Back to Stories

Chris Henrikson: Społeczne Lekarstwo Na kulturę Przemocy

Chris-Henrikson-photo_forweb_2 Chris Henrikson jest założycielem Street Poets, Inc. , non-profitowego programu interwencji w zakresie przemocy opartego na poezji dla młodzieży wysokiego ryzyka w obozach dla nieletnich, szkołach kontynuacyjnych i na ulicach hrabstwa Los Angeles. Henrikson nazywa go również „organizacją pokojową opartą na poezji”, która wykorzystuje proces twórczy jako narzędzie transformacji jednostki i społeczności.

Po raz pierwszy dowiedziałem się o Street Poets podczas ceremonii przodków Malidoma Somé w Ojai w Kalifornii, w której uczestniczyło również dwóch młodych Street Poets. Młodzi ludzie — mocno wytatuowany Latynos i nieśmiała, kręcona kobieta — uciszyli nas wszystkich siłą i wrażliwością oryginalnej poezji spoken-word, którą się dzielili.

Henrikson założył Street Poets w 1996 roku. To, co zaczęło się jako warsztat pisarski w obozie dla nieletnich, przerodziło się w małą grupę pisarzy i wykonawców; następnie przeniknęło do klas szkół średnich w Los Angeles, przynosząc transformacyjne rezultaty. Obecnie Street Poets sponsoruje otwarte mikrofony społecznościowe, prowadzi studio nagraniowe, które produkuje płyty CD z pracami swoich wykonawców, publikuje kompilacje ich poezji i angażuje młodych mężczyzn i kobiety poprzez warsztaty, kręgi bębniarskie, rekolekcje na łonie natury i ceremonie rdzennych mieszkańców, działalność na rzecz młodzieży w rezerwatach indiańskich, a ostatnio mobilne studio nagraniowe i performatywne o nazwie „Poetry in Motion”, stworzone z przerobionego vana.

Street Poets był prezentowany w kolumnie Steve’a Lopeza w Los Angeles Times oraz w stacjach radiowych KPFK i KIIS, a także otrzymał nagrodę John Anson Ford Human Relations Award z 2003 r. od Los Angeles County Commission on Human Relations. Nagroda ta uznaje Street Poets za „wzorowy program dla młodzieży… który wpaja zrozumienie i świadomość międzygrupową poprzez ekspresję artystyczną, eksplorując własne wartości, zasoby i przeszkody, aby stać się agentami zmian w swoich społecznościach”. — Leslee Goodman

MOON : Co zainspirowało Cię do stworzenia Street Poets?

Henrikson : Właściwie samozachowanie. Przyjechałem do Los Angeles na początku lat 90., żeby pójść do szkoły filmowej. Sprzedałem swój pierwszy scenariusz i przez kilka następnych lat byłem bardzo dobrze opłacany za to, że mogłem zmienić coś, co było mi drogie, w coś nie do poznania.

Sprzedałem się .

W rezultacie straciłam dostęp do kreatywnej strony siebie. To było tak, jakby ktoś zakręcił kurek i nie miałam już żadnego przepływu. Byłam oderwana od ziemi, dryfująca. Byłam tym mocno przerażona.

Mieszkałem w Los Angeles w okresie po zamieszkach wokół Rodneya Kinga. Pewnego dnia zobaczyłem ogłoszenie w magazynie Writers' Guild, w którym ktoś szukał kogoś, kto uczyłby młodzież odsiadującą wyroki twórczego pisania. Od razu wiedziałem, że to jest to, co muszę zrobić. To było tak, jakby moja dusza powiedziała: „OK, kolego, oto koło ratunkowe”.

Zacząłem więc raz w tygodniu chodzić do tego obozu dla nieletnich na dwie godziny. Dyrektor osobiście wybrał sześciu młodych mężczyzn, którzy czekali na mnie pierwszego dnia, gdy wszedłem. Byli tak gotowi na tę okazję, że niektórzy z nich mieli nawet w ręku poezję. Przypominali mi mnie samego — jak ważne było dla mnie pisanie w młodości. Jeden z nich powiedział: „Gdzie byłeś , człowieku?” i usłyszałem jego pytanie jako głos Ducha pytającego mnie: Gdzie ja   było? To było cholernie dobre pytanie.

Odłączyłem się od siebie.

Te dwie godziny każdej środy stały się jedyną częścią tygodnia, w której czułam się naprawdę jak w domu. Dzieci wymagały ode mnie obecności, której nic innego w moim życiu wtedy nie wymagało. Dzieliliśmy się naszym bólem, łzami, historiami, lękami. W tamtym czasie w moim życiu nie było niczego innego, co wiązałoby się z tak głębokim poziomem dzielenia się. Zaczęłam szukać sposobów, w jakie mogłabym rozszerzyć tę jakość na więcej obszarów mojego życia.

W tym samym czasie niektórzy młodzi mężczyźni z naszej grupy zostali wypuszczeni — z powrotem w ogień, z którego wyszli. Poczułem się zobowiązany do utrzymywania z nimi kontaktu — i wkrótce mieliśmy grupę naprawdę dobrych pisarzy spotykających się „na uboczu”. Następnie grupa zaczęła występować, co tak mocno nas ze sobą związało, że chcieliśmy to kontynuować.

Tak właśnie zaczynali Street Poets — sześciu byłych więźniów i ja, ich menedżer trasy. [Śmiech]

W 1999 roku zaczęliśmy wychodzić z poezją do szkół. Przypadkowo, mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Kalifornii głosowano nad Juvenile Crime Initiative, czyli Proposition 21. Kampania Prop 21 zasadniczo demonizowała nieletnich przestępców. Prop 21 pozwoliła stanowi sądzić czternastolatków jako dorosłych, rozszerzyła zasadę trzech ostrzeżeń, wysyłała więcej nieletnich do więzień dla dorosłych itd. Street Poets stali się rzecznikami kampanii „No on 21”, ponieważ nasi członkowie byli przekonującym dowodem na to, że powinniśmy dać nieletnim przestępcom drugą szansę. Zaczęliśmy organizować otwarte mikrofony; otworzyliśmy studio nagrań; zaczęliśmy wzmacniać głosy tych rzekomo „złych” dzieci, aby pokazać, jak potężną siłą dobra mogą być.

Chociaż Proposition 21 została przyjęta, reakcja na Street Poets w szkołach była tak pozytywna, że ​​zaczęliśmy rozszerzać nasze warsztaty w tym miejscu. Teraz 75 procent naszych uczestników to uczniowie szkół średnich z South Los Angeles.

MOON: Jak Street Poets ewoluowało od początku? Ilu osobom służysz i jak im służysz?

Henrikson: Każdego roku obsługujemy od 600 do 700 młodych ludzi poprzez nasze warsztaty szkolne, rekolekcje, wydarzenia i rytuały społeczności oraz inne programy. Ponadto mamy około 50 młodych ludzi i młodych dorosłych, którzy stanowią naszą podstawową grupę liderów społeczności i wykonawców. Mamy studio nagrań i galerię sztuki, z których korzystamy podczas naszych wydarzeń open-mic społecznościowych. Właśnie kupiliśmy furgonetkę, którą obecnie wyposażamy w mobilne studio nagrań i miejsce występów „Poetry-in-Motion”. To było nasze marzenie przez ostatnie pięć lat i teraz staje się rzeczywistością.

W Street Poets tworzymy przestrzenie, w których uczniowie czują, że mogą się otworzyć, opowiedzieć swoje historie — i w ten sposób ujawnić swoje dary. To rdzenne zrozumienie, że każdy rodzi się z darem do dzielenia się i że twój dar zazwyczaj znajduje się tuż obok twoich najgłębszych ran. Musisz być gotowy stanąć w bólu swojej rany, aby uzyskać dostęp do swojego daru. Street Poets jest tutaj, aby pomóc młodym ludziom to zrobić.

Kiedy zaczęliśmy chodzić do szkół średnich, niektórzy z naszych doświadczonych poetów ulicznych najpierw dzielili się swoimi własnymi wierszami, aby nadać głębi rozmowie i dać uczniom znać, że mogą się otworzyć. I oczywiście mamy mnóstwo świetnych ćwiczeń pisarskich. Ale to, co naprawdę robi różnicę, to poziom głębokiej obecności słuchania, którą wnosimy do klasy. To jest coś, czego dzieci na ogół nie doświadczają w szkole. Większość nauczycieli nie ma czasu ani nawet impulsu, aby zapytać każdego ucznia: „Kim naprawdę jesteś? Dlaczego tu jesteś? Jak wyglądało twoje życie?” Odkryliśmy, że prosty akt prawdziwego słuchania kogoś, kto opowiada swoją historię — i pozwolenie, aby ta historia cię poruszyła — może być doświadczeniem zmieniającym życie — zarówno dla opowiadającego, jak i słuchającego. Nasze łzy podlewają ogrody innych ludzi, jak i nasze własne. I, jak powiedział poeta Kahlil Gibran, „Im głębiej smutek rzeźbi twoje istnienie, tym więcej radości może zawierać”. Więc my też dużo się śmiejemy.

MOON: Jesteś białym facetem, ale nie wydaje się, żeby rasa była przeszkodą w nawiązywaniu kontaktów z tymi dziećmi.

Henrikson: Tak, i jestem tak biały, jak tylko można być białym [śmiech]. Mogę prześledzić swoje korzenie do Mayflower z jednej strony mojej rodziny i do Norwegii z drugiej. Ale nie, nie był to problem w sposób, w jaki większość ludzi mogłaby się spodziewać. Okazuje się, że nie jest tak łatwo oprzeć się otwarciu się przed kimś, kto słucha ciebie i twojej historii bez strachu lub osądu. Myślę, że w każdym z nas jest coś, co chce być widziane i słyszane w ten sposób.

Ponadto, ostatnio nowi studenci często spotykają mnie, gdy współprowadzę warsztaty ze starszymi Street Poets, z którymi jestem w głębokich relacjach mentorskich od szesnastu lat. Kiedy dzieci widzą, jak bardzo sobie ufamy, one również otwierają się szybciej.

Czasami spotykam się z podejrzliwością ze strony niektórych przyjaciół i członków rodziny naszych Street Poets. „Kim jest ten facet? Czy jest policjantem, fanatykiem Jezusa czy mormonem?” Ponieważ to jedyni biali ludzie, jakich widzieli. Podejrzewają, że moje plany mogą być podejrzane. Ale z czasem, gdy zauważą, że ich dziecko radzi sobie lepiej lub rozwija się w jakimś nowym kierunku, często dołączają do szeregów najbardziej oddanych zwolenników naszej organizacji.

Mimo wszystko byłoby naiwnością z mojej strony powiedzieć, że rasa nie jest problemem. W końcu to Ameryka. Osobiste rany, które badamy na naszych warsztatach pisania poezji, naturalnie łączą nas z większymi, często pogrzebanymi ranami kulturowymi i przodków, które są nadal bardzo żywe w naszym kraju – i które należy wykopać, aby je uleczyć. W dzielnicy rany te są bliżej powierzchni. W zamożniejszych, przeważnie białych społecznościach, trudniej do nich dotrzeć. W Street Poets staramy się wnieść światło świadomości do niektórych z tych głębszych, mrocznych rejonów naszej zbiorowej psychiki. Czasami może się to skomplikować i stać się chaotyczne, szczególnie dla uprzywilejowanego białego mężczyzny, takiego jak ja, który jest również założycielem organizacji, która służy głównie ludziom kolorowym walczącym o przetrwanie na marginesie naszego systemu ekonomicznego. Czasami doświadczam pewnego rodzaju społeczno-ekonomicznego szoku, jadąc do domu ze Street Poets na moją ładną, zalesioną ulicę w Santa Monica Canyon pod koniec dnia. Ale prawda jest taka, że ​​wszyscy cierpimy z powodu tego bicza, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie. Istnieje nie do utrzymania napięcie wywołane przez rosnącą przepaść między bogatymi i biednymi w tym kraju, które należy rozwiązać. Zmiana systemu będzie wymagać innego rodzaju świadomości niż ta napędzana strachem, która go stworzyła. W Street Poets staramy się zasiać nasiona tej nowej świadomości, jeden poetycki wers na raz.

MOON: Czy nie spotykasz się z oporem ze strony dzieci, które nigdy wcześniej nie pisały poezji? Czy nie czują, że prosisz je o zrobienie czegoś, czego nie potrafią, a może nawet nie chcą robić?

Henrikson: Mniej niż mogłoby się wydawać. Metafora, której używam, aby ich zachęcić, to wejście do rzeki — potężnej rzeki, która jest szeroka i wartka. Na początku jest dużo nerwowego śmiechu i żartów — większość tych dzieci myśli, że nie potrafią pływać. Ale gdy pozwalają słowom wypływać z ołówka na papier, rzeka ostatecznie przejmuje kontrolę i przenosi je w miejsca, w które świadomie nie poszłyby same. Kiedy dziecko po raz pierwszy doświadcza tego poddania się — i bycia niesionym przez siłę rzeki — jest podekscytowane. Podobnie jak reszta z nas, którzy mogą być tego świadkami.

MOON: Czy podzielisz się jakimiś głębszymi przeżyciami, jakie przeżyłeś dzięki Street Poets?

Henrikson: Wow. To trudne. Robię to od siedemnastu lat i było tak wiele potężnych doświadczeń. Teraz przychodzi mi na myśl młodzieżowy rekolekcje w Big Bear w Kalifornii, które odbyły się kilka lat temu. Zabrałem ze sobą zagorzałego członka gangu, nazwijmy go Julio, który właśnie wyszedł z aresztu dla nieletnich. Zasadniczo zmusiłem go, żeby poszedł z nami — ponieważ dla kogoś, kto wraca z tak nieludzkiego doświadczenia, jak areszt, jest naprawdę ważne, aby mocno ugruntować się w naturze — a także w społeczności.

Byliśmy grupą około sześćdziesięciu facetów w wieku od czternastu do dwudziestu jeden lat. Julio miał osiemnaście lat. Gdy tylko przybyliśmy, Julio zobaczył dzieciaka, którego okradł kilka lat wcześniej; kogoś, kogo naskoczył, pobił i zostawił krwawiącego na chodniku. Julio zbladł i wyszeptał do mnie: „Znam tego faceta; znam tego faceta! Ale nie sądzę, żeby mnie rozpoznał”.

Dzień później Julio odciągnął dzieciaka na bok i zapytał: „Czy wiesz, kim jestem?” Kiedy dzieciak odpowiedział: „Nie”, Julio wyznał... i weszli w naprawdę głęboką rozmowę. Julio powiedział mi później ze łzami w oczach: „On mi wybaczył”.

Ostatniego dnia rekolekcji Julio stanął przed całą grupą i opowiedział o poczuciu winy i wstydu, które nosił w sobie z powodu wszystkich rzeczy, które zrobił jako członek gangu. Zaczął opowiadać historię „kogoś, kogo skrzywdziłem”, przyznając jednocześnie, że są inni, których nigdy nie będzie w stanie przeprosić. Wtedy się załamał. Nie mógł kontynuować, dopóki młody mężczyzna, którego skrzywdził, nie przeszedł przez pokój i nie objął go na oczach wszystkich. Niedługo potem sześciu młodszych facetów, którzy flirtowali z pomysłem założenia własnego gangu, aby „chronić się” przed sąsiednimi gangami, wstało, jeden po drugim, i raz na zawsze wyrzekło się tego pomysłu. Wyrzuty sumienia Julio były tak prawdziwe i surowe, że zainspirowały całkowitą zmianę ich podejścia do gangbangu. Tej nocy uratowano wiele istnień.

KSIĘŻYC: Wow.

Henrikson: Tak. To był moment transformacyjny na „dużą skalę”, ale były tysiące mniejszych, bardziej intymnych. Dzieciaki stojące na otwartych mikrofonach i dzielące się czymś, czym nigdy wcześniej się nie dzieliły, przed ludźmi, których nie znają. Dzieciaki przemieniane przez pozytywne reakcje na swoje wiersze podczas warsztatów.

Chcę się z wami podzielić kilkoma doświadczeniami, może nie aż tak pozytywnymi, ale bardzo pouczającymi.

Pierwszym było to, gdy jeden z naszych najbliższych kręgów — młody mężczyzna o imieniu Eric, który dokonał ogromnych pozytywnych zmian w swoim życiu i nawet zaczął z nami nauczać — zginął w swoje dziewiętnaste urodziny. Część mnie umarła wraz z nim tego dnia, naiwna część, która jakoś wierzyła, że ​​bycie w Street Poets ochroni naszych chłopaków przed najgorszym, co oferowało im ich otoczenie.

Potem, dwa dni później, inny z naszych dzieciaków, nazwijmy go Isaac, który właśnie ukończył liceum — cud sam w sobie, bo był mocno zaangażowany w narkotyki — przyszedł, żeby mi podziękować i pożegnać się. Powiedziałem: „Co masz na myśli mówiąc „do widzenia”? Właśnie ukończyłeś liceum, człowieku. Idziesz na studia. Jest dobrze”.

Ale okazało się, że poprzedniej nocy wskoczył do gangu. A wskoczyli do niego starsi faceci — trzydziestolatkowie — co oznaczało, że był na takim poziomie, że bardzo trudno byłoby się z niego wydostać. Był śmiertelnie przerażony, a ja czułam się zupełnie bezsilna, żeby móc zrobić lub powiedzieć cokolwiek, żeby mu pomóc.

Kilka miesięcy później poprosiłam go, żeby spotkał się ze mną na lunchu w meksykańskiej restauracji. Biegał po ulicach i wyglądał okropnie. Po kilku minutach rozmowy zauważyłam wężopodobną, czarną mgłę, która unosiła się z jego brzucha, przez serce i wokół szyi, aż do twarzy. Nie miałam pojęcia, na co patrzę, więc coś we mnie powiedziało: „Co to było?”

Izaak wydawał się zaskoczony i powiedział: „Widzisz to?”

Przeszły mnie dreszcze i powiedziałem: „Tak”.

Isaac uśmiechnął się i odwrócił wzrok. Kiedy spojrzał z powrotem, powiedział: „On chce z tobą porozmawiać”.

Przez następne pięć minut rozmawiałem z czymś, co mogę nazwać jedynie bytem — czymś, co nie było tym dzieciakiem — który bardzo agresywnie i terytorialnie powiedział: „Odczep się. Nie wiesz, z czym masz do czynienia. On jest mój”.

Jednak podczas gdy ta istota robiła te wszystkie pozy, pamiętam, że pomyślałam: „On się boi i czuje się zagrożony miłością, którą mam do Isaaca. Dlatego zachowuje się tak agresywnie”.

Pod koniec rozmowy ta wężopodobna rzecz osiadła z powrotem w brzuchu Isaaca, a Isaac wrócił, nieświadomy rozmowy, która właśnie miała miejsce. Zapomniał o niej.

Wyprowadziłem go na zewnątrz, na słońce, kazałem mu wziąć kilka głębokich oddechów — zrobiłem wszystko, co przyszło mi do głowy. Ale później zdałem sobie sprawę, że „potrzebuję nowych mentorów”. W szkole filmowej nie nauczyli mnie, jak sobie radzić z takimi rzeczami.

Gdy tylko pomyślałem o tym, w moim życiu zaczęli pojawiać się nowi mentorzy. Jednym z nich był szaman z Afryki Zachodniej o imieniu Malidoma Somé, którego poznałem po raz pierwszy na męskim odosobnieniu sponsorowanym przez Mosaic Multicultural Foundation Michaela Meade'a. Kiedy opowiedziałem Malidomie o moim doświadczeniu z Isaakiem, powiedział mi: „Jeśli to widzisz, powinieneś z tym pracować”. Zacząłem więc studiować rdzenne metody uzdrawiania w tradycjach afrykańskich i peruwiańskich i zacząłem włączać to, czego się nauczyłem, do naszej pracy w Street Poets.

MOON: Dlaczego? Jakie korzyści przynoszą rdzenne rytuały i ceremonie?

Henrikson: Rdzenne kultury rozumieją, że musimy stawić czoła naszemu bólowi, aby się uleczyć: „musisz go poczuć, aby go uleczyć”. Nasza kultura woli dawać nam antydepresanty, aby zamaskować ból, abyśmy nigdy się z nim nie zmagali. Zamiast tego uciekamy od niego lub projektujemy go na innych ludzi lub narody — a następnie próbujemy wymazać nasz ból, wymazując tych ludzi.

Dlatego powiedziałem, że aby uleczyć brutalną kulturę, potrzebujemy więcej bólu. Przeciętny Amerykanin może tego nie rozumieć, ale tubylcy to rozumieją. Kiedy ból w końcu staje się na tyle silny, że nie możesz przed nim uciec, twoje serce pęka. A kiedy serce się otwiera, twoja wizja się rozszerza. Zaczynasz dostrzegać możliwości, na które wcześniej byłeś ślepy.

MOON: Czy sądzisz, że koszmar masakry w Sandy Hook mógł poruszyć serca wystarczającej liczby Amerykanów, aby stawić czoła przemocy obecnej w naszej kulturze?

Henrikson: Myślę, że jest jeszcze za wcześnie, aby to stwierdzić, ale wyraźnie otworzyło to serca osób najbliższych tragedii i wielu Amerykanów, którzy być może byli już gotowi na tego rodzaju transformację. Oczywiście, incydent taki jak ten może być również wykorzystany przez tych, którzy boją się zmian, aby pogłębić problem. Mimo to, rodzaj zbiorowej żałoby, która nastąpiła wokół tej tragedii, daje mi nadzieję na przyszłość. I wiem z własnego doświadczenia z żałobą, że gdy całkowicie się jej poddamy, ma ona moc otwierania drzwi, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy.

KSIĘŻYC: Co jeszcze mają nam do zaoferowania rdzenne kultury?

Henrikson: Rdzenne kultury również rozumieją — i praktykują — moc rytuału, który zapewnia bezpieczny kanał, przez który można wyrażać emocje. Jeśli jako kultura mamy wybrać odczuwanie bólu, aby móc się uleczyć, musimy mieć bezpieczne miejsce, w którym możemy to zrobić. Rytuały zapewniają przestrzeń, w której ludzie mogą się rozpaść i nadal być trzymani.

Na przykład, ten dzieciak Isaac, z którym miałem energetyczne doświadczenie z wężem, później ukończył rytuał ziemny, w którym wykopał sobie grób. Jeśli nigdy tego nie robiłeś, pozwól, że ci powiem, to intensywne doświadczenie. Kiedy zanurzysz się na około dwa stopy, znaczenie tego, co robisz, zaczyna oddziaływać na twoją psychikę. Następnie, kiedy wykopiesz wystarczająco głęboki dół, zostajesz pogrzebany po szyję i tam zostawiony. Ktoś czuwa, a reszta grupy, społeczność, wycofuje się do ognia, aby trzymać przestrzeń z dystansu.

Przez cztery lub pięć godzin Izaak „gotował się” w ziemi. I zaczął doświadczać i uwalniać wszystkie te warstwy. Krzyczał; śmiał się demonicznie; płakał. W pewnym momencie powiedział, że jest gotowy, aby wyjść, ale kiedy przyszliśmy go wykopać, zmienił zdanie i powiedział: „Nie, zostanę tutaj, dopóki ziemia mnie nie uwolni”.

Podobnie jak wiele osób, Isaac zrobił rzeczy, których nie mógł cofnąć. Zdał sobie sprawę, że zrezygnował z prawa do życia dla siebie. Teraz będzie musiał żyć dla innych – być źródłem uzdrowienia dla innych. W każdym razie akt bycia pochowanym w ziemi był instrumentalny w osiągnięciu tego zrozumienia. Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby nasze społeczeństwo jako całość, które również jest odpowiedzialne za okrucieństwa, których nie może cofnąć, doświadczyło takiego przebudzenia.

W każdym razie, kilka minut później wróciliśmy, a Isaac siedział przed swoim grobem — co jest naprawdę niesamowitym osiągnięciem. Kiedy jest się pochowanym w ziemi, ściśniętym, z całym tym ciężarem na sobie, nie można się ruszyć. Musiało to wymagać nadludzkiego wysiłku — albo ziemi współpracującej w jego uwolnieniu — aby się wydostać.

Oto uzdrawiająca moc rytuału.

Wiele dzieci, którym pomagamy za pośrednictwem Street Poets, jest tak pochłoniętych poczuciem winy i wstydu z powodu rzeczy, które zrobiły, że są emocjonalnie zablokowane. Prawie wszystkie dzieci w gangach mają wspólną wibrację energetyczną zakorzenioną w strachu — noszą w sobie wrogie, drapieżne energie. Zazwyczaj przejmowały nad nimi kontrolę, gdy zdawały sobie sprawę, że nie są bezpieczne: ich rodzice byli agresywni lub nieobecni; ich wujek je gwałcił; ulice były groźne. Przyjmowały te wrogie energie jako sposób na ochronę siebie i tak długo, jak pozostają w gangu, te energie trzymają je w pułapce.

Pomagamy dzieciom zrozumieć siebie na poziomie energetycznym — można by powiedzieć na poziomie duszy — aby pamiętały, że te energie nie są tym, kim są; nie tym, kim przyszły tu być. Prosimy je, aby wróciły do ​​okoliczności, które stworzyły możliwość wejścia tej wrogiej, pasożytniczej energii i uznały, że ta energia służyła im przez jakiś czas. Być może potrzebowały ochrony; potrzebowały kogoś silniejszego, niż same siebie postrzegały, aby poradził sobie z ich życiem. Ale teraz mogą już nie potrzebować tej energii. W rzeczywistości ta energia może wyrządzać nieodwracalną krzywdę im samym i innym. Ta energia pozwala Izaakowi, na przykład, wymknąć się, podczas gdy wąż popełnia jakieś przestępstwo. Następnie Izaak wraca i musi poradzić sobie z konsekwencjami.

Z czasem, świadomością, społecznością, a czasem rytualną interwencją, nasi poeci uliczni pozbywają się tych wrogich energii i bytów. Mogą powiedzieć tym nieautentycznym częściom siebie: „Dziękuję za waszą służbę, ale teraz ja decyduję”. Kiedy to robią, odzyskują swoje życie.

Tutaj pojawia się znaczenie społeczności. Dopóki dzieci są w gangu, gang wzmacnia opartą na strachu drapieżną energię. Młodzież pozostaje zniewolona przez strach i sprzymierzona ze śmiercią. Bardzo trudno jest komuś wydostać się z tej pułapki samemu. Ale ze społecznością ludzi oddanych uzdrawianiu, dzieci mogą przestać uciekać przed swoim bólem i stawić mu czoła takim, jakim jest. Wtedy widzą, że nie jest on już tak groźny, jak kiedyś — lub że nie są już tak bezsilne, jak kiedyś.

Nie możesz sam wyleczyć się z przeszłości; potrzebujesz innych, którzy będą świadkami twojego bólu i twojego uzdrowienia; kogoś, kto przypomni ci, że jeśli przejdziesz przez ból, możesz odebrać swój dar. To prawdziwa podróż bohatera — a przy wsparciu ci młodzi ludzie podejmują się jej. I ją realizują. Podsumowując, to właśnie zapewnia Street Poets.

MOON: Czego dowiadujesz się z doświadczenia Street Poets o wspólnocie w naszej szerszej kulturze?

Henrikson: Myślę, że to autor M. Scott Peck powiedział: „Wspólnota jest owocem wspólnego złamania”. Ale niestety czasami wydaje się, że ostatnią rzeczą, którą chcemy się dzielić, jest nasze złamanie. Nasza kultura jest zafascynowana tłumieniem bólu. Nie chcemy radzić sobie z własnym bólem i z pewnością nie chcemy słuchać o bólu innych ludzi. Więc znieczulamy się alkoholem, narkotykami lub lekami i rozpraszamy się telewizją; konsumpcją. Poczucie izolacji i bezsensu jest wszędzie w naszym społeczeństwie. Widzisz to u facetów, którzy strzelają do innych, którzy wyglądają jak oni na ulicach śródmieścia. Widzisz to w Iraku i Afganistanie. Kiedy nie radzimy sobie z własnym strachem i bólem, projektujemy to na innych ludzi. To właśnie robią gangi; to samo robi nasz kraj od czasu lądowania Mayflowera... od ludobójstwa Indian, przez niewolnictwo, po wojnę z terroryzmem. Jako naród przestaniemy projektować nasz strach i ból, gdy wystarczająco dużo z nas dokona własnego uzdrowienia. Dobra wiadomość jest taka, że ​​pod powierzchnią rzeczy zaczynają się zmieniać, a wielkie systemy napędzane strachem, takie jak wojsko, więzienia, a nawet, można by rzec, nasz system ekonomiczny oparty na konsumpcji, zaczynają się rozpadać. W miarę jak to będzie trwać, konieczne będzie wyłonienie się nowych sposobów bycia razem. Z mojego doświadczenia wynika, że ​​najbardziej inspirujące nowe sposoby są zakorzenione w bardzo starych sposobach.

MOON: Jak możemy tworzyć zdrowsze społeczności w szerszej kulturze? Co może zastąpić izolację, którą odczuwa wiele osób — nie tylko w centrach miast, ale także na przedmieściach i w społecznościach klasy średniej — gdzie powszechne jest stosowanie leków przeciwdepresyjnych, alkoholizm i ostentacyjna konsumpcja?

Henrikson: Jedną z najprostszych i najważniejszych rzeczy do zrobienia jest ponowne zaproszenie natury do naszego życia. W naturze jest magia. Spróbuj odłączyć telewizor i zbudować palenisko na podwórku. Przez tysiąclecia ludzie w ten sposób pielęgnowali społeczność. Siedzieliśmy i opowiadaliśmy historie przy ognisku; śpiewaliśmy piosenki; tańczyliśmy i graliśmy na bębnach. Wszyscy potrzebujemy przestrzeni, aby być sobą i wszyscy potrzebujemy ludzi, którzy wiedzą, kim jesteśmy i którzy mogą nam przypomnieć o naszych darach, gdy o nich zapomnimy.

Dla rdzennych mieszkańców ogień jest również naszym połączeniem z przodkami i światem duchowym. Jeśli nie spędzamy czasu na łonie natury regularnie lub nie zbieramy się wokół ognia przynajmniej raz w miesiącu, tracimy okazję do połączenia się ze sobą i z ludźmi, którzy nas tu wysłali. Z tymi duchami po drugiej stronie, które wciąż mają zdolność, by nam pomóc.

To podstępne: gdybyś próbował odciąć ludzi od ich poczucia połączenia z duchem; gdybyś próbował kolonizować ludzi i manipulować nimi dla własnych celów, wynalazłbyś telewizję i komputery, aby ich „rozrywką” i napompować ich wiadomościami, w które chcesz, aby uwierzyli — takimi jak: nie jesteś w porządku taki, jaki jesteś, potrzebujesz określonego wyglądu, określonych ubrań, określonego samochodu, określonego stylu życia — wszystkie te sztuczne potrzeby są w nas programowane. To jest więc pierwszy krok w tworzeniu społeczności: odzyskaj siebie i odłącz się od zewnętrznej manipulacji.

Nie mówię, że technologia jest zła – ale nie ma nic lepszego niż zanurzenie się w naturze, w żywiołach – w ziemi, w oceanie, co jest głęboko uzdrawiające; w górach, wędrówka. Brzmi to prosto, ale tego rodzaju aktywność pozwala odpowiedziom przyjść z naszego wnętrza. Każdy z nas ma w kościach wiedzę o tym, co naprawdę znaczy być człowiekiem. Nie mówię, żebyś zmienił to, kim jesteś; mówię, żebyś wyłączył rzeczy, które cię rozpraszają i poświęcił czas na przypomnienie sobie, kim jesteś. Żeby przywołać swoją prawdziwą naturę.

Nie jesteś „Puppet” ani „C-Mafia” z tej dzielnicy czy innego gangu. Jesteś czymś o wiele więcej niż wybrany zawód, rasa, płeć, orientacja seksualna czy wiek. Jesteś kimś, kto urodził się z celem, kto jest tutaj, aby dać dar, dostarczyć lekarstwo – nie tylko dla własnego uzdrowienia, ale dla uzdrowienia innych. To dobra wiadomość – i zdecydowanie warta świętowania. To kolejne miejsce, w którym pojawia się społeczność.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

3 PAST RESPONSES

User avatar
Kristin Pedemonti Aug 9, 2016

Fantastic project and human being. Deeply inspired to read the indigenous connections as well, ritual and community are so healing as is admitting our own pain and fragility which then gives space for others to share theirs as well. Thank you so much!

User avatar
Larissa Briscombe Jul 29, 2016

Wow. Chris Henrikson has a beautiful capacity to communicate well. I'm so glad his words were captured and shared in this article. I admire the work of the Street Poets and others out there changing the world to a better reality.

User avatar
Symin Jul 29, 2016

Powerful stuff that brought tears. Kudos to Chris and all the street poets.