Back to Stories

Społeczność, Konflikt I Sposoby Poznawania

Dwanaście lat temu moje własne pragnienie wspólnoty w edukacji doprowadziło mnie z głównego nurtu szkolnictwa wyższego do małego miejsca o nazwie Pendle Hill, 55-letniej społeczności kwakrów mieszkających i uczących się w pobliżu Filadelfii. Jest to miejsce, w którym wszyscy, od nauczycieli po kucharzy i administratorów, otrzymują taką samą podstawową pensję jak świadkowie społeczności. W Pendle Hill rygorystyczne studiowanie filozofii, bezprzemocowej zmiany społecznej i innych przedmiotów idzie w parze z codziennym zmywaniem naczyń, podejmowaniem decyzji w drodze konsensusu i troszczeniem się o siebie nawzajem, a także wyciąganiem ręki do świata. Z tego długiego, intensywnego doświadczenia, czym mógłbym się podzielić, co byłoby w jakiś sposób pełne nadziei i zachęty? Dowiedziałem się oczywiście, że społeczność jest istotna i ważna, ale jest to również strasznie trudna praca, do której nie jesteśmy dobrze przygotowani; przynajmniej ja nie byłem. Dowiedziałem się, że stopień, w jakim dana osoba tęskni za społecznością, jest bezpośrednio związany z przyćmieniem pamięci o jej ostatnim doświadczeniu z nią związanym.

Po roku w Pendle Hill wymyśliłem własną definicję społeczności: Społeczność to miejsce, w którym zawsze mieszka osoba, z którą najmniej chcesz mieszkać. Pod koniec drugiego roku wymyśliłem wniosek. Gdy ta osoba się wyprowadza, ktoś inny natychmiast pojawia się, aby zająć jej miejsce.

Ale pytanie, które chcę poruszyć, brzmi: Jak powinniśmy myśleć o naturze społeczności w nowoczesnym college'u i na uniwersytecie? Myślę, że to pytanie stawia problem tam, gdzie jego miejsce. Potrzebujemy sposobu myślenia o społeczności w szkolnictwie wyższym, który wiąże ją z centralną misją akademii, generowaniem i przekazywaniem wiedzy. Innymi słowy, sposób, w jaki myślimy o społeczności w środowiskach szkolnictwa wyższego, musi różnić się od sposobu, w jaki myślimy o społeczności w innych środowiskach, takich jak społeczeństwo obywatelskie, sąsiedztwo, kościół lub miejsce pracy. W akademii musimy myśleć o społeczności w sposób, który pogłębia agendę edukacyjną.

Potrzebujemy sposobu myślenia o społeczności w szkolnictwie wyższym, który będzie wiązał ją z główną misją akademii — tworzeniem i przekazywaniem wiedzy.

Kiedy słucham obecnej dyskusji o miejscu społeczności w akademii, wydaje się, że wygląda to mniej więcej tak. Po pierwsze, nastąpił upadek cnoty obywatelskiej w otaczającym nas społeczeństwie, upadek ekspresyjnego i konkurencyjnego indywidualizmu oraz utrata zintegrowanej wizji. Pogląd ten został ostatnio wyrażony dla nas przez Roberta Bellaha i jego współpracowników w Habits of the Heart.

Po drugie, argumentacja jest taka, że ​​szkolnictwo wyższe może i powinno odpowiedzieć na ten upadek, stając się modelem społeczności na co najmniej dwa sposoby. Po pierwsze, powinno rozwijać nowe, kooperatywne formy społeczne dla życia na kampusie (tj. w życiu klasowym w akademiku, gdzie można kształtować nawyki). Po drugie, szkolnictwo wyższe powinno zreorganizować programy nauczania w kierunku bardziej zintegrowanej wizji świata, oferować więcej interdyscyplinarnych studiów i wykonywać więcej pracy etycznej i zorientowanej na wartości.

Ta linia argumentacji ma wartość, ale myślę, że wiele z niej pokrywa się ze sposobem, w jaki myślimy o odnowie samego społeczeństwa obywatelskiego, gdzie twierdzimy, że musimy budować struktury i nauczać treści cnoty obywatelskiej, aby związać społeczność. Argument jest wartościowy, ale nie odpowiada na wyjątkową misję leżącą u podstaw szkolnictwa wyższego.

Chciałbym więc posunąć kwestię społeczności w edukacji o krok dalej. Chcę wyjść poza zmianę społecznych form edukacji, jakkolwiek wartościowe by to było, wyjść poza zmianę tematycznej treści kursów, jakkolwiek wartościowe by to było, i spróbować dotrzeć do głębszej natury naszej wiedzy. Chcę dotrzeć do relacji społeczności do samego sposobu poznawania dominującego w akademii.

Mówiąc filozoficznie, chcę spróbować połączyć koncepcje społeczności z pytaniami epistemologii, które uważam za centralne pytania dla każdej instytucji zaangażowanej w misję poznania, nauczania i uczenia się. Jak wiemy? Jak się uczymy? W jakich warunkach i z jaką ważnością?

Wierzę, że to właśnie tutaj, w epistemologicznym rdzeniu naszej wiedzy i naszych procesów poznawania, znajdują się nasze moce do kształtowania lub deformowania ludzkiej świadomości. Wierzę, że to właśnie tutaj, w naszych sposobach poznawania, kształtujemy dusze poprzez kształt naszej wiedzy. To właśnie tutaj idea społeczności musi ostatecznie zakorzenić się i mieć wpływ, jeśli ma zmienić kształt realizacji szkolnictwa wyższego.

Moja teza jest bardzo prosta: nie wierzę, że epistemologia jest bezkrwawą abstrakcją; sposób, w jaki poznajemy, ma potężne implikacje dla sposobu, w jaki żyjemy. Twierdzę, że każda epistemologia ma tendencję do stawania się etyką, a każdy sposób poznania ma tendencję do stawania się sposobem życia. Twierdzę, że relacja ustanowiona między poznającym a poznanym, między uczniem a podmiotem ma tendencję do stawania się relacją żywej osoby do samego świata. Twierdzę, że każdy model poznania zawiera własną trajektorię moralną, własny kierunek etyczny i wyniki.

Pozwólcie, że spróbuję zademonstrować tę tezę, ten związek między epistemologią a życiem. Sposób poznania, który dominuje w szkolnictwie wyższym, nazywam obiektywizmem. Ma trzy cechy, z którymi wszyscy jesteśmy zaznajomieni.

Pierwszą z tych cech jest to, że akademia będzie obiektywna. Oznacza to, że trzyma wszystko, co wie, na dystans. Oddala ona poznającego od świata w bardzo konkretnym celu; to znaczy, aby uchronić jego wiedzę przed skażeniem subiektywnymi uprzedzeniami i stronniczością. Ale nawet gdy czyni to oddalając, oddziela tę wiedzę od części świata od naszego osobistego życia. Tworzy świat „na zewnątrz”, którego jesteśmy tylko widzami i w którym nie żyjemy. To jest pierwszy wynik obiektywistycznego sposobu poznawania.

Po drugie, obiektywizm jest analityczny. Kiedy już coś uczynisz przedmiotem (w mojej dyscyplinie tym przedmiotem może być osoba), możesz pociąć ten przedmiot na kawałki, aby zobaczyć, co go napędza. Możesz go rozłożyć na części, możesz go rozłożyć, możesz go analizować, nawet na śmierć. I to jest drugi nawyk ukształtowany przez obiektywistyczny sposób poznawania.

Po trzecie, ten sposób poznawania jest eksperymentalny. I mam na myśli to w szerokim i metaforycznym sensie, a nie operacje laboratoryjne per se. Przez eksperymentalny rozumiem to, że teraz jesteśmy wolni, mając te rozcięte obiekty, aby przesuwać części, aby przekształcić świat w obraz bardziej nam przyjemny, aby zobaczyć, co się stanie, gdybyśmy to zrobili. To jest ten motyw „władzy nad światem”, do którego sięgam, gdy mówię „eksperymentalizm” w epistemologii zwanej obiektywizmem.

Obiektywna, analityczna, eksperymentalna. Bardzo szybko ta pozornie bezkrwawa epistemologia staje się etyką. Jest etyką konkurencyjnego indywidualizmu, pośród świata rozbitego i podatnego na eksploatację przez ten właśnie sposób poznawania. Sam sposób poznawania rodzi intelektualne nawyki, a nawet duchowe instynkty, które niszczą wspólnotę. Sami siebie nawzajem i świat czynimy obiektami, którymi można manipulować dla naszych własnych prywatnych celów.

Przypomnijcie sobie, jeśli chcecie, tych studentów z wcześniejszego badania Carnegie, Arthura Levine'a When Dreams and Heroes Died . Byli to studenci, którzy myśleli, 80 do 90 procent z nich, że świat zmierza do piekła w koszyku, że jego przyszłość jest ponura i mroczna. Ale gdy zapytano ich o ich własną przyszłość, 80 do 90 procent z nich powiedziało: „Och, nie ma problemu. Jest różowo, zdobywam dobre wykształcenie, dobre oceny, chodzę do dobrej szkoły, dostanę dobrą pracę”. Psychoanalityk patrzący na te dane powiedziałby: „schizofrenia”.

Chcę argumentować, że to wyuczona schizofrenia: to sposób, w jaki tych studentów nauczono patrzeć na rzeczywistość przez obiektywne soczewki. Zawsze uczono ich o świecie gdzieś tam, poza nimi, oderwanym od ich życia osobistego; nigdy nie zostali zaproszeni do skrzyżowania swoich autobiografii z historią życia świata. I tak mogą relacjonować świat, który nie jest tym, w którym żyją, światem, o którym uczono ich z fantazji jakiegoś obiektywisty.

Ukształtowali się również w nawyku eksperymentalnej manipulacji. Ci studenci wierzą, że mogą wziąć kawałki świata i wykroić dla siebie niszę prywatnego zdrowia psychicznego pośród publicznej katastrofy. To nic więcej niż etyczny wynik obiektywizmu, w którym zostali ukształtowani lub zdeformowani. To nieumiejętność rozpoznania własnego związku z losem społeczeństwa.

Twierdzę, że relacja, jaka powstaje między poznającym a poznawanym, między uczniem a podmiotem, staje się z reguły relacją żywego człowieka do samego świata.

Obiektywizm jest zasadniczo antykomunalny. Dopóki pozostaje dominującą epistemologią w szkolnictwie wyższym, myślę, że poczynimy niewielkie postępy w zakresie programów wspólnotowych. Nie wierzę, że jakiekolwiek interdyscyplinarne łączenie kursów obiektywistycznych może przezwyciężyć tego rodzaju wpływ etyczny: Nie można połączyć całego obiektywizmu i wymyślić czegoś nowego. Nie wierzę, że kursy etyki umieszczone na obrzeżach tego obiektywizmu mogą w jakikolwiek sposób zmienić jego trajektorię moralną, ponieważ obiektywizm nie dotyczy neutralnych faktów, które można w jakiś sposób przekształcić za pomocą wartości dodatkowych; jest to rodzaj wiedzy, która ma swój własny kurs etyczny i moralny.

Moja definicja społeczności jest prosta, choć częściowa: rozumiem społeczność jako zdolność do powiązań w obrębie jednostek, powiązania nie tylko z ludźmi, ale także z wydarzeniami historycznymi, z naturą, ze światem idei, a także z rzeczami duchowymi. W szkolnictwie wyższym dużo mówimy o kształtowaniu wewnętrznych zdolności, zdolności do tolerowania niejednoznaczności, zdolności do krytycznego myślenia. Chcę, abyśmy więcej mówili o tych sposobach poznawania, które tworzą wewnętrzną zdolność do powiązań. Obiektywizm, gdy niszczy tę zdolność, musi zostać zwalczony, jeśli akademia ma wnieść wkład w ponowne utkanie społeczności.

W optymistycznym tonie, wierzę, że istnieją obiecujące ruchy w kierunku wspólnoty w dzisiejszym świecie intelektu. Można je znaleźć w pojawianiu się nowych epistemologii, które najczęściej pojawiają się w peryferyjnych obszarach pracy akademii. Podstawowym tematem we wszystkich tych „peryferyjnych” obszarach jest temat pokrewieństwa. Pozwólcie, że podam przykłady.

Pierwszą i najbardziej znaczącą jest myśl feministyczna. Myśl feministyczna nie dotyczy przede wszystkim równej płacy za równą pracę. Nie dotyczy przede wszystkim równej władzy i statusu dla kobiet. Dotyczy tych rzeczy, ale dotyczy przede wszystkim innego sposobu widzenia, a zatem innego sposobu bycia na świecie. Dotyczy alternatywnej epistemologii. Jest z tego powodu niezbędna.

Widzę, że w czarnej nauce rozwija się alternatywna epistemologia. Jeśli czytasz książkę There is a River autorstwa Vincenta Hardinga, czytasz inny rodzaj historii, historię, która odmawia ci oddzielenia twojej własnej historii od historii, która jest opowiadana. Jest to historia opowiadana z pasją, która cię wciąga; nie pozwoli ci uciec. Jest faktograficzna, obiektywna i pełna pasji. Nie chce cię wypuścić z opresji.

Wiedza i nauka to akty wspólnotowe. Wymagają ciągłego cyklu dyskusji, niezgody i konsensusu co do tego, co było i co to wszystko znaczy.

Badania nad Indianami Ameryki Północnej mają podobną jakość. Badania ekologiczne również dają początek nowym epistemologiom, podobnie jak filozofie nowej fizyki; praca ludzi takich jak David Bohm i praca kogoś takiego jak genetyk Barbara McClintock. Te ostatnie mają „wyczucie organizmu”. We wszystkich tych miejscach uczymy się, że akt poznania samego siebie, jeśli rozumiemy go właściwie, jest więzią wspólnoty między nami a tym, co wiemy. Akt poznania samego siebie jest sposobem budowania i odbudowywania wspólnoty i to właśnie do tego musimy dążyć w naszej edukacji.

W całej literaturze w wymienionych przeze mnie dziedzinach wciąż pojawiają się pewne słowa: słowa takie jak organiczny, cielesny, intuicyjny, wzajemny, namiętny, interaktywny i wspólnotowy. Są to słowa epistemologii, na długo zanim staną się słowami etyki. Są to słowa o sposobie poznawania, który następnie staje się sposobem życia.

Co się dzieje, gdy szkolnictwo wyższe i jego dominująca epistemologia są kwestionowane przez takie badania lub przez praktycznie jakikolwiek inny problem? Jeśli problem nie zniknie, strategią jest dodanie kursu. I tak dodajemy kurs z czarnych studiów, albo myśli feministycznej, albo literatury rdzennych Amerykanów, albo etyki lub ekologii, aby spróbować jakoś zmniejszyć presję, jaką te nowe epistemologie wywierają na obiektywizm.

Strategia ta nie trafia w sedno. Te badania stanowią wyzwanie dla przestarzałego sposobu poznawania i etyki, która jest zasadniczo destrukcyjna dla społeczności.

Chcę jasno powiedzieć, że te nowe epistemologie nie mają na celu obalenia obiektywności, analizy i eksperymentów. Rzeczywiście, feministyczne myślicielki, które znam, używają tych samych narzędzi w swoich pismach. Ale chcą umieścić te narzędzia w kontekście potwierdzania wspólnotowej natury samej rzeczywistości, relacyjnej natury rzeczywistości. Tak więc w tych badaniach tryby obiektywizmu są używane w twórczym napięciu ze swoimi relacyjnymi odpowiednikami. Na przykład tryb obiektywizmu jest utrzymywany w twórczym napięciu z innym sposobem poznania, sposobem intymności, sposobem osobistego uwikłania się w podmiot. Prawie każdy wielki uczony znajduje ten sposób przyswajania wiedzy, przeżywania jej i oddychania nią, i przybliżania jej tak bardzo do swojego serca, że ​​ty i ona jesteście niemal jednością. Obiektywność i intymność mogą iść ręka w rękę; tego właśnie domagają się nowe epistemologie.

Obok analizy obowiązuje ta sama zasada. Te nowe epistemologie zestawiają analizę z syntezą, integracją i aktem twórczym. Obok eksperymentów, które wymagają od nas manipulowania elementami, aby zobaczyć, jak sprawy potoczą się, gdyby było inaczej — ci naukowcy rozwijają zdolność doceniającego przyjmowania świata takim, jakim jest dany jako dar, a nie jako nadający się do eksploatacji plac zabaw dla naszych umysłów.

Te sparowane i paradoksalne sposoby poznawania muszą znaleźć bezpieczniejsze i bardziej eksponowane miejsce w szkolnictwie wyższym, jeśli mamy wnieść nasz unikalny wkład do społeczności. Pomagają nam odkryć to, co Thomas Merton kiedyś nazwał „ukrytą całością” rzeczy. Wzmacniają społeczność, zwiększając naszą zdolność do powiązań.

Pozwólcie mi rozwinąć mój argument, mówiąc, że praca nie może zostać ukończona tylko na poziomie epistemologicznym. Te spostrzeżenia muszą zostać przeniesione również do naszych pedagogik. Społeczność musi stać się centralnym pojęciem w sposobach, w jakie nauczamy i uczymy się.

Wiele wspólnotowych eksperymentów w pedagogice zostało wypróbowanych w historii amerykańskiej edukacji wyższej i wiele z nich upadło. A powód, jak sądzę, jest prosty; Podstawowy sposób poznawania pozostał ten sam. Nie można wywodzić wspólnotowych sposobów nauczania i uczenia się z zasadniczo antywspólnotowego sposobu poznawania. Pedagogika rozpada się, jeśli nie ma epistemologii, która by ją wspierała i podtrzymywała.

Podstawowym błędem w pedagogice większości naszych instytucji jest to, że jednostka jest agentem wiedzy, a zatem jest przedmiotem nauczania i uczenia się. Wszyscy wiemy, że jeśli narysujemy linie nauczania w większości klas, biegną one pojedynczo od nauczyciela do każdego ucznia. Linie te są tam dla wygody instruktora, a nie dla ich korporacyjnej rzeczywistości. Nie ujawniają one złożonej sieci relacji między nauczycielem a uczniami i przedmiotem, która wyglądałaby jak prawdziwa społeczność.

Biorąc pod uwagę skupienie się na jednostce w klasie, rywalizacja między jednostkami o wiedzę staje się nieunikniona. Konkurencyjny indywidualizm klasy nie jest po prostu funkcją etyki społecznej; odzwierciedla pedagogikę, która podkreśla jednostkę jako głównego sprawcę wiedzy. Ale mówiąc oczywisto, wiedza i nauka to akty wspólnotowe. Wymagają wielu oczu i uszu, wielu obserwacji i doświadczeń. Wymagają ciągłego cyklu dyskusji, niezgody i konsensusu co do tego, co zostało zobaczone i co to wszystko znaczy. To jest istota „wspólnoty uczonych” i powinna być również istotą klasy.

W centrum tego wspólnotowego sposobu poznawania leży podstawowa cnota, zbyt rzadko wymieniana, gdy omawiamy społeczność lub przeciwstawiamy społeczność konkurencji. Ta podstawowa cnota to zdolność do twórczego konfliktu . Martwi mnie, gdy ujmujemy problem w ten sposób, że społeczność to konkurencja, ponieważ zbyt często łączymy konkurencję z konfliktem, jakby konflikt był tym, co trzeba wyeliminować. Ale nie ma poznania bez konfliktu.

Społeczność w klasach jest często promowana jako afektywny lub emocjonalny dodatek do edukacji poznawczej; debata często stawia „twarde” cnoty społeczności. Chcę powiedzieć, że w amerykańskich klasach jest bardzo mało konfliktów, a powodem jest to, że brakuje tam miękkich cnót społeczności. Bez miękkich cnót społeczności, twarde cnoty nauczania i uczenia się poznawczego również będą nieobecne. Nasza zdolność do konfrontacji ze sobą krytycznie i uczciwie w odniesieniu do rzekomych faktów, przypisywanych znaczeń lub osobistych uprzedzeń i przesądów jest zdolnością osłabioną przez brak społeczności. Etos konkurencyjnego indywidualizmu rodzi cichą, sub rosa, prywatną walkę o osobistą nagrodę; wszystko odbywa się pod stołem, nigdy nie wychodzi na jaw, na tym polega konkurencyjny indywidualizm. Konkurencyjny indywidualizm tłumi rodzaj konfliktu, który próbuję nazwać. Konflikt jest otwarty, publiczny i często bardzo głośny. Konkurencja jest tajną grą o sumie zerowej, w którą grają jednostki dla prywatnej korzyści. Konflikt wspólnotowy jest publicznym spotkaniem, w którym cała grupa może wygrać, rozwijając się. Ci z Państwa, którzy uczestniczyli w podejmowaniu decyzji na drodze konsensusu, wiedzą, o czym mówię.

Zdrowa społeczność, choć może wykluczać tę zasadę „jeden w górę, jeden w dół” zwaną konkurencją, zawiera konflikt w samym sercu, sprawdzanie, korygowanie i poszerzanie wiedzy jednostek poprzez czerpanie z wiedzy grupy. Zdrowe konflikty w naszych klasach to prosta emocja zwana strachem. To strach, który jest w sercach nauczycieli i uczniów. To strach przed ujawnieniem, przed ukazaniem się jako ignorant, przed wyśmianiem. A jedynym antidotum na ten strach jest gościnne środowisko stworzone na przykład przez nauczyciela, który wie, jak wykorzystać każdą uwagę, bez względu na to, jak błędna lub pozornie głupia, do budowania zarówno jednostki, jak i grupy. Kiedy ludzie w klasie zaczynają się uczyć, że każda próba prawdy, bez względu na to, jak nietrafiona, jest wkładem w szersze poszukiwania prawdy korporacyjnej i konsensusu, wkrótce zostają ośmieleni i upoważnieni do powiedzenia tego, co muszą powiedzieć, do ujawnienia swojej ignorancji, do zrobienia, krótko mówiąc, tych rzeczy, bez których nauka nie może się wydarzyć.

Społeczność nie jest przeciwna konfliktowi. Wręcz przeciwnie, społeczność jest dokładnie tym miejscem, w którym arena kreatywnego konfliktu jest chroniona przez współczującą strukturę ludzkiej troski.

Jeśli zapytasz, co spaja społeczność, co umożliwia tę zdolność do pokrewieństwa, jedyna uczciwa odpowiedź, jaką mogę dać, prowadzi mnie do niebezpiecznego królestwa zwanego duchowym. Jedyną odpowiedzią, jaką mogę dać, jest to, że tym, co umożliwia społeczność, jest miłość.

Chciałbym wierzyć, że miłość nie jest zupełnie obcym słowem w dzisiejszej akademii, ponieważ wiem, że w wielkiej tradycji życia intelektualnego tak nie jest. Jest to słowo bardzo dobrze znane w akademii. Rodzaj wspólnoty, do której nawołuję, to wspólnota, która istnieje w sercu wiedzy, epistemologii, sięgania i uczenia się, pedagogiki; ten rodzaj wspólnoty zależy w sposób centralny od dwóch starożytnych i zaszczytnych rodzajów miłości.

Pierwszą jest miłość do samej nauki. Prosta zdolność czerpania czystej radości z posiadania nowej idei, która potwierdza lub odrzuca starą, łączenia dwóch lub więcej pojęć, które do tej pory wydawały się sobie obce, czystej radości w budowaniu obrazów rzeczywistości za pomocą samych słów, które teraz nagle wydają się bardziej zwierciadłami prawdy – to jest miłość do nauki.

Drugim rodzajem miłości, na którym opiera się ta wspólnota, jest miłość do osób uczących się, tych, których widzimy każdego dnia, którzy potykają się i kruszą, którzy raz są gorsi, raz zimniejsi, którzy czasami pragną prawdy, a czasami unikają jej za wszelką cenę, ale którzy są pod naszą opieką i którzy, dla ich dobra, naszego dobra i dobra świata, zasługują na całą miłość, jaką ma do zaoferowania wspólnota nauczania i uczenia się.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

2 PAST RESPONSES

User avatar
Parker J. Palmer Nov 14, 2016

Dear Friends: I'm delighted you decided to re-publish this article—thank you! Just so everyone knows, this piece originally appeared in Change Magazine's Sept./Oct. 1987 issue—almost 30 years ago! I[m glad it still has relevance, but a few of its references are a tad dated, and the time line of my own vocational journey is all out of whack! Thanks again—I love the Daily Good! Warm best, Parker Palmer http://www.facebook.com/par...

User avatar
Nick Heap Nov 13, 2016

Sudbury Valley School http://sudval.org is a place where the learning community you extol happens, I believe.