Back to Stories

Płacenie Z góry: Dlaczego Nasze Dary Zawsze są W Drodze

W 1989 roku Roger Montoya zakończył udaną karierę zawodowego tancerza w Nowym Jorku. W wieku dwudziestu dziewięciu lat, po nauce, występach i trasach koncertowych z uznanymi zespołami tanecznymi - Alvin Ailey, Parsons, Paul Taylor - Roger powrócił do swojego rodzinnego domu w Velarde w Nowym Meksyku.

Dorastając w wiejskiej wiosce w północnym Nowym Meksyku, Roger był kochany i pielęgnowany przez swoich rodziców, Jose Amado i Doroteę Montoya; wychowywany przez doskonałych nauczycieli; i obdarzony możliwościami rzadko dostępnymi w tak odległych, finansowo dotkniętych obszarach. Roger wykazał się niezwykłym potencjałem. Jako nastolatek zdobył miejsce w drużynie reprezentującej USA i Kanadę, podróżując do Rumunii, Francji i Danii. W wieku 20 lat otrzymał stypendium za zasługi w Alvin Ailey American Dance Center w Nowym Jorku, co zaowocowało zdumiewającym życiem jako profesjonalny tancerz, występujący na całym świecie.

Po co rezygnować z tak godnego pozazdroszczenia stanowiska, u szczytu takiej kariery?

Roger miał inne marzenia. Był bardzo świadomy dzieci w Velarde i innych wiejskich wioskach, dzieci pozbawionych możliwości, jakie miał - chyba że ktoś utalentowany, utalentowany i doświadczony przybędzie, aby zaoferować to, co jemu, jako młodemu chłopcu, kiedyś zaoferowano.

Więc Roger opuścił Nowy Jork, aby wrócić do domu. Aby spłacić dary, które mu dano.

* * *

Zwrócił się do Bread for the Journey, małej grupy mikrograntów, którą założyliśmy kilka lat wcześniej. Potrzebował mat na podłogę darowanej sali gimnastycznej, z której korzystał po szkole, oferując bezpłatne lekcje gimnastyki i tańca dla każdego dziecka, które chciało.

Za 1600 dolarów Roger znalazł zapas używanych mat, aby przykryć małą część boiska do koszykówki w szkole podstawowej. Na tych pierwszych matach, dwadzieścia pięć lat temu, Roger uczył dzieci w wieku od 3 do 18 lat, jak się poruszać. Jak się przewracać, upadać, wirować i tańczyć. Jak poruszać się wewnątrz swojego ciała.

Jak latać w powietrzu.

Ludzie, którzy żyją blisko ziemi, rozumieją, że dary są sercem każdej społeczności. Dary są życiem, a życie zawsze musi się poruszać. Dary tworzą układ naczyniowy, który przynosi uzdrowienie dające życie temu, pożywienie tamtemu. Dary powstają spontanicznie, od każdego według jego zdolności, każdemu według jego potrzeb.

Wiele społeczności tubylczych i rdzennych uznaje, że wartość kogoś nie jest mierzona tym, co gromadzi, ale tym, co daje społeczności. Dla Chinooków z Pacyficznego Północnego Zachodu ceremonia potlatch, czyli rozdawania, jest namacalnym dowodem reputacji wodza, który pokazuje jego zdolność do dzielenia się wszystkim, co ma, ze swoją społecznością.

W takich społecznościach naturalnie zakłada się silną współzależność. Żyjemy i rozwijamy się, ponieważ potrzebujemy siebie nawzajem, dbamy o siebie nawzajem. Zdrowie i dobre samopoczucie każdej osoby są bezpośrednio powiązane i wspierane w ramach większej społeczności.

Sam dar jest mniej ważny niż sposób, w jaki przechodzi od jednej osoby do drugiej, pomagając budować i utrzymywać relacje, podtrzymując zdrowie społeczności. Gdy dary przechodzą przez krąg, ich wartość wzrasta. Błogosławieństwa każdego daru mnożą się, raz po raz.

* * *

Jedną z istotnych cech tego daru jest to, że nie można pozwolić mu na stagnację. W naszej kulturze bogactwo stopniowo rosło i gromadziło się na szczycie świata.

Prezent przestał się poruszać.

Podczas gdy przemieszcza się od osoby do osoby, od firmy do firmy, po całym piętrze penthouse’u, te prezenty są skutecznie usuwane z obiegu. Krąg naszego świata, większa społeczność ludzka, jest pozbawiona tak wielu z tych cennych i niezbędnych prezentów.

Ponieważ dary przestały się przemieszczać – błogosławiąc, uzdrawiając i odżywiając cały krąg życia – śmierć, jak głosi urduistyczne przysłowie, niechybnie nadejdzie.

W tym samym czasie Roger rozwinął równoległe zainteresowanie sztukami wizualnymi i został uznanym malarzem, którego prace są zbierane na Południowym Zachodzie i w dużych miastach na całym świecie. Przez dziesięciolecia Roger przychodził do BFJ, za każdym razem zainspirowany jakąś świeżą, nową pasją lub pomysłem. Czymś pięknym, ekscytującym i niemożliwym - dla każdego oprócz Rogera. Niezmiennie dawaliśmy z siebie wszystko i obserwowaliśmy, jak kolejna wspaniała społeczność młodych artystów, malarzy, rzeźbiarzy, muzyków - starszych uczniów uczących teraz młodszych - nowe klasy zadziwiających wykonawców cudownie się wyłaniały, rozległy kwitnący ogród wybuchający bujnymi kolorami, pielęgnowany zręczną uwagą i mnóstwem kochającej troski.

* * *

Dwa lata temu Roger zwrócił się do mnie ponownie.

On i jego partner, Salvador, postanowili połączyć siły i wspólnie z innym natchnionym wizjonerem, Praire Boulmier Dardenem, stworzyć publiczną szkołę czarterową.

Założenie autoryzowanej przez państwo szkoły publicznej - zaczynając od... niczego - było samo w sobie zadaniem herkulesowym. Zwykle wymagałoby to lat spotkań, forów, zintegrowanych pozwoleń od niekończącej się sekwencji miejskich, powiatowych i edukacyjnych departamentów, biur, komitetów i zarządów.

Ale Roger, Salvador oraz zespół nauczycieli i członków społeczności stawiali sobie jeszcze wyższe cele.

Postanowili, że program nauczania w szkole będzie oparty na dwóch podstawowych zasadach. Po pierwsze, uczniowie rozwiną głębokie zrozumienie i docenienie otaczającej ich ziemi, z niezbędnym zaangażowaniem w jej zrównoważony rozwój. Po drugie, wszyscy uczniowie będą całkowicie zanurzeni, wchłaniając poprzez plany lekcji w każdej klasie, nieskończone formy kreatywności, wyobraźni, zachwytu i przede wszystkim ekspresji artystycznej.

Sztuka i ziemia były akademickimi podstawami tej publicznej szkoły czarterowej opartej na Montessori – otwartej dla każdego, kto chciał przyjść. I musieli zacząć natychmiast, ponieważ zostali upoważnieni do otwarcia. Natychmiast.

„Więc, Roger... Kiedy dokładnie, to jest zaraz?” zapytałem.

„Och. Za sześć miesięcy”. Przewidywalnie niewzruszona odpowiedź Rogera.

Oczywiście. Sześć miesięcy.

Gdyby u sterów tego absurdalnie niemożliwego pomysłu stał ktokolwiek inny niż Roger i Salvador, życzyłbym im powodzenia i odszedł.

Ale to był Roger, a Roger podjął decyzję. Co oznaczało, że mogłem zobaczyć szkołę w jego oczach, już ukończoną. Zanim jedna książka, cegła czy kawałek papieru zostały zaplanowane, wyobrażone lub zebrane.

Więc wszystko, co mogłem zaoferować, to moje wsparcie - i moja troska. On i Sal pracowali długo i ciężko przez lata, bez przerwy. Oboje byli wyczerpani i wyczerpani do szpiku kości. Ale wyraźnie zamierzali zbudować tę szkołę.

Mimo wszystko. Błagałem ich, żeby przynajmniej znaleźli jakieś dobre towarzystwo. „Potrzebujecie więcej młodych ludzi – ludzi po dwudziestce i trzydziestce, z energią, pasją i zaangażowaniem, którzy wam pomogą, będą pracować obok was. Oczywiście, będziemy wspierać wszystko, co zrobicie. Ale PROSZĘ, najpierw znajdźcie przynajmniej kilku silnych, energicznych młodych ludzi, którzy pomogą wam to osiągnąć. Nie możecie tego zrobić sami”.

Roger wziął sobie moją radę do serca, z pewną dozą uprzejmości, którą znałem aż za dobrze. To był czysty produkt jego dobrego wychowania. Wiedziałem, że nie usłyszał ani nie uwierzył ani jednemu słowu, które powiedziałem.

Sześć miesięcy później szkoła była już gotowa i działała.

* * *

Tej zimy, w śnieżny wieczór, pojechałem na Dzień Otwarty Szkoły Sztuk i Nauk La Tierra Montessori. Tam to było. Szkoła, do której uczęszcza 125 dzieci w klasach K-8 w Espanola Valley w północnym Nowym Meksyku. Stary, dawny budynek szkolny, który teraz zajmowali, został z miłością odnowiony w ciągu zaledwie sześciu miesięcy przy ograniczonych zasobach i mnóstwie darów – wolontariuszy, społeczności, wiedzy, czasu, opieki, wsparcia – mnóstwa darów dobrego towarzystwa.

Opracowali również kreatywną, dziesięcioletnią umowę dzierżawy we współpracy z Departamentem Edukacji Publicznej Nowego Meksyku i władzami plemiennymi Ohkay Owingeh Pueblo, które zapewniły szkole siedzibę.

To samo w sobie było dramatycznym publicznym potwierdzeniem tego, jak dar może się poruszać, leczyć i rodzić niemożliwe żniwo. To płodne nasiono było początkiem wykwintnej, międzykulturowej współpracy między ludami hiszpańskimi i Pueblo. Obfitość darów przemieszczających się między różnymi ludami i wśród nich ujawniła edukacyjną, artystyczną jedność rzadko spotykaną w północnym Nowym Meksyku.

Przechadzając się od klasy do klasy, rozmawiałem ze studentami, nauczycielami, rodzicami studentów. Jak się tu znaleźli, jaki był ich związek ze szkołą, jak znaleźli się w tak radykalnym, wiejskim eksperymencie edukacyjnym w odległych wioskach na północy Nowego Meksyku?

Po kolei, gdy każdy opowiadał swoją historię – zawsze była to ta sama historia. „Byłam uczennicą Rogera, gdy byłam małą dziewczynką” – powiedziała jedna z nauczycielek matematyki.

„Roger uczył moją córkę latami, odkąd miała cztery lata. Teraz studiuje na stypendium tanecznym” – powiedział mężczyzna, który był głównym wykonawcą. Wyjaśnił wszystko, co napotkali podczas remontu, nawet wyrównywanie części fundamentów.

„Kiedy się tu wprowadziliśmy, można było upuścić kulkę na podłogę, a ona po prostu toczyła się z jednej strony kawiarni na drugą”. Zaśmiał się, opowiadając o wielu ukrytych niespodziankach – zazwyczaj złych – które jakoś naprawiono, zrobiono dobrze. Zrobiono lepiej.

Poznałem innego młodego mężczyznę, który instalował komputery i sprzęt IT dla nauczycieli i uczniów. Większość sprzętu została podarowana przez wdzięcznych rodziców niezliczonych dzieci, które były uczone, trzymane i podnoszone przez Rogera, Sala i niezliczonych wolontariuszy przez tak wiele lat. „Uczęszczałem na gimnastykę z Rogerem odkąd miałem około dziesięciu lat” – powiedział. „Kiedy usłyszałem, że Roger potrzebuje pomocy, zadzwoniłem do kilku moich starych kolegów z klasy i wielu z nas po prostu pojawiło się, aby pomóc, jakkolwiek mogliśmy”.

W tym momencie Roger podszedł do mnie, przywitał mnie wielkim uściskiem. Następnie, z błyskiem w oku, powiedział do małego kręgu wokół nas głosem, który wszyscy mogli usłyszeć: „To jest Wayne. Powiedział, że nigdy nie damy rady tego zrobić. Powiedział, że nigdy nie dam rady tego zrobić. Cóż, chyba mu pokazałem!”

Spojrzałam na niego, otworzyłam usta w udawanym proteście, a potem poddałam się śmiechowi starych przyjaciół, radosnej uldze tych, którzy są wystarczająco starzy, by wiedzieć, że życie może być rozdzierające serce, niemożliwie trudne - a także niepojęte, nieprzewidywalne cudowne. Spojrzeliśmy na siebie i uśmiechnęliśmy się. Wiedzieliśmy, co się stało. Wiedzieliśmy dlaczego i wiedzieliśmy jak. To było od razu oczywiste, nie można było tego nie zauważyć.

Gdziekolwiek spojrzałeś, prezent się poruszał.

* * *

Pewnego śnieżnego wieczoru w północnym Nowym Meksyku dar się poruszał. A piękno, wdzięk i cud rozkwitały wszędzie, gdziekolwiek spojrzałeś. Nawet zimą, gdy wszystko na powierzchni wydaje się martwe lub umierające.

Ale tuż pod powierzchnią coś silnego, niezwyciężonego, prawdziwego, jakiś nowy, jeszcze nieodkryty dar już się porusza, czekając na swój sezon, cicho przygotowując się do wybuchu w jakąś świeżą, nowo niemożliwą przygodę. Zalany kolorami, kształtami i fakturami obfitej płodności, której nikt nie mógłby sobie wyobrazić.

Wiem, że to prawda. Ponieważ widziałem to wielokrotnie. Jakiś nowy, niemożliwy dar nadejdzie. A kiedy to nastąpi, poznamy to po sposobie, w jaki się przemieszcza, od osoby do osoby, błogosławiąc, rozwijając, uzdrawiając każdego i wszystkich, po drodze.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS