Back to Stories

Lekcje nietrwałości

Jako lekarz opieki paliatywnej spędzam większość czasu twarzą w twarz z bólem i cierpieniem, wyniszczającą chorobą i śmiercią. Kiedy zaczynałem szkolenie, myślałem, że dobrze mi z ideą śmiertelności i z ideą, że walka ze śmiercią za wszelką cenę nie jest jedynym celem medycyny. Ale nie spodziewałem się, że rodzaj medycyny, który wybrałem do praktykowania, będzie wymagał siły i perspektywy, których nie oferowało szkolenie medyczne.

To przypadkowe spotkanie z malowidłem na piasku pomogło mi nauczyć się, jak leczyć pacjentów, których i tak stracę.

W tym czasie byłem w trakcie rocznego stypendium w hospicjum i medycynie paliatywnej, przyjmując pacjentów w szpitalu powiatowym w San Jose. Zanurzyłem się w nauce leczenia pacjentów żyjących z poważnymi chorobami: niewydolnością serca w stadium końcowym, szeroko rozpowszechnionym rakiem i wyniszczającymi udarami. Nauczyłem się, jak pomóc rodzinom przewidzieć, jak wygląda umieranie. Stało się dla mnie drugą naturą, aby otwarcie rozmawiać z pacjentami o ciężkości ich chorób i pytać ich, jak moglibyśmy współpracować, aby zmaksymalizować radość, sens i komfort w ich słabnącym życiu.

Miałam nadzieję, że zaprojektowanie akceptacji śmierci i pocieszenia się nią może uspokoić moich pacjentów i ich rodziny. Ale stawałam się coraz bardziej niespokojna i czasami przygnębiona. Nie rozumiałam, dlaczego śmierć przyszła po 35-letnią matkę trójki dzieci z rzadkim i agresywnym nowotworem, albo dlaczego maratończyk umierał po nagłym zawale serca, kiedy sam był maratończykiem.

Moi rodzice, oboje Hindusi, nauczyli mnie, że zrozumienie śmierci jako nieuniknionej jest konieczne, aby docenić sens i piękno życia. Ale świadomość tego nie ułatwiała utraty pacjentów w ciągu kilku dni od ich spotkania.

Jeden z moich lekarzy prowadzących zauważył, że stałem się bardziej wycofany, mniej punktualny i czasami rozproszony. „To trudna praca” – powiedziała mi delikatnie, przypominając, że muszę dbać o siebie, aby móc dbać o moich pacjentów. Próbowałem masaży, terapii, pieszych wędrówek i medytacji w cieniu sekwoi hrabstwa Marin. Ale kiedy mój smutek stał się silniejszy, zatęskniłem za miejscem, w którym mógłbym znaleźć społeczność wśród innych osób szukających wsparcia. Znalazłem wietnamską świątynię buddyjską, która znajdowała się niedaleko szpitala.

Tam szeptałem modlitwy w sanskrycie i pendżabskim, których nauczyłem się jako dziecko. Czasami podchodziłem do ołtarza i mówiłem cicho do posągu Buddy: Pomóż mi znaleźć siłę, by wykonać tę pracę. Pokaż mi jak. Proszę, zabierz mój smutek.

Pewnego wieczoru główna sala świątyni była niezwykle zatłoczona. Ludzie zebrali się wokół grupy tybetańskich mnichów pochylonych nad stołem, gdzie tworzyli mandalę z piasku. Metalowe kubki wypełnione piaskiem w każdym możliwym kolorze — jaskraworóżowym, ciemnogranatowym, srebrnym, bordowym i musztardowożółtym — stały wzdłuż jednego końca stołu.

Przypomniałem sobie, jak mój ojciec wiele lat temu wskazał zdjęcie mandali w muzeum, wyjaśniając, że jej okrągły kształt symbolizuje zarówno cykliczną naturę narodzin i śmierci, jak i niezniszczalną naturę wszechświata. Używając małych skrobaków i metalowych lejków, mnisi metodycznie wyciskali precyzyjne ilości piasku, aby stworzyć skomplikowany geometryczny wzór. Tego pierwszego wieczoru pomalowali kwiat o wielobarwnych płatkach. Następnego wieczoru kwiat był otoczony okręgami głębokiego błękitu i różu oraz prostokątami turkusu i złota.

Następnego niedzielnego poranka świątynia była przepełniona ludźmi. Wszyscy patrzyliśmy, jak grupa mnichów w jaskrawych szatach otaczała mandalę i zaczęła śpiewać niskimi, gardłowymi tonami, z zamkniętymi oczami i złożonymi dłońmi. Stanęłam na palcach i wyciągnęłam szyję, by dojrzeć mandalę, mając nadzieję, że zobaczę ją zamkniętą w szkle.

Zamiast tego patrzyłem w szoku, jak jeden z mnichów zaczął przesuwać piórkowaty pędzel po mandali, mieszając razem złoto i granat, okręgi i prostokąty. Poruszał się wzdłuż krawędzi stołu, zamiatając swoją pracę tak metodycznie, jak umieszczał ziarna piasku w tej samej przestrzeni, przekształcając mandalę ze wzoru w stos. Gorące łzy napłynęły mi do oczu, nie tylko dlatego, że mandala zniknęła, ale ponieważ ręce, które ją stworzyły, były zadowolone, że mogą ją puścić.

Bhagavad Gita , którą czytał mi ojciec, gdy byłem dzieckiem, podkreśla, że ​​zmiana jest prawem wszechświata. Wietnamski mnich Thich Nhat Hanh przypomina nam, że „nietrwałość niekoniecznie prowadzi do cierpienia. Cierpimy, gdy chcemy, aby rzeczy były trwałe, gdy takie nie są”. Jednak to zmiecenie malowidła na piasku pomogło mi naprawdę zrozumieć, że zmiana i nietrwałość to nie tylko zasady duchowe, ale prawa natury — takie, z którymi walczyłem i które uczono mnie ignorować przez większość mojego szkolenia medycznego.

Tak jak spodziewałam się, że ta wspaniała mandala została stworzona, aby ją zachować, tak też spodziewałam się, że moja pacjentka po trzydziestce dożyje ukończenia college'u przez swoje dzieci, że maratończyk dożyje, aby przebiec więcej wyścigów. Spodziewałam się, częściowo w wyniku mojego wykształcenia medycznego, że zmienię i będę kontrolować to, co niekoniecznie należało do mnie. Jak mogłabym inaczej leczyć moich umierających pacjentów, gdybym pamiętała, że ​​wszystko, co ziemskie — pieczołowicie wykonana mandala, niebo rozświetlone kolorami, nasze kruche ludzkie życie — jest również tymczasowe i podlega zmianom?

Zaakceptowanie, że życie jest skończone, nie powstrzymałoby mnie przed korzystaniem z nauki w celu diagnozowania i leczenia chorób, przed wykorzystaniem wszelkich dostępnych w medycynie narzędzi w celu złagodzenia cierpienia. Zastanawiałem się jednak, czy nie ułatwiłoby mi to zniesienia nieuchronności zmian i strat, których doświadczymy zarówno moi pacjenci, jak i ja. Być może mogłoby mi przynieść ukojenie przypomnienie sobie, że tak jak życie moich pacjentów jest tymczasowe, tak samo jest i ich cierpienie.

Przetarłam oczy, patrząc na pozostałą stertę zawirowanego piasku, który sam w sobie był czymś niezwykle pięknym. Mnisi nabierali łyżeczkami piasek do plastikowych torebek, wręczając każdemu z nas po jednej. Przez torbę piasek wydawał się jednocześnie twardy i miękki, a jaskrawe błękity i róże były szczególnie widoczne, gdy podniosłam go do światła.

Kiedy następnego dnia wróciłam do szpitala, pomyślałam o mandali, siedząc z bezdechu mężczyzną w moim wieku umierającym na raka płuc i pobudzoną babcią w ostatnim stadium demencji. Czułabym współczucie dla nich obojga, ale nie opuściłam pracy tego dnia pogrążona w żalu, wycofana i oderwana od rzeczywistości. Akceptując okoliczności moich pacjentów, zamiast skupiać się na ich wrodzonej tragedii, mogłam skupić się na zmianie tego, co mogłam: łagodzeniu duszności i pobudzenia, wyjaśnianiu usług hospicyjnych ich przygnębionym rodzinom.

Zanim opuściłem szpital tej nocy, wyjąłem z portfela woreczek z piaskiem i podniosłem go do światła, tak jak robiłem to wiele razy w ciągu ostatnich pięciu lat, gdy musiałem sobie przypominać o cykliczności wszystkich rzeczy i o tym, że jedyną stałą w życiu jest zmiana.

***

Aby uzyskać więcej inspiracji, dołącz do sobotniego Awakin Call z Sunitą Puri. Więcej szczegółów i informacje o RSVP tutaj.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

4 PAST RESPONSES

User avatar
Kristin Pedemonti Jun 18, 2019

beautiful reminder of acceptance, flow and the value of impermanence through our lives in all its forms. <3

User avatar
Sethi Jun 17, 2019

Thank you for sharing your experience . The outer shell of our bodies is impermanent , it is the spirit within which moves on from birth to birth .

User avatar
Virginia Reeves Jun 14, 2019

Thank you for this reminder about the importance of acceptance of things we cannot change yet we can offer our compassion and caring actions. Glad the bag of mandala sand has been a trigger / anchor for you to hold on to.

User avatar
Patrick Watters Jun 14, 2019

Wonderful, wonder-filled.