Back to Stories

Mądra Nadzieja W zaangażowaniu społecznym

Zdjęcie Oliviera Adama.

Sporą część mojego życia spędziłem na zajmowaniu się sytuacjami, które można uznać za beznadziejne — jako działacz antywojenny i działacz na rzecz praw obywatelskich w latach sześćdziesiątych oraz jako opiekun umierających ludzi i nauczyciel klinicystów w konwencjonalnych ośrodkach medycznych przez pięćdziesiąt lat. Pracowałem również jako wolontariusz z więźniami skazanymi na karę śmierci przez sześć lat, nadal pracuję w klinikach medycznych w odległych rejonach Himalajów i pomagałem uchodźcom Rohingya z Kathmandu, którzy nie mają statusu nigdzie. Zakończenie przemocy ze względu na płeć i feminizm były również zobowiązaniem na całe życie.

Można zapytać, po co pracować w tak beznadziejnych sytuacjach? Po co dbać o zakończenie bezpośredniej i strukturalnej przemocy wojny lub niesprawiedliwości, skoro przemoc wydaje się być czymś stałym w naszym świecie? Po co mieć nadzieję dla ludzi umierających, skoro śmierć jest nieunikniona; po co pracować z tymi, którzy są w celi śmierci... odkupienie jest mało prawdopodobne; albo służyć uchodźcom uciekającym przed ludobójstwem, skoro żaden kraj nie wydaje się chcieć tych mężczyzn, kobiet i dzieci? Po co pracować na rzecz praw kobiet, edukacji kobiet, głosu kobiet na arenie politycznej i religijnej? Co oznacza mieć nadzieję w naszym pełnym napięcia świecie?

Od dawna niepokoi mnie pojęcie nadziei. Po prostu nie wydaje mi się, aby nadzieja była buddyjska. Mistrz zen Shunryu Suzuki Roshi powiedział kiedyś, że życie jest „jak wejście na łódź, która ma wypłynąć w morze i zatonąć”. To z pewnością stawia konwencjonalną nadzieję w złym świetle! Ale jakiś czas temu, częściowo dzięki pracy krytyka społecznego Rebekki Solnit i jej potężnej książce Hope in the Dark oraz dzięki odkryciom dokonanym w trakcie mojego praktycznego życia i służby, otwieram się na inny pogląd na nadzieję — to, co nazywam „mądrą nadzieją”.

Jako buddyści wiemy, że zwykła nadzieja opiera się na pragnieniu, chęci osiągnięcia wyniku, który mógłby być inny od tego, który mógłby się faktycznie wydarzyć. Co gorsza, nieotrzymanie tego, na co liczyliśmy, jest często postrzegane jako nieszczęście. Jeśli przyjrzymy się temu głębiej, zdamy sobie sprawę, że każdy, kto ma konwencjonalną nadzieję, ma oczekiwanie, które zawsze czai się w tle, cień strachu, że jego życzenia nie zostaną spełnione. Zwykła nadzieja jest więc formą cierpienia. Ten rodzaj nadziei jest nemesis i partnerem strachu.

Możemy zatem zapytać: czym konkretnie jest nadzieja? Zacznijmy od tego, czym nadzieja nie jest: nadzieja nie jest wiarą, że wszystko dobrze się skończy. Ludzie umierają. Populacje wymierają. Cywilizacje umierają. Planety umierają. Gwiazdy umierają. Przypominając słowa Suzuki Roshi, łódź zatonie! Jeśli spojrzymy, zobaczymy dowody cierpienia, niesprawiedliwości, daremności, spustoszenia, krzywdy, końca wokół nas, a nawet w nas. Ale musimy zrozumieć, że nadzieja nie jest historią opartą na optymizmie, że wszystko będzie dobrze. Optymiści wyobrażają sobie, że wszystko potoczy się pozytywnie. Uważam ten punkt widzenia za niebezpieczny; bycie optymistą oznacza, że ​​nie trzeba się przejmować; nie trzeba działać. Ponadto, jeśli sprawy nie układają się dobrze, często następuje cynizm lub daremność. Nadzieja oczywiście sprzeciwia się również narracji, że wszystko się pogarsza, stanowisku, które zajmują pesymiści. Pesymiści szukają schronienia w depresyjnej apatii lub apatii napędzanej cynizmem. I, jak można się spodziewać, zarówno optymiści, jak i pesymiści są zwolnieni z zaangażowania.

Czym więc jest bycie pełnym nadziei i nieoptymistą? Amerykańska powieściopisarka Barbara Kingsolver wyjaśnia to w następujący sposób: „Ostatnio dużo myślałam o różnicy między byciem optymistką a byciem pełną nadziei. Powiedziałabym, że jestem osobą pełną nadziei, choć niekoniecznie optymistyczną. Oto jak bym to opisała. Pesymista powiedziałby: „To będzie okropna zima; wszyscy umrzemy”. Optymista powiedziałby: „Och, wszystko będzie dobrze; nie sądzę, żeby było aż tak źle”. Osoba pełna nadziei powiedziałaby: „Może ktoś jeszcze przeżyje w lutym, więc na wszelki wypadek wsadzę trochę ziemniaków do piwnicy”. … Nadzieja to… sposób oporu… dar, który mogę starać się pielęgnować”.

Jeśli spojrzymy na nadzieję przez pryzmat buddyzmu, odkryjemy, że mądra nadzieja rodzi się z radykalnej niepewności, zakorzenionej w nieznanym i niepoznawalnym. Jak moglibyśmy kiedykolwiek wiedzieć, co naprawdę się wydarzy?! Mądra nadzieja wymaga, abyśmy otworzyli się na to, czego nie wiemy, czego nie możemy wiedzieć; abyśmy otworzyli się na bycie zaskoczonym, nieustannie zaskoczonym. W rzeczywistości mądra nadzieja pojawia się poprzez przestronność radykalnej niepewności i to jest przestrzeń, w której możemy się zaangażować, to, co społecznie zaangażowana buddystka Joanna Macy nazywa „aktywną nadzieją”, zaangażowanym wyrazem mądrej nadziei.

To wtedy, gdy odważnie rozeznajemy, a jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że nie wiemy, co się wydarzy, mądra nadzieja ożywa. Pośród nieprawdopodobieństwa i możliwości pojawia się nakaz działania. Mądra nadzieja to nie widzenie rzeczy nierealistycznie, ale raczej widzenie rzeczy takimi, jakie są, w tym prawdy o nietrwałości... a także prawdy o cierpieniu — zarówno jego istnieniu, jak i możliwości jego transformacji, na lepsze lub gorsze.

Przez inną buddyjską soczewkę możemy zobaczyć, że mądra nadzieja odzwierciedla zrozumienie, że to, co robimy, ma znaczenie, nawet jeśli to, jak i kiedy może mieć znaczenie, na kogo i na co może mieć wpływ, nie są to rzeczy, które naprawdę możemy wiedzieć z góry. Jak zauważa Rebecca Solnit, naprawdę nie możemy wiedzieć, co wyniknie z naszych działań teraz lub w przyszłości; jednak możemy ufać, że rzeczy się zmienią; zawsze tak się dzieje. I wiem, że z punktu widzenia ślubów, które składamy jako buddyści, nasze działania, sposób, w jaki żyjemy, to, na czym nam zależy, na czym nam zależy i to, jak nam zależy, mają takie samo znaczenie.

Często jednak paraliżuje nas przekonanie, że nie ma na co liczyć — że diagnoza raka u naszego pacjenta to droga jednokierunkowa bez wyjścia, że ​​nasza sytuacja polityczna jest nie do naprawienia, że ​​znęcanie się nad kobietami zawsze miało miejsce i zawsze będzie miało miejsce, że nie ma wyjścia z kryzysu klimatycznego. Możemy czuć, że nic już nie ma sensu lub że nie mamy żadnej władzy i nie ma powodu, aby działać.

Często mówię, że nad drzwiami naszej świątyni zen w Santa Fe powinny być tylko dwa słowa: Pojaw się! Ktoś mógłby zapytać, dlaczego miałbym chcieć, aby te słowa widniały nad drzwiami naszej świątyni, skoro rozpacz, defetyzm, cynizm, sceptycyzm i apatia zapomnienia są podsycane przez korodujący wpływ konwencjonalnej beznadziei. Tak, cierpienie jest obecne. Nie możemy tego zaprzeczyć. Obecnie na świecie jest ponad 68 milionów uchodźców; tylko jedenaście krajów jest wolnych od konfliktów; zmiany klimatyczne zamieniają lasy w pustynie. Wskaźniki samobójstw wśród dzieci rosną. Przemoc wobec kobiet wzrasta. Wielu nie czuje żadnego związku z religią ani duchowością, a niezliczona liczba osób jest głęboko wyobcowana i szuka schronienia w swoich urządzeniach cyfrowych. Widzimy również, że niesprawiedliwość ekonomiczna wpędza ludzi w coraz większą biedę. Rasizm i seksizm pozostają powszechne. Nasz system medyczny jest poważnie zagrożony. Globalizacja i neoliberalizm narażają planetę na ogromne ryzyko.

Rozjemca Daniel Berrigan kiedyś zauważył: „Nie można skierować moralnej włóczni na każde zło we wszechświecie. Jest ich po prostu zbyt wiele. Ale można coś zrobić; a różnica między zrobieniem czegoś a nie zrobieniem niczego jest wszystkim”. Berrigan zrozumiał, że mądra nadzieja nie oznacza zaprzeczania rzeczywistości, z którą jesteśmy konfrontowani dzisiaj. Oznacza stawienie im czoła, zajęcie się nimi i pamiętanie o tym, co jeszcze jest obecne, jak zmiany w naszych wartościach, które sprawiają, że musimy zająć się cierpieniem teraz. Siedemset lat temu w Japonii mistrz zen Keizan napisał: „Nie doszukuj się winy w teraźniejszości”. Zachęca nas, abyśmy ją zobaczyli, a nie uciekali od niej!

Wracając do różnicy między nadzieją a optymizmem i dlaczego nadzieja ma sens w naszym pełnym napięć świecie, czeski mąż stanu Václav Havel powiedział: „Nadzieja zdecydowanie nie jest tym samym co optymizm. To nie przekonanie, że coś się dobrze skończy, ale pewność, że coś ma sens, niezależnie od tego, jak się skończy”. Dla wielu z nas marsz na rzecz pokoju, praca na rzecz zakończenia proliferacji nuklearnej, wywieranie presji na rząd USA, aby ponownie podpisał Porozumienie paryskie w sprawie zmian klimatu, jest koniecznością. Ma sens zapewnienie schronienia bezdomnym, w tym tym uciekającym przed wojną i dewastacją klimatu; ma sens wspieranie współczucia i opieki w medycynie pomimo rosnącej obecności technologii, która stoi między pacjentami a lekarzami. Ma sens edukowanie dziewcząt i głosowanie na kobiety. Ma sens siadanie z umierającymi ludźmi, opiekowanie się naszymi starszymi, karmienie głodnych, kochanie i edukowanie naszych dzieci. Prawdę mówiąc, nie możemy wiedzieć, jak potoczą się sprawy, ale możemy ufać, że nastąpi ruch, nastąpi zmiana. A coś głęboko w nas potwierdza, co jest dobre i słuszne. Więc idziemy naprzód w naszym dniu i siadamy przy łóżku umierającej babci lub uczymy tę trzecioklasistkę dzieci z biednej dzielnicy. Dajemy świadectwo młodej kobiecie, która chce odebrać sobie życie. Pociągamy naszych dyrektorów generalnych i polityków do odpowiedzialności. Barbara Kingsolver włożyła ziemniaki do piwnicy, jak pamiętamy. To właśnie w tym momencie niewiedzy nasze śluby ożywają… pośród pozornej daremności lub bezsensowności.

Amerykańska zakonnica benedyktyńska i działaczka społeczna Siostra Joan Chittiser pisze: „Gdziekolwiek spojrzałam, istniała nadzieja – ale tylko jako pewien rodzaj zielonego pędu pośród zmagań. To była koncepcja teologiczna, a nie praktyka duchowa. Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że nadzieja nie była stanem życia. To był… dar życia”.

Ten dar życia, który nazwałem „mądrą nadzieją”, ma swoje korzenie w naszych ślubowaniach i to właśnie ma na myśli Mistrz Zen Dogen, gdy napomina nas, byśmy „dali życie życiu”, nawet jeśli chodzi tylko o jedną umierającą osobę na raz, jednego uchodźcę na raz, jednego więźnia na raz, jedną maltretowaną kobietę na raz, jedno życie na raz, jeden ekosystem na raz.

Jako buddyści dzielimy wspólne dążenie do przebudzenia się z własnego zamętu, chciwości i gniewu, aby uwolnić innych od cierpienia. Dla wielu z nas to dążenie nie jest programem „małego samodoskonalenia”. Ślubowania Bodhisattwy w sercu tradycji Mahajany są, jeśli nic innego, potężnym wyrazem radykalnej, aktywnej i mądrej nadziei i nadziei wbrew wszelkim przeciwnościom. Ten rodzaj nadziei jest wolny od pragnień, wolny od jakiegokolwiek przywiązania do wyniku; jest to rodzaj nadziei, która zwycięża nad strachem. Co innego mogłoby się zdarzyć, gdy śpiewamy: Kreacje są niezliczone, ślubuję je uwolnić. Urojenia są niewyczerpane, ślubuję je przekształcić. Rzeczywistość jest bezgraniczna, ślubuję ją postrzegać. Przebudzona droga jest nieprzekraczalna, ślubuję ją ucieleśnić.

Nasza podróż przez życie jest podróżą niebezpieczeństw i możliwości — a czasami obu naraz. Jak możemy stanąć na progu między cierpieniem a wolnością, między daremnością a nadzieją i pozostać poinformowanymi przez oba światy? Z naszym zamiłowaniem do dualności ludzie mają tendencję do identyfikowania się albo ze straszną prawdą cierpienia, albo z wolnością od cierpienia. Wierzę jednak, że wykluczenie jakiejkolwiek części większego krajobrazu naszego życia zawęża obszar naszego zrozumienia. Obejmuje to złożony krajobraz nadziei i daremności.

Kiedy prawie pięćdziesiąt lat temu zaczynałem pracę w dziedzinie opieki nad osobami na końcu życia, w kulturze zachodniej śmierć była często uważana za porażkę medycyny, a na pewno za porażkę życia. W tamtym czasie nie uważałem nawet nadziei za coś istotnego. Do pracy motywowało mnie poczucie konieczności zrobienia wszystkiego, co w mojej mocy, aby zająć się niedoborami współczucia, których byłem świadkiem we współczesnej medycynie, i służyć cierpiącym, w tym umierającym pacjentom, opiekunom rodzinnym i lekarzom.

Jednocześnie nie mogłem przywiązywać się do żadnego wyniku, ponieważ intuicyjnie wiedziałem, że daremność może mnie sparaliżować, ale w każdym przypadku musiałem stawić czoła daremności. Dowiedziałem się, że muszę zrobić, co w mojej mocy, odchodząc od historii, że praca na rzecz pokoju, sprawiedliwości lub sprawiedliwego i współczującego społeczeństwa, w tym kultury medycznej, okaże się dobra, będzie zbyt dużym zadaniem lub będzie beznadziejna. Musiałem „po prostu się pojawić” i zrobić to, co uważałem za moralnie zgodne z moimi wartościami, moimi zasadami, moimi zobowiązaniami, niezależnie od tego, co może się wydarzyć. Dużo później zrozumiałem, że ta praca była wynikiem daru mądrej nadziei, wypływającej z niewiedzy, a także z poczucia sensu, jakie nadała mojemu życiu.

W jakiś sposób zrozumiałam też, że bycie ze śmiercią to święta praca. Dla większości ludzi konfrontacja ze śmiercią skupia egzystencjalne wymiary naszego życia. Wiedziałam, że ja też jestem śmiertelna; ja też pewnego dnia stanę w obliczu śmierci; ja też stanę w obliczu straty i smutku. Stało się tak, że nieświadomie zostałam wciągnięta w silny nurt opieki nad osobami w terminalnym stadium choroby, nie mając świadomego zamiaru wykonywania tej pracy. Wiedziałam tylko, że muszę zwrócić się ku umierającym i służyć im, ponieważ czułam, że jest to zgodne z tym, kim jestem i kim uczę się być.

W zen, to właśnie nazywa się, jak sądzę, „życiem według ślubowania”. Zrozumiałem, że mądra nadzieja jest w rzeczywistości życiem według ślubowania, wielkiego i obejmującego ślubowania bodhisattwów, i uświadomiłem sobie, że mądra nadzieja jest potężnym wyrazem fundamentalnej integralności i szacunku.

W miarę jak moja praktyka zen dojrzewała przez lata, zrozumiałem, że życie według ślubowania odzwierciedla naszą zdolność do kierowania się najgłębszymi wartościami, bycia sumiennym i łączenia się z tym, kim naprawdę jesteśmy. Życie według ślubowania wskazuje również na naszą zdolność do moralnej wrażliwości, naszą zdolność do identyfikowania moralnie istotnych cech w naszych interakcjach z innymi, w tym, jak wybieramy żyć, w organizacjach, w których pracujemy i tych, którym służymy. Życie według ślubowania odzwierciedla również naszą zdolność do wglądu i naszą zdolność do manifestowania moralnej odwagi, aby radzić sobie z problemami krzywdy, bez względu na to, jak rażąca lub pozornie nieistotna.

Doszedłem do wniosku, że nasze śluby są gramatyką wartości odzwierciedlonych w naszych postawach, w naszych myślach i w tym, jak jesteśmy na świecie. Obietnice i zobowiązania odzwierciedlone w mądrej nadziei dotyczą zasadniczo tego, jak jesteśmy ze sobą i ze sobą, jak się łączymy i jak spotykamy świat. Praktykowanie naszych ślubów, ucieleśnianie ich odzwierciedla naszą integralność i pomaga nam dać balast i sens, gdy stawiamy czoła wewnętrznym i zewnętrznym burzom bycia człowiekiem. I to, co zaczynamy rozumieć, to to, że nasze śluby są większym krajobrazem, niż większość z nas zdaje sobie sprawę, i wspierają integralność w naszym życiu, chronią nasz świat i nadają nadziei grawitację i pęd.

Najpotężniejsze ślubowania to te, które wskazują nam na życie w większej tożsamości, bycie Buddą, bycie Buddą teraz. Te ślubowania wspierają nas w rozpoznawaniu nietrwałości, współzależności, bezinteresowności, odwagi, współczucia i mądrości. Wierzę, że tego rodzaju ślubowania są podstawowymi praktykami, które wspierają integralność i rozwój charakteru moralnego, i są paliwem mądrej nadziei.

Życie zgodnie z przysięgą, napędzane duchem mądrej nadziei, przebija przez decyzje, które podejmujemy każdego dnia naszego życia. Nasze przysięgi są wzmacniane i urzeczywistniane za pośrednictwem mądrej nadziei. Jeśli nie ma mądrej nadziei, możemy bać się zająć stanowisko i wybrać ignorowanie lub wycofanie się z sytuacji krzywdy. Możemy być w zaprzeczeniu lub celowo nieświadomi cierpienia doświadczanego przez innych, gdy pojawiają się sytuacje transgresyjne. Możemy być moralnie apatyczni lub sparaliżowani daremnością lub żyć w bańce przywilejów i być ślepi na cierpienie. Ale jeśli nie jesteśmy uwięzieni przez te obrony, możemy wystąpić naprzód i stawić czoła krzywdzie z determinacją, aby zakończyć cierpienie, nawet gdy nasze działania mogą wydawać się daremne; i robimy to bez „pomysłu na zysk”, cytując Suzuki Roshi. Możemy również pamiętać, że Barbara Kingsolver powiedziała, że ​​nadzieja jest formą oporu, a używając słowa opór, sądzę, że ma na myśli bycie odpornym na apatię.

Z mojego długiego doświadczenia bycia ze śmiercią, pracy w systemie więziennym i bycia feministką przez pięćdziesiąt lat nauczyłam się, że to, co utrzymuje nas w pionie w naszych aspiracjach i ślubach, to nasza moralna odwaga, odwaga, by stać w zasadach dobroci i niekrzywdzenia. To, co utrzymuje naszą integralność na właściwym torze, to nasza moralna wrażliwość, nasza zdolność dostrzegania konturów rzeczywistości, które czynią widocznymi krzywdę i daremność, a także wskazują poza cierpienie na większą i głębszą tożsamość. Potrzebujemy zarówno silnego kręgosłupa, jak i miękkiego frontu, przeżywanej równowagi i współczucia, aby pozostać w zgodzie z naszymi wartościami i trwać w sile mądrej nadziei.

Musimy mieć również serce wystarczająco szerokie, aby zaakceptować odrzucenie, krytykę, zniesławienie, gniew i obwinianie, jeśli nasze poglądy, aspiracje i działania są sprzeczne z głównym nurtem, a to, co robimy, jest postrzegane przez innych jako pozbawione znaczenia lub nawet zagrożenie dla porządku społecznego dnia. Ponadto ważne jest, aby pamiętać, że nasze śluby wspierają nas w pozostaniu w zgodzie z naszymi najgłębszymi wartościami i przypominają nam, kim naprawdę jesteśmy.

Siedząc z umierającą osobą lub umierającą planetą, pojawiamy się. Wszyscy wiemy, że obojętność zabija. W służbie pokoju, w służbie bez przemocy, w służbie życia, żyjemy przysięgą i żyjemy w objęciach mądrej nadziei.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

2 PAST RESPONSES

User avatar
Elza Nov 29, 2021

the most simple but yet the most complicated topic written and explained in such beautiful words. Than you very much

User avatar
Wendy Nov 15, 2021

Faith is the substance of things hoped for, the evidence of things not seen