
Zanim Eat, Pray, Love stało się filmem i wycieczką, było pamiętnikiem nagradzanej pisarki Elizabeth Gilbert, której historia utraty i odnalezienia siebie porusza niemal każdą kobietę, która patrzy w lustro. Dzięki Eat, Pray, Love i jego kontynuacji Committed, Gilbert nawiązała natychmiastową i trwałą więź z czytelnikami. Która kobieta nie szlochała w tajemnicy na podłodze w łazience?
Jednak Gilbert to coś więcej niż te dwie książki. Jej zbiór opowiadań, Pilgrims, był finalistą nagrody PEN/Hemingway Award, a jej debiutancka powieść, Stern Men, była książką New York Times Notable Book. Jej wystąpienie na TED Talk z 2009 r. na temat geniuszu twórczego, w którym twierdziła, że mistycyzm i boskość są sojusznikami w procesie twórczym, zostało obejrzane prawie pięć milionów razy. Obecnie dopracowuje swoją kolejną powieść, The Signature of All Things, która ma się ukazać w październiku 2013 r.
Odniosłeś ogromny sukces, a potem przeprowadziłeś się do małego miasteczka i zająłeś się ogrodnictwem. Dlaczego to odosobnienie?
To było po tsunami Jedz, módl się, kochaj i było to dosłownie uziemiające. Ta rzecz wydarzyła się w moim życiu, co było błogosławieństwem w każdym calu, ale jednocześnie stanowiło wyzwanie, aby spróbować podejść do tego odpowiedzialnie. Czułam, że przez około trzy lub cztery lata byłam czujna, aby upewnić się, że odbieram dar tej popularności w odpowiedni sposób, że jestem dobrym ambasadorem książki. . . . Musiałam wibrować na bardzo wysokim poziomie. Więc kiedy przeprowadziliśmy się do tego małego miasteczka i był tam kawałek ogrodu, to było tak uzdrawiające, że przestałam pisać na jakiś czas, . . . a potem przestałam robić wywiady. . . . Moja mama mawiała, że każdego dnia, w którym nie dotykasz ziemi, tak naprawdę nie żyjesz.
Ona jest ogrodniczką, a mój tata jest plantatorem choinek. Spędzaliśmy dużo czasu dotykając ziemi, gdy byliśmy dziećmi, ale wtedy nie sprawiało mi to przyjemności. Chciałam czytać, pisać sztuki i robić inne rzeczy. To, że wróciłam do domu, do tego [połączenia z ziemią], było głęboko oswajające. To było jak cofnięcie zegara stojącego w pewnej części mojej duszy i było ogromną przyjemnością uświadomić sobie, że wiem o ogrodnictwie o wiele więcej, niż myślałam — pomimo wszelkich moich starań, aby nie nauczyć się niczego od mojej matki.
Czy masz wrażenie, że kreatywność i duchowość się przenikają?
Uważam, że kreatywność jest całkowicie praktyką duchową. Myślenie o niej w ten sposób zdefiniowało całe moje życie. Kiedy słyszę, jak niektórzy ludzie mówią o swojej pracy, ludzie, którzy działają w dziedzinach kreatywnych, albo atakują siebie, albo atakują swoją pracę, albo traktują ją jako ciężar, a nie błogosławieństwo, albo traktują ją jako coś, z czym trzeba walczyć, co trzeba pokonać i pokonać... Jest wojna, w którą ludzie idą swoją ścieżką twórczą, która jest dla mnie zupełnie nieznana. Dla mnie to święte powołanie, za które jestem wdzięczny.
Mogę przedstawić biografię i powiedzieć: „Moi rodzice dużo czytają i spędzali dużo czasu w bibliotece. A ja miałam starszą siostrę, która jest naprawdę kreatywna i pisałyśmy sztuki”. Mogę to nawet rozłożyć i powiedzieć: „Jestem naprawdę zdyscyplinowana, ciężko pracuję i poświęciłam dziesiątki lat na naukę pisania”. Mogłam poświęcić dziesiątki lat na grę na skrzypcach, ale nie miałam zamiaru stać się zaawansowana. Brałam lekcje gry na pianinie przez 10 lat; nadal nie potrafię grać zbyt dobrze.
Dostałem kontrakt, a kontrakt brzmi następująco: „Nie powiemy ci dlaczego, ale daliśmy ci tę zdolność. Twoja strona kontraktu jest taka, że musisz poświęcić się temu w jak najwyższym możliwym stopniu, musisz podejść do tego z największym szacunkiem i musisz oddać się temu w całości. A potem będziemy z tobą pracować nad robieniem postępów”. Tak to mniej więcej czuję.
Z wyjątkiem czterech miesięcy medytacji w Indiach w aśramie, nigdy w moim życiu nie wydarzyło się nic, co choćby zbliżyłoby się do poczucia cudowności, które czuję głęboko w tej pracy i kontrakcie, który został rozegrany. To piękne.
Pisałeś o tym, jak ważne jest wybaczenie sobie w procesie twórczym.
O mój Boże, to takie trudne. I jesteśmy ostatnią osobą, której możemy wybaczyć. Ale to jest konieczne — nawet bardziej niż dyscyplina, nawet bardziej niż inspiracja — ta łagodność [wobec siebie]. To przeciwieństwo tego, czego nas uczono o wielkich geniuszach tworzących, ze zmarszczonym czołem, potem, miotaniem się i zgrzytaniem zębami. Zawsze jest w tym tyle przemocy.
Dla mnie najlepszą pracą, jaką wykonałem, jest ta, kiedy mówię sobie: Cóż, to była dobra próba. To nie jest idealna historia, którą właśnie stworzyłeś, ale to najlepsze, co zrobimy dzisiaj, a jutro możemy to wznowić. Kiedy widzisz artystów, którzy prowadzą swoje życie na polu bitwy, to jest to brakujący element, który powoduje samouwielbienie, udrękę i alkoholizm...
Archetyp cierpiącego artysty.
To naprawdę mocne i myślę, że częściowo pochodzi ze starej chrześcijańskiej teologii, że można ufać tylko cierpieniu i bólowi, a każda przyjemność niesie ze sobą możliwość grzechu. Tylko poprzez chłostanie siebie i odmawianie sobie wszelkich wygód możesz być pewien, że naprawdę żyjesz poważnym życiem. Myślę, że teraz jest trochę nieaktualne. Myślę, że potrzebuje dostrojenia.
Dlaczego uważasz, że bycie kreatywnym lub artystą stało się czymś rzadkim, czymś, co „robią inni ludzie”, a nie częścią naszego codziennego życia?
Bardzo dobrym szczęściem, jakie miałem jako dziecko, było to, że zostałem wychowany przez rodziców, którzy nie mieli żadnego zaufania do profesjonalistów. Do tego stopnia, że nie poszli do lekarza, gdy mieli infekcję oka i takie rzeczy. Doprowadzili to do skrajności, że nie potrzebujesz pozwolenia od dyrektora, że naprawdę możesz zrobić wszystko sam. I chociaż jest w tym pewna patologia, to było też częścią mojego dzieciństwa, widywanie ludzi, którzy nie czekali na pozwolenie, aby coś zrobić, zanim to zrobili — czy to było samodzielne wykonanie instalacji hydraulicznej, czy uprawa własnej żywności lub szycie własnych ubrań.
Więc nigdy nie miałem tej przeszkody, którą mają niektórzy ludzie. Czułem, że mogę napisać książkę — po prostu piszesz jedną. Myślę, że ten [sposób myślenia] pochodzi z innej epoki, kiedy ludzie po prostu czuli, że wolno im napisać piosenkę, wolno im było zrobić rysunek. Teraz spędzam dużo czasu, próbując odwieść ludzi od robienia MFA. Chyba że masz fundusz powierniczy lub dostałeś pełne stypendium i nie masz nic innego do roboty, nie potrzebujesz MFA, aby to zrobić. Możesz po prostu to zrobić. Ale stało się to zawodem i jeśli nie masz odpowiedniej akredytacji od odpowiedniej instytucji, nie jesteś uważany za profesjonalnego artystę. To dziwne, po prostu dziwne i nigdy wcześniej w historii tak nie było. Myślę, że to współczesne i myślę, że to również bardzo amerykańskie i powstrzymuje wielu ludzi.
Tak — tak jakbyśmy potrzebowali pozwolenia, akredytacji lub dyplomu, żeby być kreatywnym, zamiast żeby było to częścią tego, kim jesteśmy.
Jest w tym coś naprawdę szalonego i smutnego. Moja siostra zauważyła, że coś się dzieje, kiedy idziemy do liceum. Zauważyła to u swoich dzieci i innych dzieci, które uwielbiają czytać, pisać historie i robić różne rzeczy — a potem idziesz do liceum. Nagle rzucają w ciebie Wielkimi Książkami i wysyłają ci bardzo jasno wiadomość, że książki, które do tej pory czytałeś, nie mają żadnej wartości.
Jakie są Twoje duchowe i twórcze wpływy?
Obecnie czerpię większość mojej twórczej inspiracji od poetów. Czuję, że łączą oni świat literacki ze światem duchowym, ponieważ często twórczość poety jest czystym strumieniem. Oni naprawdę chodzą z radiem tranzystorowym, odbierając wiadomości. Poeta Jack Gilbert, który niedawno zmarł, ku mojemu wielkiemu smutkowi, jest dla mnie równie ważny, jak każdy guru, którego kiedykolwiek czytałem. Ruth Stone to kolejna osoba, którą kocham, kocham, kocham. To ludzie, których twórczość noszę ze sobą tak, jak inni ludzie noszą ze sobą modlitewnik i do których wracam po inspirację.
Mam mantrę, której używam do medytacji. To wers Jacka Gilberta: „Musimy mieć upór, aby zaakceptować naszą radość w bezlitosnym piecu tego świata”. Ta idea „upartej radości” jest moją medytacją. Uwielbiam ten wers, ponieważ nie zaprzecza cierpieniu; nie zaprzecza istnieniu cierpienia; nie zaprzecza temu, że świat jest bezlitosnym piecem. Ale jest zaciekłe naleganie na pozostanie przytomnym i utrzymanie się na powierzchni pośród tego wszystkiego, do którego wracam raz po raz.
Dzięki Eat, Pray, Love and Committed natychmiast połączyłaś się z milionami kobiet, które poczuły, że część twojej historii jest również ich historią. Jak to jest, gdy ludzie czują się z tobą w ten sposób połączeni?
Szczerze mówiąc, wciąż próbuję to rozgryźć. To ewoluująca odpowiedź i teraz oznacza dla mnie coś innego niż sześć lat temu, a na początku oznaczało coś innego niż w szczytowym okresie, niż później. To relacja z żywymi ludźmi, a wszystkie relacje z żywymi ludźmi się zmieniają.
Starałam się dać tym czytelnikom znać, że ich życie ma znaczenie, ich uczucia mają znaczenie, ich głos ma znaczenie, ich pasje mają znaczenie. Bardzo mnie cieszy, że wolność, którą sobie dałam, sprawiła, że poczuli się bardziej wolni — niekoniecznie w przypadkach, gdy ludzie podróżują, aby zjeść pizzę we Włoszech, a następnie udają się do aśramu w Indiach, a następnie próbują znaleźć Brazylijczyka na Bali. Ale gdy kobiety mówią proste rzeczy, takie jak: „Wiesz, kiedy przeczytałam twoją książkę, zadałam sobie pytanie: Gdzie jest radość w moim życiu i dla czego ją poświęciłam?” I w większości przypadków odpowiedź brzmi: nie, muszę zostawić męża i pojechać do Indii.
Była kobieta, która napisała do mnie list i powiedziała: „Pamiętam, że ostatni raz czułam to unoszące się uczucie zdumienia, gdy miałam 12 lat i jeździłam figurowo na łyżwach. Stawałam się w tym całkiem dobra, a potem moja rodzina się przeprowadziła i przestałam jeździć na łyżwach figurowych. Zdałam sobie sprawę, że od tamtej pory nigdy już tak nie czułam”. Miała 45 lat, była mamą z pracą na pełen etat i zaczęła wstawać o piątej rano trzy razy w tygodniu, aby chodzić na lekcje jazdy figurowej.
A historia nie kończy się na zdobyciu przez nią złotego medalu na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich. Kończy się na powrocie do sposobu, w jaki kiedyś czuła radość. Jakoś zapomniała, że te drzwi są nadal otwarte. To dla mnie niezwykła wartość — że ona może to ze sobą zabrać. Więc jestem zaszczycona, a takich historii jest wiele i prawie nie mogę pojąć, co to znaczy.
Kiedy jesteśmy świadkami życia kogoś, kto prowadzi bezkompromisowe życie, jest to dla nas niezwykle poruszające.
Cudownie jest mieć takie przypomnienia. Wracamy do idei uzyskania pozwolenia od dyrektora. Wszyscy czekamy, aż dyrektor uzna, że nie ma takiej potrzeby. Masz pozwolenie. Jesteś zaproszony. Ty również jesteś dzieckiem Boga.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
2 PAST RESPONSES
I so enjoyed Elizabeth's book ( I have them on CD as well) and have read them over and over. There is certainly something that connects her to sisterhood around the world... I love them movie, and I feel like she has taken me on a trip that I won't be able to afford for a long time! I think her book "Committed" would be a beautiful movie! Thanks for this wonderful article...
Being an artist I can relate very much to the creative process that Elizabeth describes, the flow that comes through by Spirit, and the days of angst when one separates from Spirit. Its kind of ironic that Elizabeth makes it so understandably clear that we do not need anyone else's permission to be Ourselves and create our lives, yet her work and her words give many of us that very permission we seemed to need to set us free....