Będę na zawsze wdzięczna Colemanowi Barksowi za wiele rzeczy, ale nie ma wątpliwości, że jego największym darem dla mnie było przedstawienie mnie jego przyjaciółce, mojej bohaterce, poetce Mary Oliver. Ponieważ pierwsze surowe dni po jej śmierci rozciągnęły się do dwóch miesięcy, dowiaduję się, że niemal niemożliwe jest nazwanie mojej miłości do niej ani mojego podziwu dla tego, jak przeżyła swoje życie i co dzięki niemu osiągnęła. Więc skoro nie potrafię nazwać żalu ani podziwu, ani mojego smutku z powodu drzewa robinii akacjowej, konika polnego, rudego lisa i porannego słońca, teraz, gdy nie ma jej już tutaj, aby świętować ich piękno — to, co zrobię, to opowiem wam trochę o Mary Oliver, która była moją przyjaciółką.
Mary była skryta, skromna, zacięta, intuicyjna i zabawna. Robiła zabawne miny i żartowała; nie traciła rytmu; trzymała w biurku tajny zapas gotówki na wypadek, gdyby ktoś, kogo znała, wpadł w kłopoty i potrzebował cichej pomocy. Na kopercie widniał napis „pływające pieniądze”. Mary kochała zwykłych ludzi — tych, którzy dostarczali listy do jej skrzynki pocztowej i przynosili jej małże, które właśnie wykopali z piasku. I chociaż żyła w odosobnieniu, zawsze dowiadywała się, kim są „jej ludzie” i znajdowała sposób, aby im pomóc. Są rodziny, którym płaciła czynsz; młoda dziewczyna, która potrzebowała aparatu ortodontycznego na zęby, przyjaciel, który nie miał szczęścia, potrzebował samochodu i miejsca do spania. I chociaż hojność Mary wobec innych jest jej własnym dziedzictwem, to chcę tutaj podkreślić jej siłę, ponieważ bardziej niż cokolwiek innego, Mary Oliver była odważna.
Teraz znamy, dzięki niektórym późniejszym wierszom, kilka szczegółów na temat nadużyć, których doświadczyła jako dziecko, i wiemy również, że używała swojego rzemiosła, aby przekształcić nie tylko własne cierpienie, ale także rozdzierającą serce naturę świata — fakt, powiedzmy, że wszystko i wszyscy umrą — w coś pięknego. Pomyśl o „Night and The River”; pomyśl o żółwiu aligato, którego znalazła i schwytała w mieście, a następnie wypuściła do pobliskiego stawu, ponieważ: Nic nie jest ważne/oprócz tego, że wielka i okrutna tajemnica świata,/której to jest częścią,/ nie może zostać zaprzeczona.
Mary była jedną z największych nauczycielek śmierci i żałoby, jakie kiedykolwiek poznamy, ponieważ była jedną z ich najlepszych uczennic. I chociaż odwaga, by nie odwracać wzroku, jest wszędzie w wierszach, nie mogłam poznać prawdziwej głębi odwagi Mary Oliver aż do ostatnich kilku lat, kiedy walczyła z serią nowotworów, z których każdy był bardziej agresywny od poprzedniego. Nie ma potrzeby wchodzenia w listę chorób, zabiegów, hospitalizacji i upokorzeń. Nie będę mówić o godzinach spędzonych na oddziale chemioterapii, ponurych akwariach ani rozpaczy, jaką Mary czuła z powodu „mózgu po chemioterapii”, który blokował jej dostęp do języka.
Opowiem ci o jej odporności. Jej wyblakłe niebieskie dżinsy, kurtka Carhartt i jaskrawe skarpetki w romby. Opowiem ci, jak puszczała do mnie oko z drugiej strony poczekalni. Jak mówiła mi, żebym się za bardzo nie smuciła. Nie zagłębiajmy się jeszcze w szczegóły , powiedziała pewnego dnia, kiedy przyłapała mnie płaczącą w drodze powrotnej ze szpitala. Chcę ci opowiedzieć, jak poradziła sobie z wiadomością o sondce do karmienia i naprawdę chcę ci powiedzieć, co powiedziała w dniu, w którym postanowiła odmówić dalszego leczenia i pozwolić chłoniakowi przebiegać swoim torem, ale kiedy to zrobiłam, słowa zostały zastąpione łzami, więc opowiem ci zamiast tego o dzikich gęsiach, które krążyły i lądowały na polu tuż po drugiej stronie ulicy, gdzie siedzę i piszę te słowa, właśnie teraz.
Robią to codziennie odkąd wróciłem do domu. Przez dom mam na myśli Hobe Sound na Florydzie, gdzie miałem zaszczyt być z Mary przez ostatni tydzień jej życia. Mała grupa przyjaciół dzieliła przywilej mycia jej włosów, trzymania jej, śpiewania jej i czytania jej własnych niesamowitych wierszy. Graliśmy trochę rock and rolla, kiedy było trzeba. Dużo kawy. Dużo ciasteczek. Dużo łez.
W dniach po śmierci Mary, gdy powoli sprzątaliśmy sypialnię i próbowaliśmy przyzwyczaić się do zaskakującej nieobecności jej maleńkiego ciała, z pewnością każdy z nas zrobił własny inwentarz tego wolnego pokoju, w którym spała i pracowała przez ostatnie trzy lata swojego życia — stół roboczy i maszyna do pisania, łóżko małżeńskie i szafka nocna z jej zniszczonym egzemplarzem Roku z Rumim oraz mały żółty notes, na którym zapisywała słowa i frazy, które wciąż przychodziły, choć ku jej wielkiemu przerażeniu, coraz rzadziej. Nie pojawiają się zbyt często , powiedziała, ale gdy już się pojawiają, zawsze pozwalam im wejść.
Mary Oliver (po prawej) i Coleman Barks (po lewej)
Przestrzeń jest dość mnicha — połowa wielkości pokoju w akademiku. Na jej biurku uporządkowany stos książek, miska specjalnych kamieni z Provincetown i kilka zdjęć jej ulubionych osób. Na górnej półce znalazłem miskę żebraczą sufi, którą Coleman dał jej kilka lat temu. To piękność — pochodzi sprzed około ośmiuset lat — mosiądz z głowami smoków na obu końcach. Uwielbiała ją; trzymała ją w dłoniach i pocierała nią twarz, gdy jej ją dawał. Dwa dni po śmierci Mary, gdy podniosłem ją, by potrzeć nią twarz, tak jak ona to robiła, zauważyłem, że jest wypełniona kilkoma pożądanymi talizmanami (kość wieloryba, pióro ptaka, grot strzały) i kilkoma tuzinami małych pasków papieru, które wyglądały jak konfetti. Gdy wyciągnąłem kilka z nich z miski, odkryłem, że każdy z nich zawierał cytat Rumiego.
Ci, którzy dobrze znali Mary, wiedzą, że używała maszyny do pisania aż do ostatnich dni pisania, a także wiedzą, że każdy dzień zaczynała od czytania fragmentu Rumiego jako zaproszenia do powrotu własnych słów. Teraz myślę o jej procesie. Myślę o tym, jak wkładała papier do maszyny do pisania, ustawiała go na odpowiednią wysokość, a następnie pisała wiersz, który lubiła. Potem kolejny, a potem kolejny, aż strona była zapełniona. A potem widzę, jak wyciąga papier z maszyny do pisania i z wielkim skupieniem tnie wiersze na małe, schludne karteczki i wkłada je do swojej żebraczej miski.
Dzień po dniu, po dniu, wyciągała jeden i myślała o nim, mając nadzieję, że słowa przyjdą. Wystarczająco zadziwiające — intencja i dyscyplina. Ale teraz uderza mnie jej nieustraszona determinacja, by wciąż znajdować nową myśl, by znajdować słowa, które mówiły światu trochę lepiej, te, które uratowały moje życie i twoje. Wszystko to w ciągu ostatnich trzech lat jej życia, gdy język ją opuszczał. Pomimo udręki, jaką sprawiało jej codzienne widzenie słów coraz bardziej się oddalających, nigdy się nie poddała. A rzecz w tym, że był to akt miłości do każdego z nas, ponieważ ona nie potrzebowała swoich wierszy tak bardzo, jak my.
A teraz wróćmy do gęsi... Nie mam na myśli jednego stada. Mam na myśli, że dziesiątki stad dzikich gęsi nadlatują ze wszystkich stron od ponad miesiąca. To jak Woodstock — stłoczony wrzask gęsi, które krążą, zwykle tuż nad dachem mojego mieszkania, zanim zawrócą i wylądują na polu, które widzę. Teraz jest ich tam tysiące, a nadlatuje więcej. Widzę je w oddali, niektóre nadlatują, niektóre odlatują, niektóre w formacji V, inne jak długi, słaby, bazgrolony ołówkiem znak na niebie, taki jak ten, w rzeczywistości, na małym żółtym notesie na stole tuż przy łóżku Mary. Chyba nie muszę ci mówić, że gdy przylatują i odlatują, każda z nich woła jej imię. ♦
Z Parabola Volume 44, No. 2, „The Wild”, lato 2019. Ten numer jest dostępny do kupienia tutaj . Cztery razy w roku Parabola badała najgłębsze pytania ludzkiej egzystencji. Bez Twojego wsparcia przestalibyśmy istnieć.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
7 PAST RESPONSES
THANK YOU, Lisa. This is profoundly lovely.
Mary had a life well lived ... and obviously, great friends with whom to share it.
A beautiful tribute that sounds so much like Mary herself ♡
What a nice tribute to this lady. May we al learn to exhibit grace and courage.
Poet of life and love —