„Witamy w rasie ludzkiej” – wywiad z Parkerem J. Palmerem na temat depresji

Fragment książki Darkness Before Dawn: Redefining the Journey through Depression , kwiecień 2015, Sounds True.
To doświadczenie zwane „depresją” jest izolujące w stopniu większym, niż myślałem, że można przetrwać. Zdaję sobie jednak sprawę, że to niezwykle izolujące doświadczenie ostatecznie pozwoliło mi na nowo połączyć się ze społecznością ludzką w głębszy, szerszy i bogatszy sposób.
Tami Simon: Parker, chciałabym rozpocząć naszą rozmowę od omówienia nowego podejścia do radzenia sobie z depresją i Twoich doświadczeń w radzeniu sobie z ciemnością.
Parker J. Palmer: Podoba mi się Twój nacisk na redefinicję depresji z kilku powodów. Jako osoba, która doświadczyła trzech głębokich doświadczeń klinicznej depresji — dwa z nich w wieku czterdziestu lat i jedno w wieku około sześćdziesięciu lat — jestem świadoma kilku rzeczy. Po pierwsze, na najbardziej podstawowym poziomie, nasza kultura definiuje depresję jako coś wstydliwego. To mnie złości, ponieważ prowadzi do sytuacji, w której miliony ludzi cierpi nie tylko na depresję, ale żyje w aurze wstydu z tego powodu, jakby była dowodem jakiejś osobistej słabości lub wady charakteru. Dobra wiadomość jest taka, że ostatnio pojawiła się bardziej otwarta dyskusja na temat depresji, co jest znakiem, że wychodzimy poza tabu, w którym osoby, które jej doświadczają, są zawstydzane.
Innym sposobem, w jaki musimy zdefiniować depresję na nowo, jest sposób, w jaki została ona „zmedykalizowana”, co zaciemnia duchowy wymiar niektórych form depresji. Nie odrzucam podejść medycznych, szczególnie w odniesieniu do tych elementów depresji, które są związane z budową genetyczną i chemią mózgu. Nie jestem kategorycznie przeciwny lekom przeciwdepresyjnym — w rzeczywistości osobiście mi pomogły. W krótkim okresie czasu kładą one kres mojemu życiu emocjonalnemu, dzięki czemu mogę uzyskać jasność co do tego, co się we mnie dzieje. Mój sprzeciw ma więcej wspólnego z faktem, że wielu psychiatrów nie angażuje się w terapię rozmową, aby pomóc ludziom nadać sens doświadczeniu, ale po prostu przepisuje leki jako jedyną metodę leczenia. Ta tendencja, którą mamy, aby chcieć sprowadzić depresję do mechanizmu biologicznego, wydaje mi się błędna i ostatecznie szkodliwa.
Dlatego też redefiniowanie depresji z czegoś tabu na coś, co powinniśmy wspólnie, otwarcie i z wrażliwością odkrywać; z czegoś czysto biologicznego na coś, co ma wymiar duchowej i psychologicznej tajemnicy; i z czegoś, co zasadniczo nie ma znaczenia, na coś, co może mieć znaczenie – wszystko to wydaje mi się ważne.
TS: Jak udało Ci się wyciągnąć wnioski z trzech zmagań z depresją?
PJP: Kiedy byłem w depresji, nadanie sensu było niemożliwe — to było po prostu doświadczenie, które trzeba było znieść. Dla mnie to zagadka, jak ludzie przetrwają tę głęboką ciemność. Przez lata doszedłem do wniosku, że depresja nie jest tak bardzo jak zagubienie się w ciemności, jak raczej jak stawanie się ciemnością. W głębi depresji nie masz zdolności, by wyjść z ciemności lub trochę się od niej oddalić i powiedzieć: „Och, spójrz, co się ze mną dzieje. O co w tym wszystkim chodzi?”. Kiedy stajesz się ciemnością, zamiast się w niej gubić, nie masz innego „ja” niż ciemność. Dlatego nie możesz zyskać perspektywy i spróbować nadać jej znaczenia.
Często słyszę, jak ludzie mówią: „Nie rozumiem, dlaczego ktoś popełnił samobójstwo”. Cóż, myślę, że rozumiem, dlaczego tak się dzieje. Depresja jest absolutnie wyczerpująca, gdy jesteś w jej głębi, a ludzie, którzy często popełniają samobójstwo, mówiąc wprost, potrzebują odpoczynku. Dla mnie zagadką jest, dlaczego niektórzy ludzie przechodzą na drugą stronę i nie tylko ją przeżywają, ale także rozwijają się w jej następstwie. Wiele razy zastanawiałem się nad tym pytaniem i nigdy nie znalazłem odpowiedzi, która by mnie w pełni usatysfakcjonowała. Wszystko, co mogę powiedzieć, to to, że jakoś udało mi się przetrwać najgorsze z najgorszych chwil — i za każdym razem była to bardzo samotna podróż. W każdym przypadku otrzymałem pomoc ze strony medycznej, otrzymałem pomoc ze strony terapii rozmownej i otrzymałem pomoc od jednego lub dwóch wyrozumiałych przyjaciół, którzy wiedzieli, jak być obecnym przy mnie w tym doświadczeniu.
Niestety, wielu przyjaciół i znajomych nie wiedziało, jak być obecnym przy mnie. Bały się mnie, jak sądzę — nie chciały się do mnie zbliżać, jakbym miała zaraźliwą chorobę. Albo oferowały mi dobrze zamierzone, ale nieumyślnie krzywdzące rady, które pozwoliły im zostawić swoją wersję „prezentu” w moich rękach — a następnie jak najszybciej opuścić pokój. Oczywiście w tej sytuacji wcale nie wydaje się to prezentem, ale odrzuceniem, a nawet rodzajem przekleństwa. Więc kiedy ludzie mówią mi: „Mam takiego przyjaciela lub krewnego, który jest w depresji — co powinienem zrobić?” Zwykle odpowiadam: „Cóż, nie mogę tego szczegółowo opisać, ale mogę ci powiedzieć: zrób wszystko, co w twojej mocy, żeby dać im znać, że się ich nie boisz. Bądź przy nich obecny w sposób, który wyraża wiarę i pewność, że mają to, czego potrzeba, żeby sobie poradzić. Nie podchodź do nich z tanim wsparciem, jakiego niektórzy próbowali mi udzielić: „Ale Parker, jesteś takim dobrym facetem! Pomogłeś tylu ludziom, napisałeś takie dobre książki, wygłosiłeś takie dobre przemówienia. Czy nie możesz się na tym oprzeć i wydostać się z tej dziury?”
Kiedy słyszysz coś takiego w momencie swojego życia, kiedy czujesz się jak robak, kiedy całkowicie straciłeś poczucie własnego ja, to mówisz sobie coś takiego: „Chyba oszukałem jeszcze jedną osobę. Gdyby kiedykolwiek zrozumieli, że tak naprawdę nie jestem dobrym facetem i że wszystkie te rzeczy, które napisałem i powiedziałem, są bezsensowne, absolutnie bezużyteczne, odrzuciliby mnie i wrzucili w zewnętrzną ciemność”.
Podobnie, ludzie przychodzili do mnie i mówili: „Ale, Parker, na zewnątrz jest taki piękny dzień! Dlaczego nie wyjdziesz, nie wygrzejesz się trochę w słońcu i nie powąchasz kwiatów?”. Jakkolwiek dobrze by to nie brzmiało, tego rodzaju rada jest ostatecznie bardziej przygnębiająca niż zachęcająca. Wiedziałem intelektualnie, że to piękny dzień i wiedziałem intelektualnie, że te kwiaty pachną perfumami i pięknie dla innych ludzi, ale nie miałem ani odrobiny pojemności w swoim ciele, aby naprawdę doświadczyć tego piękna lub tej wspaniałości. Więc zachęta, aby wyjść na zewnątrz i zobaczyć, jak pięknie jest, okazała się być przygnębiającym przypomnieniem mojej własnej niezdolności.
Przepracowawszy tę bardzo samotną podróż — gdzie tylko kilka osób było w stanie zaoferować mi rodzaj obecności i wsparcia, którego potrzebowałam — gdy wyszłam na drugą stronę, wydarzyło się kilka rzeczy, które pozwoliły mi zacząć nadawać sens temu doświadczeniu. Jedną z nich jest to, że odkryłam, że jestem bardziej współczującą osobą. Kiedy cierpisz, jeśli przyjmujesz to we właściwy sposób, w elastycznym i otwartym sercu, stajesz się o wiele bardziej empatyczna wobec cierpienia innych.
Inaczej mówiąc, stajesz się mniej przestraszony cierpieniem innych ludzi. Jesteś bardziej skłonny być obecnym w wierny, trwały sposób, ponieważ nie traktujesz go już jako zaraźliwej choroby, którą ty również możesz złapać. Zostałeś wydrążony przez własne cierpienie, co tworzy przestrzeń w tobie dla cierpienia innych ludzi. Jesteś w stanie lepiej zaoferować im empatyczną obecność.
W ten sposób zaczynasz rozwijać poczucie wspólnoty, które w dziwny sposób zaczyna normalizować problem. Empatia zrodzona z cierpienia mówi ci: „Jesteśmy w tym wszyscy razem i to jest częścią ludzkiego doświadczenia”. Od czasu, gdy doświadczyłem depresji trzy razy i wyszedłem z niej po drugiej stronie, jest dla mnie jasne, że najważniejsze słowa, jakie mogę powiedzieć komuś, kto przychodzi do mnie z niemal każdym rodzajem cierpienia — po tym, jak wysłuchałem go głęboko, po tym, jak poświęciłem mu dogłębną uwagę — brzmią: „Witamy w rasie ludzkiej!”
Bez względu na to, jak okropne jest ich doświadczenie, nie ma we mnie nic, co chciałoby powiedzieć: „Nie mogę znieść tego słuchania!” lub „Jak mogłeś pozwolić, aby coś takiego się wydarzyło?” lub „Teraz znalazłeś się na marginesie ludzkiej społeczności”. Wręcz przeciwnie, chcę powiedzieć: „Witamy w ludzkiej rasie. Teraz dołączasz do grona tych, którzy doświadczyli jednych z najgłębszych rzeczy, jakich może doświadczyć istota ludzka”. Więc zaczynasz nadawać temu sens, jak mi się wydaje, zdając sobie sprawę, że to niesamowicie izolujące doświadczenie zwane „depresją” — i izoluje w większym stopniu, niż wyobrażałem sobie, że można przetrwać — ostatecznie ponownie łączy cię ze społecznością ludzką w głębszy, szerszy i bogatszy sposób.
Drugim rodzajem nadawania znaczenia, który bym nazwał — po tym otwarciu na współczucie, które depresja może pomóc stworzyć — jest to, że przetrwanie depresji może uczynić cię bardziej odważnym. Po każdej z moich depresji zauważyłem, że moja zdolność do stawiania się w trudnych lub zastraszających sytuacjach wzrosła. Na przykład, gdybym wygłaszał wykład na temat tego, co jest nie tak z edukacją medyczną dla kilku tysięcy nauczycieli medycyny, byłoby to dla mnie bardzo zastraszające doświadczenie trzydzieści lub czterdzieści lat temu. Działałbym pod wpływem strachu i obronności ego. Ale gdy już przetrwasz depresję, możesz powiedzieć sobie: „Co może być bardziej przerażające niż to? Przeżyłem depresję, więc wyzwanie, które teraz przede mną stoi, nie wydaje się aż tak przerażające”. Wtedy wszyscy na tym korzystają, ponieważ gdy nie czuję się zagrożony, jestem bardziej skłonny mówić z miejsca pełnego duszy, a nie z miejsca obronnego ego — a moje przesłanie jest bardziej prawdopodobne, że zostanie dobrze przyjęte, nawet jeśli jest krytyczne. Więc to jest kolejny sposób, w jaki myślę, że nadajesz sens: depresja staje się doświadczeniem odniesienia, w porównaniu z którym inne rzeczy po prostu nie wyglądają tak źle. A ponieważ często mamy doświadczenia stawiania czoła rzeczom, które wyglądają na dość trudne, to jest to prawdziwy atut, coś o prawdziwym znaczeniu.
Ostatnim sposobem, w jaki doszedłem do nadania sensu depresji, jest dzielenie się doświadczeniem tak otwarcie, jak potrafię, z innymi. Ale zanim to zrobię, ważne jest, aby doświadczenie depresji, stania się ciemnością, było dobrze zintegrowane z jego lub jej obrazem siebie i samoświadomością. Jeśli jest jakaś pozostałość wstydu lub poczucie bycia osobiście wadliwym, to doświadczenie może nie być gotowe do podzielenia się, a w rzeczywistości może być nieprzydatne lub nawet niebezpieczne.
Po mojej pierwszej depresji, która miała miejsce, gdy miałem około czterdziestki, minęło dziesięć lat, zanim poczułem, że jest ona na tyle dobrze zintegrowana, że mogłem zacząć o niej pisać i mówić. Dopiero wtedy byłem w stanie powiedzieć: „Tak, jestem wszystkim z powyższych. Jestem swoją ciemnością i swoim światłem. Jestem facetem, który spędził miesiące, chowając się w kącie z opuszczonymi roletami, a także facetem, który może wyjść na scenę przed kilkoma tysiącami lekarzy i wygłosić kilka trudnych przesłań. Jestem tym wszystkim i nie muszę niczego ukrywać”. To mój sposób na powiedzenie sobie: „Witamy w rasie ludzkiej! My, ludzie, jesteśmy bardzo zróżnicowaną grupą — i ty, Parker, również ty!” Gdy tylko byłem w stanie szczerze to sobie powiedzieć, byłem gotowy podzielić się swoim doświadczeniem w sposób, który może być uzdrawiający, terapeutyczny i zachęcający dla innych.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
1 PAST RESPONSES
I think every human has been depressed at one time or another in their lives. If you are talking about chemical imbalances, that's a life long condition that needs medical intervention and monitoring. One can expect ups and downs.
[Hide Full Comment]I think people are afraid because there are people who are emotional vampires and they will drain you of energy for as long as you allow it. Their problems are magnified in their minds and they give no thought as to the problems other people may be dealing with or even ask other than an initial insincere, how are you, before launching into their own repetitive tale of woe.
I really don't know how long one can be subjected to their constant negativity without being adversely affected themselves. I was a shoulder to lean and an empathetic listener for over 3 years and finally had to distance myself. The person also had a shrink and a call list of people who were also attempting to be good listeners. I felt guilty but found I wasn't the only who had reached their limit.
If people aren't willing to do their own work to improve their life, it becomes a circular conversation.