2 września 1867 roku 29-letni szkocki imigrant o imieniu John
Muir siedział sam w dębowym lesie nad brzegiem rzeki Ohio, z rozłożoną przed sobą mapą kieszonkową, palcem wskazującym kreślącym łuk przez głębokie Południe Kentucky, Tennessee, Karolinę Północną i Georgię, a na koniec zatrzymując się wzdłuż wybrzeża Zatoki Florydzkiej tysiąc mil dalej. Planował tam dojść pieszo.
Miłośnik dzikiej przyrody, Muir od dawna fantazjował o odwiedzeniu Florydy, „krainy kwiatów”, jak ją nazywał w swoim dzienniku , i stamtąd wsiadł na statek do Ameryki Południowej. Jego natychmiastowym planem było wybranie najdzikszej i „najmniej wydeptanej” ścieżki, jaką mógł znaleźć. „Składając moją mapę”, napisał, „zarzuciłem na ramię moją małą torbę i prasę do roślin i ruszyłem pośród starych dębów Kentucky”.
Samouk geniusz mechaniki i wyszkolony botanik, Muir otrzymał ofertę lukratywnego partnerstwa w zakładach maszynowych w Indianapolis i był skłonny ją przyjąć, ale ryzykując porzuceniem swojego życiowego marzenia o eksploracji dzikich terenów półkuli południowej. Dopiero jasność umysłu, którą wyciągnął z wypadku sprzed sześciu miesięcy, który niemal go oślepił, dała mu determinację, by porzucić konwenanse, wyrzec się perspektywy bogactwa i sukcesu i wyruszyć „całym sercem i bez lęku” w amerykańską dzicz.
Wraz z prasą do roślin zabrał ze sobą tekst botaniczny, Miltona „Paradise Lost”, Biblię i dziennik, który miał służyć zarówno jako dziennik terenowy do obserwacji botanicznych, jak i zapis jego zanurzenia w „Boskiej dziczy”. Swoją podróż nazywał „kwiatopielgrzymką” — połączeniem studiów terenowych i świętej misji, podczas której napotkał „Bożą dzicz” jako przyrodnik i poszukiwacz. „Pożegnałem się z wynalazkami mechanicznymi” — napisał o tym decydującym momencie — „zdeterminowany, by poświęcić resztę życia na badanie wynalazków Boga”.
Podczas gdy Muir czerpał ogromną przyjemność z naturalnego piękna, jakie znajdował w nieokiełznanej dziczy, przez którą przechodził w drodze na Florydę, nie był przygotowany na ciemność, izolację społeczną i otwartą wrogość, których doświadczył jako mieszkaniec północy przemierzający „zrujnowane wojną” krajobrazy głębokiego Południa dwa lata po zakończeniu wojny secesyjnej — w tym na nieumyślne przejście trasą, którą generał William Sherman przebył w swojej kampanii spalonej ziemi przez serce Georgii. Po dotarciu na Florydę był głęboko zrozpaczony, znajdując „porośnięte winoroślą”, niemal nieprzeniknione bagna zamiast „ogrodu kwiatowego”, który od dawna pobudzał jego wyobraźnię.
W Cedar Keys dopadła go gorączka malaryczna, która by go zabiła, gdyby nie życzliwa rodzina, która przywróciła go do zdrowia. Po trzymiesięcznej rekonwalescencji Muir popłynął do Kuby, Nowego Jorku, a następnie w kwietniu 1868 r. do Kalifornii, gdzie pracował jako robotnik dorywczy i pasterz u podnóża Sierra, aby zaoszczędzić wystarczająco dużo pieniędzy na kontynuowanie podróży do Ameryki Południowej.
Ale został, doglądając stada owiec u podnóża Sierra w Twenty Hill Hollow przez zimę 1868 roku, rozradowany niespodziewanym pięknem kalifornijskiej wiosny („Tutaj, tutaj jest Floryda!”). Pewnego dnia, gdy wzgórza wybuchały nową roślinnością, Muir doświadczył, jak Hollow nagle przepełnia się światłem słonecznym „o niewypowiedzianym bogactwie”, jakby „wylewało się z fontanny”. Przeniesiony w chwilowym zachwycie, poczuł, że łączy się z ziemią i światłem. „Nie możesz czuć siebie”, napisał później o tym incydencie. „Wkrótce tracisz świadomość swojego odrębnego istnienia; wtapiasz się w krajobraz i stajesz się integralną częścią natury”.
W czerwcu Muir przyjął propozycję towarzyszenia stadu 2500 owiec w górzystym regionie Sierra na letni wypas, po zapewnieniu go, że będzie miał mnóstwo czasu na eksplorację, botanikę, szkicowanie i pisanie. Gdy stado „skubało” drogę na wysokie alpejskie łąki nad północnym skrajem Doliny Yosemite , Muir coraz bardziej pochłaniało go naturalne piękno, jakie tam napotkał. „Och, te rozległe, spokojne, bezmierne dni górskie”, napisał Muir w swoim dzienniku w czerwcu, „dni, w których świetle wszystko wydaje się równie boskie, otwierając tysiąc okien, aby pokazać nam Boga”.
Zdeterminowany, by osiedlić się na stałe w Sierras, Muir znalazł pracę w małym tartaku w Yosemite i zbudował sobie chatę u podnóża Yosemite Falls. Dolina miała służyć jako jego baza przez następne cztery lata, pozwalając mu na dłuższe wycieczki w alpejskie regiony zlewni Merced i Tuolumne River, gdzie mógł zanurzyć się w krajobrazie i połączyć swoje niezwykle przenikliwe empiryczne oko z wizjonerskimi spostrzeżeniami.
Czasami przesiadywał godzinami na granitowym punkcie widokowym, szkicując lub pisząc dziennik, aż w końcu został pochłonięty komunią z „boską dzikością” krajobrazów Sierra. „Nie wiem nic o czasie i bardzo mało o przestrzeni” – pisał do przyjaciela z Doliny, wciąż pracując w młynie. „Spędzałem każdy szabat przez ostatnie dwa miesiące w świecie duchowym... rozproszonym równomiernie w całej mojej substancji”.
Z upływem lat Muir stawał się coraz bardziej człowiekiem dziczy, z nieuczesanymi włosami i oczami zafascynowanymi intensywnością, która sprawiała, że dla turystów, których spotykał, wydawał się bardziej prorokiem Starego Testamentu niż przyrodnikiem. W rzeczywistości dzicz stała się dla Muira „boskim manuskryptem” tak samo objawicielem świętości jak sama Biblia. „Każdy naturalny obiekt jest przewodnikiem boskości”, napisał, „i tylko wchodząc z nimi w kontakt… możemy zostać napełnieni Duchem Świętym”.
Jednak jego przyjaciele byli zaniepokojeni. Rodzeństwo Muira błagało go, aby porzucił swoje „chmury i kwiaty” na rzecz bardziej praktycznych zajęć. „Musisz być towarzyski, John” – napisała do niego Jeanne Carr , transcendentalistka i duchowa mentorka, próbując namówić go do opuszczenia gór i powrotu do życia publicznego. „Mogłabym zazdrościć ci samotności, ale może być jej za dużo”. Carr była głęboko przekonana, że Muir ma wyjątkowy dar przekazywania transcendentalnej wizji świętej natury szerszej publiczności, wizji, która, jak wierzyła, może pomóc w obaleniu przemysłowego konsensusu, który postrzegał naturę wyłącznie jako zasób komercyjny do eksploatacji.
Ale Muir spędzał teraz długie tygodnie samotnie w górach, często w regionach powyżej granicy lasu, gdzie, jak pisał, „duch jest ciszej ubrany”. Nie chciał słuchać Carra ani jego rodzeństwa, ani nawet Ralpha Waldo Emersona , który odwiedził Muira w Yosemite i błagał go, aby „skończył z górami” i udał się na wschód, aby uczyć w college'ach. „Chociaż nie ma żadnego ludzkiego powodu, dla którego nie miałbym zobaczyć ciebie i cywilizacji w Oakland”, napisał Muir w końcu do Carra, „nie mogę uciec od mocy gór”.
Niemniej jednak w 1873 r., na naleganie Carra, Muir spędził kilka miesięcy w Oakland, pisząc serię studiów na temat Sierra , które ukazały się w gazetach i czasopismach w Kalifornii i na wschodnim wybrzeżu. Przełomowe streszczenie na temat zlodowacenia Sierra zostało opublikowane w 1874 r. w Proceedings of the American Association for the Advancement of Science. Jednak prostackie jedzenie, nieustający wrzask i „niezmieszany materializm” życia miejskiego drażniły jego wrażliwość.
Pewnego dnia Muir nagle uciekł z powrotem do swojego domu w Yosemite, nawet biegnąc część drogi, tylko po to, by odkryć, że głęboka duchowa więź, którą cieszył się z krajobrazem, teraz go ominęła, przyćmiona przez jego zanurzenie w mieście. „Żadna ze skał nie wydaje się mnie teraz wzywać”, napisał do Carra wkrótce po przybyciu do Doliny, „ani żadne z odległych gór”. „Z pewnością”, podsumował, „ten rozdział mojego życia w Merced i Tuolumne jest skończony”.
Muir przeprowadził się na stałe do Oakland w 1875 r., aby zająć się dziennikarstwem. Jego pielgrzymka dobiegła końca, a długa, nieprzerwana komunia z jego „ciepłym Bogiem” dobiegła końca. Ale z tygla tej długiej, wyczerpującej i czasami niepokojącej podróży przez dzikie krajobrazy „przesiąknięte Bogiem” Muir odnalazł swoje powołanie: jeśli Amerykanie mogliby dzielić jego pasję do dzikiej przyrody, wierzył, że wsparliby jej ochronę i zachowanie.
„Chcę żyć tylko po to, by kusić ludzi do patrzenia na piękno natury” – napisał do Carra, gdy podjął bolesną decyzję o opuszczeniu swojego domu w Yosemite i wejściu do życia publicznego. „Niebo wie, że Jan Chrzciciel nie był bardziej chętny, by zaprowadzić wszystkich swoich współgrzeszników do Jordanu, niż ja, by ochrzcić wszystkich moich w pięknie gór Bożych”.
Muir odniósł sukces wykraczający poza jego najśmielsze wyobrażenia. Jego liczne artykuły podróżnicze i prawie tuzin książek były szeroko czytane i pomogły wygenerować falę opinii publicznej popierającej ochronę przyrody. W wieku pięćdziesięciu lat Muir rozwinął talent do orędownictwa politycznego i w ciągu ostatniego ćwierćwiecza inspirował i współpracował z niektórymi z czołowych intelektualistów, finansistów, reformatorów i decydentów politycznych kraju, w tym prezydentami Rooseveltem i Taftem, aby lobbować w Kongresie za utworzeniem pierwszych parków narodowych w kraju, w tym jego ukochanego Yosemite. Mając niewiele więcej niż pióro i niewyczerpaną pasję do „boskiej dzikości”, Muir pomógł odwrócić nieokiełznaną eksploatację przyrody przez uprzemysłowiony Zachód, jednocześnie wprawiając w ruch to, co miało stać się współczesnym ruchem ochrony przyrody.
W 1892 r. założył Sierra Club, aby orędować na rzecz ochrony przyrody — pierwszą organizację tego rodzaju — i pełnił funkcję jego prezesa aż do swojej śmierci w 1914 r. Od jego śmierci w USA powstało 6600 parków federalnych i stanowych , a ponad sto milionów akrów amerykańskich terenów podmokłych i lasów, pustyń i gór zostało przeznaczonych na obszary dzikiej przyrody dla przyjemności, zdrowia i — zdecydowanie dla Muira — duchowego dobrostanu społeczeństwa. Jego historia jest jednym z najlepszych przykładów duchowego przebudzenia jednostki, które staje się katalizatorem zmian społecznych.
„Nie tak jak moje przyjęcie welonu – żadnego uroczystego wyrzeczenia się świata” – wspominał później o swojej podróży. „Wyszedłem tylko na spacer i ostatecznie postanowiłem zostać na zewnątrz do zachodu słońca, ponieważ wyjście, jak odkryłem, było tak naprawdę wejściem do środka”.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
2 PAST RESPONSES
Great piece, and thank you. Perhaps (and please) correct/remove the s at the end of "studies of the Sierras"
We "Sierra" are already plural......
What a beautiful story! Thank you for sharing!