„Czy potrafisz chodzić, kochanie?” – mówię te słowa do naszej umierającej suczki Stelli. Czas na śniadanie i jeśli przejdzie z naszego łóżka do kuchni, może to będzie znak. Może będzie dobrze. Więc pytam ją ponownie: „Czy potrafisz chodzić?”. Kiedy pytam, przypominam sobie jedenaście lat snu skręconego jak precel, aby pies mógł dobrze się wyspać. Pamiętam poranki, jak wstawała o świcie i tupała nogami swojego Pointera po materacu, żeby mnie obudzić, żeby wykurzyć mnie z zarośli snu, jak dziką przepiórkę.
Teraz jest dziewiąta rano, a ona wzdycha u stóp łóżka, jej oczy są czujne i oddycha szybko. Kiedy moja matka umierała, nie zadawałem tego pytania. Nie zadawałem żadnego pytania. Nie chciałem znać odpowiedzi, ponieważ odpowiedź zmieniłaby wszystko. Nie rozmawialiśmy o raku – o tym, jak pożera kości i organy wewnętrzne mojej matki, jak planuje ukraść moją ulubioną osobę. Nie rozmawialiśmy o miłości i stracie ani o jej tęsknocie za tym, abym znalazł życie, które rozkwitnie. Nie wspominaliśmy o tym, jak śmierć zabije tę radość dla niej lub jak śmierć pozbawi mnie przyjemności powrotu z college'u na przerwę w Święto Dziękczynienia i zobaczenia jej twarzy w kuchennym oknie, chętnej usłyszeć każdy szczegół mojego życia. Śmierć to zabije.
Więc o tym nie rozmawialiśmy. Byłem unieruchomiony. Razem w naszym niegdyś bezpiecznym domu w Briarcliff , tamtego ostatniego ranka moja matka nie mogła mówić. Chciała czegoś ode mnie. Chciała mojej pomocy. Miałem siedemnaście lat i nie wiedziałem, co robić. W pokoju działo się coś złego. Byłem zbyt przestraszony, by pokazać swój strach. Chciałem to naprawić. Nie wiedziałem, co robić. Więc trzymałem ją za rękę, łzy bez szlochu spływały mi po policzkach, zdezorientowany w obliczu niewypowiedzianej śmierci. Spojrzała na mnie i powiedziała: „Dziękuję”. Trzydzieści sześć godzin później zmarła. To były ostatnie słowa, jakie kiedykolwiek do mnie powiedziała.
W jakiś sposób, przez lata życia, posługi, umierających bliskich, utraconych zwierząt i utraconych miłości, uczę się pytać „Czy możesz chodzić?” Uczę się zadawać inne trudne pytania i być spokojnym i obecnym z odpowiedziami. Uczę się cierpieć. Pierwsze ostrożne kroki w stronę cierpienia podjąłem w Shadowlands , produkcji na Broadwayu, gdzie przez przypadek i znajomości zostałem obsadzony jako dubler przez osiem tygodni. Sztuka opowiada o przejściu C.S. Lewisa od intelektu do doświadczenia. Kiedy Lewis był dzieckiem, jego matka zmarła. Nigdy nie płakał, nigdy nie pozwolił sobie poczuć straty. Pod koniec życia, kiedy Lewis był zrzędliwym profesorem licencjackim, poznał swoją prawdziwą miłość Joy Gresham. Niedługo po tym, jak się poznali i pobrali, zachorowała na raka i zmarła. Kiedy Joy zmarła, pozwolił, aby spustoszenie go przytłoczyło. Powiedział: „Chłopak wybiera bezpieczeństwo, mężczyzna wybiera cierpienie”.
Osiem pokazów w tygodniu, siedząc za kulisami i słuchając monitorów, słyszę te słowa: Chłopak wybrał bezpieczeństwo, mężczyzna wybrał cierpienie. I teraz, każdego dnia, dokonuję wyboru między bezpieczeństwem a cierpieniem. Czy będę miał odwagę stawić czoła temu, co się stanie i zachować moje serce w pokoju? Ponieważ nie wiem, czy potrafię chodzić. Nie wiem, czy potrafię stać. Są dni, kiedy chwieję się na tej scenie zwanej ziemią, stając twarzą w twarz z smutkami bycia człowiekiem – stratą, śmiercią, upokorzeniem nieustannej zmiany. Ale czasami cierpienie nie jest cierpieniem. Te ostatnie dni ze Stellą, z radością cierpiałbym znowu. To był zaszczyt trzymać ją, gdy mnie puszczała. To była radość stawiać jej potrzeby na pierwszym miejscu. To była radość pytać: „Czy potrafisz chodzić?” i kochać to, co było prawdą. To była radość ją pielęgnować, rozumieć, że miłość to miłość i nie ma znaczenia, czy jest tylko psem, i że śmierć nigdy nie może zabić takiej miłości. Cierpienie nie jest cierpieniem. Cierpienie jest nową radością.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
4 PAST RESPONSES
Thank you so much for these powerful words. I am suffering the passing of our beloved cat and this was so inspiring. It gave me validation to accept my grief, my suffering. Love is love in whatever form we cherish it. And when that form departs there is a vacuum that yearns to be filled.
Really thankful for this profound, moving essay, and your comments, Ted and Aimee. I get so frustrated when well meaning folks encourage me to focus on the positive. Being awake to pain, one's own or others', doesn't necessarily mean wallowing. But I am guilty of rejecting myself for my own suffering, judging myself harshly for not being happy or positive enough. Safety is so tempting, and frankly I'd rather live there most of the time.
I choose suffering too, yet the cancer in my own body makes me want to run to safety.
And I too have seen the dying process, and the death. And while I've seen my own mother let go, as well as a good friend recently (and two loving dogs), I'm glad I kept my eyes open to all of life, even when it is brutal. Still, sometimes I wish it weren't this way.
Thank you for this gift. So much of today seems to be about happiness and feeling good. Many times I find it almost numbing. To me, true feelings and joy shine through at those moments when you realize all you have and all you stand to lose, and sometimes that comes with the price of suffering.