczego ten facet wydawał się mną przejmować?

Na obozie było mnóstwo rzeczy do zrobienia: jazda konna, koszykówka, wędrówki. Ale przede wszystkim był czas na spędzanie czasu. Oprócz Jerry'ego, było dwóch innych opiekunów przydzielonych do moich przyjaciół i mnie, i raz jeszcze... co było z tymi facetami? Od razu widziałam, że chcieli mnie poznać jako osobę; zależało im na tym, kim jestem, bez względu na to, czy „wierzyłam w Boga”, czy byłam gotowa zaakceptować to, czym jest Young Life. Nie wiedziałam, jak to nazwać, ale poczułam, że Jerry Kirk kochał mnie bezwarunkowo. Wierzył we mnie jako we istotę ludzką, bez względu na to, co robiłam — nie było żadnych warunków.

To był pierwszy raz, kiedy doświadczyłam czegoś takiego. Czy nie powinnam była otrzymać bezwarunkowej miłości od moich rodziców? Jasne — ale tak jak miliony młodych ludzi, nie otrzymałam. Rozpaczliwie potrzebowałam troskliwego dorosłego w moim życiu.

Nie otworzyłem się od razu przed Jerrym ani innymi. Byłem skrajnie nieufny i musiałem przeprowadzić wiele testów, aby dowiedzieć się, czy ich troska była prawdziwa. Mieliśmy ekipy robocze w obozie, które zajmowały się takimi rzeczami, jak łatanie dziur w drogach. Pewnego ranka obijałem się, a Bob, który był szefem ekipy, powiedział: „Milliken, jesteś leniwy!” (Czy wspomniałem, że był byłym żołnierzem piechoty morskiej?) Bach! Moja następna łopata ziemi po prostu trafiła go prosto w twarz.

Pracownicy mieli duże spotkanie w związku z tym incydentem. Wiedziałem, że wyślą mnie do domu. Ale zamiast tego powiedzieli mi, że będą to ze mną przetrzymywać. Zrozumiałem, że Bob nie był chamem; wręcz przeciwnie, był konsekwentny i sprawiedliwy, ponieważ gdy dobrze wykonywałem swoją pracę, był tam, aby mi to powiedzieć. Gdy nie, mówił mi to również. Byłem niekonsekwentny, ale on nie. I miał poczucie humoru. Więc przeprosiłem go i odkryłem, że szanuję go jeszcze bardziej.

Prawdziwy punkt zwrotny w moim zaufaniu do Jerry'ego nastąpił, gdy wróciłem do Pittsburgha. W jakiś sposób bałem się, że już go nigdy nie zobaczę. Zabrał mnie na obóz i pomógł mi dowiedzieć się o Bogu — więc jego praca się skończyła i poszedł do kogoś innego. Tak się nie stało. Jerry został ze mną i nadal był moim przyjacielem. Bezwarunkowa miłość nie zniknęła, on też nie. (Wyjazd do obozu w Kolorado również stał się corocznym wydarzeniem — wiele lat później nadal jeździłem tam każdego lata, zabierając dzieci z ulic Nowego Jorku, aby doświadczyły tego, czego ja doświadczyłem jako nastolatek).

Coś zaczęło się we mnie zmieniać. Zdawałem sobie sprawę, że bez względu na to, jak bardzo myślałem, że jestem twardy, bez względu na to, jak bardzo spieprzone czułem, że moje życie było, chciałem być połączony. To była podstawowa siła napędowa dla mnie i — teraz rozumiem — dla każdego człowieka na planecie. Kilka lat temu byłem głęboko poruszony, oglądając film Toma Hanksa Castaway. Oto facet, który przez lata był sam na bezludnej wyspie i w końcu nawiązał osobistą, osobistą relację z piłką do siatkówki! Na piłce było napisane „Wilson”, więc tak nazywał ją Hanks. To było najlepsze, co mógł zrobić, jedyny przyjaciel, jakiego miał. Musiał po prostu być połączony.

Wierzę, że żyję dziś dzięki troskliwemu dorosłemu. Jerry, Bob i inni doradcy Young Life nie uważali, że moi przyjaciele i ja jesteśmy bezwartościowi. Wierzyli, że mamy przyszłość, coś, co możemy dać. Nie oferowali nam „odpowiedzi” ani „programu” — oferowali siebie; oferowali czas, miłość i energię potrzebną do nawiązania relacji z inną osobą. I nie ma człowieka, z którym trudniej nawiązać kontakt niż z wyobcowanym nastolatkiem. Jerry przeszedł ze mną przez „dolinę cienia dojrzewania” i, jak dowiedziałem się dziesiątki razy od tamtej pory, nie jest to łatwa droga. Bez kogoś, kto w niego wierzy, nastolatek wpada w złość i zaczyna wyładowywać się na innych ludziach i na sobie.

Programy nie zmieniają dzieci — zmieniają je relacje. Ta zasada jest kamieniem węgielnym wszystkiego, co kiedykolwiek zrobisz dla dzieci w swoich społecznościach. Prawdopodobnie umieściliby ją na moim nagrobku, ponieważ mówiłem to tak często, na tak wiele sposobów. Ale w tym coraz bardziej zaawansowanym technologicznie „wirtualnym” wieku uważam, że nie można tego mówić zbyt często: wszystko zaczyna się od relacji. Dobry program tworzy środowisko, w którym mogą powstać zdrowe relacje.

***

Aby uzyskać więcej inspiracji, dołącz do Awakin Call z Billem Millikenem w ten weekend! Więcej szczegółów i RSVP tutaj .

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

3 PAST RESPONSES

User avatar
pat Jun 7, 2025
my niece is a social worker who works for "community in schools" and is the embodiment of this philosophy. i am so proud of her and what she does.

User avatar
MI Jun 3, 2025
How inspiring…the power of one or more giving loving attention and fostering connection. Thank you for passing it on!
User avatar
Patrick Watters Jun 2, 2025
I was never involved with Young Life until my wife and I had adult kids. It’s a long story, but after jettisoning institutional church we somehow ended up having “church” in our house, and it included these crazy things called “club”, Young Life evenings of food and fun. We are old now, but those YL years were a blessing in many ways. Some of those teen boys are now husbands and fathers that I continue to mentor in this season. Yep, relationships, that’s what life has always been about at it’s true foundation.