Wdzięczność jako podstawa wspólnego języka religijnego
To jest wszystko, co się liczy: że możemy się ukłonić, głęboko ukłonić. Tylko tyle. Tylko tyle.
Ksiądz Eido Tai Shimano pisze:
Ludzie często pytają mnie, jak buddyści odpowiadają na pytanie: „Czy Bóg istnieje?”. Pewnego dnia spacerowałem wzdłuż rzeki. Wiał wiatr. Nagle pomyślałem: Och! Powietrze naprawdę istnieje. Wiemy, że powietrze istnieje, ale dopóki wiatr nie wieje nam w twarz, nie jesteśmy go świadomi. Tu, na wietrze, nagle uświadomiłem sobie, tak, ono naprawdę istnieje. I słońce też. Nagle uświadomiłem sobie słońce świecące przez nagie drzewa. Jego ciepło, jego jasność i to wszystko zupełnie za darmo, zupełnie bezinteresownie. Po prostu dla nas, byśmy mogli się nim cieszyć. I bez mojej wiedzy, zupełnie spontanicznie, moje dłonie zetknęły się i zdałem sobie sprawę, że robię gassho. I dotarło do mnie, że to wszystko, co się liczy: że możemy się ukłonić, złożyć głęboki ukłon. Tylko tyle. Tylko tyle.
Gdybyśmy mogli doświadczać tej fundamentalnej wdzięczności przez cały czas, nie byłoby potrzeby o niej mówić, a wiele sprzeczności dzielących nasz świat zostałoby natychmiast rozwiązanych. Jednak w naszej obecnej sytuacji rozmowa o niej może nam pomóc przynajmniej rozpoznać to doświadczenie, gdy jest nam ono dane, i dodać nam odwagi, by zejść w głębię, jaką otwiera wdzięczność.
Możemy zacząć od pytania: „Co się dzieje, gdy odczuwamy spontaniczną wdzięczność?” (Oczywiście, chodzi tu o to konkretne zjawisko, a nie o jakieś abstrakcyjne pojęcie). Po pierwsze, doświadczamy radości. Radość z pewnością leży u podstaw wdzięczności. Ale jest to szczególny rodzaj radości – radość otrzymana od innej osoby. Jest ten niezwykły „plus”, który dodaje się do mojej radości, gdy tylko uświadomię sobie, że daje mi ją ktoś inny, i to koniecznie inna osoba.
Mogę sobie pozwolić na pyszny posiłek, ale radość wcale nie będzie taka sama, jak gdyby ktoś inny poczęstował mnie posiłkiem, choć będzie on nieco mniej wykwintny. Mogę sobie przygotować smakołyk, ale żadną miarą nie mogę być wdzięczny sobie; na tym właśnie polega decydująca różnica między radością, która rodzi wdzięczność, a jakąkolwiek inną radością.
Wdzięczność odnosi się do drugiego człowieka, a także do drugiego jako osoby. Nie możemy być w pełni wdzięczni rzeczom ani bezosobowym siłom, takim jak życie czy natura, jeśli nie postrzegamy ich w jakiś niejasny sposób jako implicite osobistych, ponadosobowych, jeśli wolisz.
Wdzięczność wypływa z uświadomienia sobie, że otrzymałem coś dobrego od innej osoby, że zostało mi to ofiarowane bezinteresownie i było przysługą.
W chwili, gdy jednoznacznie wykluczymy pojęcie osobowości, wdzięczność ustaje. I dlaczego? Ponieważ wdzięczność oznacza, że dar, który otrzymuję, jest ofiarowany mi dobrowolnie, a ktoś, kto jest w stanie wyświadczyć mi przysługę, z definicji jest osobą.
Radość, nawet jeśli otrzymuję ją od kogoś innego, nie czyni mnie wdzięcznym, chyba że jest to przysługa. Jesteśmy bardzo wyczuleni na tę różnicę. Kiedy dostajesz nietypowo duży kawałek ciasta w stołówce, możesz się na chwilę zawahać i dopiero gdy odrzucisz możliwość, że może to oznaczać zmianę polityki lub niedopatrzenie, uznajesz to za przysługę godną uśmiechu dla osoby, która ci go podaje przez ladę.
W danym przypadku trudno stwierdzić, czy otrzymana przysługa była przeznaczona dla mnie osobiście. Moja wdzięczność będzie jednak zależeć od odpowiedzi. Przynajmniej przysługa musi być przeznaczona dla grupy, z którą się osobiście utożsamiam. (Kiedy nosisz habit mnisi, nierzadko otrzymujesz większy kawałek ciasta lub inną nieoczekiwaną życzliwość od kogoś, kogo nigdy wcześniej nie spotkałeś i kogo nigdy więcej nie spotkasz. Ale w tym przypadku ci ludzie oznaczają ciebie, o ile jesteś mnichem, i to zupełnie co innego niż bolesne doświadczenie odwzajemnienia uśmiechu, by odkryć, że ten uśmiech nie odnosi się do ciebie, ale do kogoś, kto stoi za tobą).
Kiedy jestem wdzięczny, pozwalam swoim emocjom w pełni rozkoszować się i wyrażać radość, którą otrzymałem.
Dokąd prowadzi nas ta mała fenomenologia wdzięczności? Tyle możemy już powiedzieć: Wdzięczność wypływa z wglądu, z rozpoznania, że coś dobrego otrzymałem od innej osoby, że zostało mi to ofiarowane bezinteresownie i miało być przysługą. A gdy tylko to rozpoznanie do mnie dociera, wdzięczność również spontanicznie budzi się w moim sercu: „Je suis reconnaissant” – rozpoznaję, przyznaję, jestem wdzięczny; w języku francuskim te trzy pojęcia wyraża jeden termin.
Uznaję szczególną jakość tej radości: Jest to radość dobrowolnie udzielona mi jako przysługa. Uznaję swoją zależność, dobrowolnie przyjmując jako dar to, co tylko ktoś inny, jako ktoś inny, może mi dobrowolnie dać. I jestem wdzięczny, pozwalając moim emocjom w pełni zasmakować i wyrazić radość, którą otrzymałem, i w ten sposób sprawiam, że powraca ona do źródła, odwzajemniając wdzięczność. Widzisz, że cała osoba jest zaangażowana, gdy dziękujemy z serca. Serce jest tym centrum, w którym człowiek jest jednością: intelekt rozpoznaje dar jako dar; wola uznaje moją zależność; emocje, niczym pudło rezonansowe, nadają pełnię melodii tego doświadczenia.
Rozum rozpoznaje: Tak, dobrze jest zaakceptować swoją zależność; emocje rozbrzmiewają wdzięcznością, celebrując piękno tego doświadczenia. W ten sposób wdzięczne serce, doświadczając w prawdzie, dobru i pięknie pełni bytu, znajduje poprzez wdzięczność własne spełnienie. Dlatego osoba, która nie potrafi być wdzięczna całym sercem, jest tak żałosną porażką. Brak wdzięczności zawsze wskazuje na jakieś zaburzenie intelektu, woli lub emocji, które uniemożliwia integrację dotkniętej tym zaburzeniem osobowości.
Być może mój intelekt uparcie podejrzliwy nie pozwala mi uznać żadnej przysługi za przysługę. Bezinteresowności nie da się udowodnić. Rozumowanie o motywach innej osoby może mnie doprowadzić jedynie do punktu, w którym sam intelekt musi ustąpić miejsca wierze, zaufaniu drugiemu, co jest już gestem nie tylko intelektu, ale całego serca. Albo może moja dumna wola odmawia uznania mojej zależności od kogoś innego, paraliżując w ten sposób serce, zanim zdąży się podnieść i podziękować. Albo może być tak, że blizny po zranionych uczuciach nie pozwalają mi już na pełną reakcję emocjonalną. Moje pragnienie czystej bezinteresowności, prawdziwej wdzięczności, może być tak głębokie i tak bardzo sprzeczne z tym, czego doświadczyłem w przeszłości, że poddaję się rozpaczy. A kim ja w ogóle jestem? Dlaczego miałabym marnować na mnie jakąkolwiek bezinteresowną miłość? Czy jestem jej godny? Nie, nie jestem. Stawienie czoła temu faktowi, uświadomienie sobie własnej niegodności, a mimo to otwarcie się z nadzieją na miłość – oto korzeń wszelkiej ludzkiej pełni i świętości, samo sedno integrującego gestu dziękczynienia. Jednakże ten wewnętrzny gest wdzięczności może się urzeczywistnić tylko wtedy, gdy znajdzie swój wyraz.
Wyrażanie wdzięczności jest integralną częścią wdzięczności, nie mniej ważną niż uznanie daru i uznanie mojej zależności. Pomyślmy o bezradności, której doświadczamy, gdy nie wiemy, komu podziękować za anonimowy dar. Dopiero gdy moje podziękowania zostaną wyrażone i przyjęte, krąg dawania i dziękczynienia się zamyka, a między dawcą a odbiorcą nawiązuje się wzajemna wymiana.
Czyż wdzięczność nie jest przejściem od podejrzliwości do zaufania, od dumnej izolacji do pokornego dawania i brania, od zniewolenia do fałszywej niezależności do samoakceptacji w tej zależności, która wyzwala?
Zamknięty krąg nie jest jednak dobrze dobranym obrazem tego, co się tu dzieje. Moglibyśmy raczej porównać tę wymianę do spirali, w której dawca otrzymuje dziękczynienie, a tym samym staje się biorcą, a radość z dawania i otrzymywania wzrasta coraz bardziej. Matka pochyla się nad dzieckiem w łóżeczku i podaje mu grzechotkę. Dziecko rozpoznaje dar i odwzajemnia uśmiech matki. Matka, uradowana dziecięcym gestem wdzięczności, unosi dziecko w górę, całując je. Oto nasza spirala radości. Czy pocałunek nie jest większym darem niż zabawka? Czy radość, którą wyraża, nie jest większa niż radość, która wprawiła w ruch naszą spiralę?
Zauważ jednak, że wznoszący się ruch naszej spirali oznacza nie tylko, że radość stała się silniejsza. Raczej, że przeszliśmy do czegoś zupełnie nowego. Dokonał się pewien etap. Etap od wielości do jedności: zaczynamy od dawcy, daru i odbiorcy, a docieramy do uścisku wyrażonych i przyjętych podziękowań. Któż zdoła odróżnić dawcę od odbiorcy w ostatnim pocałunku wdzięczności?
Czyż wdzięczność nie jest przejściem od podejrzliwości do zaufania, od dumnej izolacji do pokornego dawania i brania, od zniewolenia do fałszywej niezależności do samoakceptacji w tej zależności, która wyzwala? Tak, wdzięczność to wielki gest przejścia.
I ten gest przejścia nas jednoczy. Jednoczy nas jako istoty ludzkie, ponieważ zdajemy sobie sprawę, że w całym tym przemijającym wszechświecie my, ludzie, jesteśmy tymi, którzy przemijają i wiedzą, że przemijają. W tym tkwi nasza ludzka godność. W tym tkwi nasze ludzkie zadanie. Zadanie wejścia w sens tego przejścia (przejścia, które jest całym naszym życiem), celebrowania jego znaczenia poprzez gest dziękczynienia.
Ale ten gest przejścia jednoczy nas w tej głębi serca, w której bycie człowiekiem jest synonimem bycia religijnym. Istotą wdzięczności jest samoakceptacja w tej zależności, która wyzwala; ale zależność, która wyzwala, to nic innego jak religia, która leży u podstaw wszystkich religii, a nawet u podstaw tego głęboko religijnego (choć błędnego) odrzucenia wszelkich religii.
Ofiara sama w sobie jest pierwowzorem wszystkich obrzędów przejścia.
Kiedy przyjrzymy się wielkim rytuałom przejścia, należącym do najstarszego dziedzictwa religijnego ludzkości, religijne znaczenie wdzięczności staje się dla nas oczywiste. W ostatnich latach antropolodzy i badacze religioznawstwa porównawczego wiele uwagi poświęcili tym „rites de passage”, obrzędom celebrującym narodziny i śmierć oraz inne ważne chwile ludzkiego życia. Ofiara w takiej czy innej formie należy do sedna tych rytuałów. I jest to zrozumiałe, ponieważ sama ofiara jest pierwowzorem wszystkich rytuałów przejścia.
Gdy przyjrzymy się bliżej podstawowym cechom wspólnym dla różnych form obrzędów ofiarnych, uderza nas idealna paralela między strukturą wdzięczności jako gestu ludzkiego serca a wewnętrzną strukturą ofiary. W obu przypadkach następuje pewien etap. W obu przypadkach gest wyrasta z radosnego uznania otrzymanego daru, kulminuje w uznaniu zależności obdarowanego od ofiarodawcy i znajduje swoje spełnienie w zewnętrznym wyrazie wdzięczności, który jednoczy ofiarodawcę i obdarowanego, czy to w formie tradycyjnego uścisku dłoni na znak wdzięczności, czy w ofiarnym posiłku.
Pomyślmy na przykład o ofierze z pierwszych owoców, niemal na pewno najstarszym rytuale ofiarnym. Nawet tam, gdzie znajdujemy go w jego najprostszej i najbardziej prymitywnej formie, rytuał wyraźnie odzwierciedla wzorzec, który odkryliśmy. Weźmy na przykład Chenchu, plemię z południowych Indii, należące do jednej z najstarszych warstw kulturowych nie tylko Indii, ale i całego świata. Co się dzieje, gdy Chenchu powracający z wyprawy po żywność w dżunglę rzuca w busz wybrany kęs pożywienia i dołącza do tej ofiary modlitwę do bóstwa czczonego jako pani dżungli i wszystkich jej produktów? „Matko nasza” – mówi – „dzięki twojej dobroci znaleźliśmy. Bez niej nic nie otrzymamy. Składamy ci serdeczne podziękowania”.
Wyrażenie wdzięczności sprawia, że pierwotna radość z otrzymanej przysługi wzrasta.
Tysiące podobnych obrzędów praktykowano wśród ludów najbardziej prymitywnych. Jednak ten przykład (zanotowany przez Christopha von Fürer Haimendorfa, który prowadził badania terenowe wśród Czenczu) wyróżnia się krystalicznie czystą strukturą. Każde zdanie prostej modlitwy towarzyszącej tej ofierze odpowiada w istocie jednej z trzech faz wdzięczności. „Matko nasza, dzięki Twojej dobroci znaleźliśmy”: uznanie otrzymanej łaski; „bez niej nic nie otrzymujemy”: uznanie zależności; oraz „składamy Ci serdeczne podziękowania”: wyraz wdzięczności, który sprawia, że pierwotna radość z otrzymanej łaski wznosi się na wyższy poziom.
A to, co modlitwa wyraża w trzech aspektach, obrzęd wyraża w jednym geście: myśliwy, który ofiarowuje bóstwu kawałek upolowanej zwierzyny, wyraża w ten sposób, że docenia dobroć otrzymanego daru i że poprzez symboliczne dzielenie się darem w pewien sposób nawiązuje komunię z ofiarodawcą.
W istocie, korelacja między społecznymi gestami wdzięczności a religijnymi gestami poświęcenia jest tak uderzająca, że można by pomylić ofiary z jedzenia u Chenchu i podobne przykłady z prostym przeniesieniem konwencji społecznych na ton religijny. Nie ma jednak prostej zależności między nimi. Oba są zakorzenione w głębi serca, ale rozwijają się w dwóch różnych kierunkach.
Nasza świadomość religijna urzeczywistnia się poprzez sam gest naszych rytuałów ofiarnych, tak jak świadomość ludzkiej solidarności urzeczywistnia się, gdy jeden człowiek wyraża wdzięczność drugiemu.
Patrzymy na życie i widzimy, że przychodzi do nas ze Źródła daleko poza naszym zasięgiem. Patrzymy na życie i widzimy, że jest dobre – dobre dla nas; a z mocnego fundamentu tych dwóch intelektualnych spostrzeżeń serce śmie skoczyć do trzeciego, przewyższającego zwykłe rozumowanie: spostrzeżenia, że wszelkie dobro przychodzi do nas jako darmowy dar ze Źródła Życia. Ten skok wiary przewyższa skupienie intelektu, ponieważ jest gestem całej osoby, bardzo podobnym do zaufania, jakim darzę przyjaciela.
Teraz, w chwili, gdy uznaję życie za dar, a siebie za odbiorcę, moja zależność staje się dla mnie oczywista i stawia mnie przed wyborem: tak jak w sferze społecznej mogę odmówić uznania i zamknąć się w samotności dumy, tak w wymiarze religijnym mogę przyjąć postawę dumnej niezależności wobec samego Źródła Życia. I silna jest pokusa, by zamknąć oczy na niedorzeczność tej postawy. Zależność bowiem w kontekście religijnym oznacza coś więcej niż dawanie i branie w ludzkiej współzależności; oznacza posłuszeństwo Istocie większej ode mnie. A moja małostkowa duma z trudem to przełknie.
(To właśnie tutaj, nawiasem mówiąc, przemoc wielu rytuałów ofiarnych ma swoje korzenie. Nie możemy teraz oddać sprawiedliwości temu aspektowi, ale możemy zauważyć mimochodem, że gwałtowne rytuały ofiarne mają znaczenie jako wyraz tej przemocy, którą musimy sobie zadać, zanim nasze serca, zniewolone przez samowolę, będą mogły wejść w wolność kochającego posłuszeństwa.) Osoba, która zabija zwierzę w ofierze, wyraża tym rytuałem własną gotowość do śmierci dla wszystkiego, co oddziela nas od celu tego rytuału przejścia. Ponieważ celem jest zjednoczenie między tym, co ludzkie, a tym, co boskie, zjednoczenie woli musi je poprzedzać; ludzka wola musi stać się posłuszna. Ale śmierć samowoli jest tylko negatywnym aspektem posłuszeństwa; jej pozytywnym aspektem są nasze narodziny do prawdziwego życia i radości. Po ofierze następuje radość uczty ofiarnej.
Nie powinniśmy przeceniać znaczenia uległości, mówiąc o posłuszeństwie. Znacznie ważniejszy jest aspekt pozytywny: czujność na tajemne znaki wskazujące drogę do prawdziwej radości. (Nazywam je tajemnymi znakami, ponieważ są to intymnie osobiste wskazówki w chwilach, gdy jesteśmy najprawdziwszymi sobą). „My, w przeciwieństwie do ptaków wędrownych, nie jesteśmy poinformowani” – mówi Rilke w swoich Elegiach duinejskich. Nasza droga nie jest z góry przesądzona przez instynkt. Otrzymujemy jedynie przeczucia, takie jak to wzruszenie wdzięczności w naszych sercach, i swobodę podążania za tymi przeczuciami.
Należymy do siebie w głębokiej solidarności, którą dostrzega serce. Należymy do siebie, ponieważ razem jesteśmy zobowiązani wobec rzeczywistości, która nas przekracza.
W takim stopniu, w jakim utraciliśmy tę wolność, niezbędne jest oderwanie. Posłuszeństwo to nasza czujność, nasza dyspozycyjność, nasza gotowość podążania za impulsem serca w jego wznoszącym się locie. Oderwanie uwalnia skrzydła naszego serca, abyśmy mogli wznieść się ku wdzięcznej radości życia w całej jego pełni. Musimy otworzyć dłoń i uwolnić to, co trzymamy, zanim będziemy mogli przyjąć nowe dary, które oferuje nam każda chwila. Oderwanie i posłuszeństwo to jedynie środki; celem jest radość.
Gdybyśmy pojmowali ofiarę moralną w ten pozytywny sposób, zrozumielibyśmy również ofiarę rytualną, która jest jej wyrazem. Żadna z nich nie jest tak ponura, w jaką bywa niekiedy wypaczana. Wzorem obu jest przejście dziękczynienia. Spełnieniem obu jest radość z naszego zjednoczenia z tym, co nas przewyższa. Wyraża się to w uczcie ofiarnej, w której rytuał ofiary osiąga punkt kulminacyjny. Ten radosny posiłek zakłada przyjęcie naszego dziękczynienia przez bóstwo. To uścisk, który jednoczy tego, kto dał dar, z tym, kto za niego dziękuje.
(Przy okazji pamiętajmy, że w kontekście religijnym Bóg jest zawsze dawcą: ludzie są dziękczynnymi. Tylko w znacznie mniej oryginalnym kontekście magii ta relacja może się przerodzić w jakąś transakcję handlową, a nawet w nasze próby wymuszenia przysług od nadludzkich mocy. Ale magia i rytualizm to ślepe zaułki serca; nie interesują nas one tutaj).
Niepokoi nas fakt, że nasze własne doświadczenie wdzięczności jest ściśle związane z uniwersalnym zjawiskiem religijnym – poświęceniem, które leży u samych podstaw religii. A gdy już zrozumiemy ten korzeń, możemy odnaleźć dostęp do religii we wszystkich jej aspektach. Całą historię religii można w istocie postrzegać jako urzeczywistnienie, we wszystkich jego implikacjach, tego gestu poświęcenia, którego sami doświadczamy, gdy tylko wdzięczność narasta w naszych sercach.
Cały kosmos odnawia się chwila po chwili poprzez poświęcenie: powraca do swego źródła poprzez dziękczynienie i zostaje na nowo przyjęty jako dar w całej swojej pierwotnej świeżości.
Na przykład religia żydowska zaczyna się od ukrytego przekonania, że nie bylibyśmy ludźmi, gdybyśmy nie złożyli ofiary, i prowadzi do wyraźnej świadomości, że „tylko ten, kto składa siebie w ofierze, zasługuje na miano człowieka” (rabin Israel z Rizin; zm. 1850). Mamy doskonałą paralelę w hinduizmie, gdzie wczesny tekst wedyjski postrzega ludzkość jako „jedyne zwierzę zdolne do złożenia ofiary” (Satapata Brahmanah VII, 5, 2, 23), a rozwój ten osiąga punkt kulminacyjny w fragmencie z Chandogya Upaniszady (III, 16, 1): „Zaprawdę, człowiek jest ofiarą”. Czyż nasze własne doświadczenie nie pokazuje nam, że osoba ludzka odnajduje swoją integralność tylko w ofiarnym geście dziękczynienia?
Nawet do „miłuj” (które w takiej czy innej formie jest dojrzałym owocem każdej religii) nasze doświadczenie wdzięczności daje nam dostęp. Lecz tak jak korzeń odpychał nas początkowo swoją pozorną surowością, tak ten owoc religii sprawia, że cofamy się przed sprzecznością, którą zdaje się zawierać. Jak można nakazać miłość? Jak może istnieć obowiązek kochania? Miłość nie jest miłością, jeśli nie jest bezinteresowna. To, czego doświadczamy w kontekście wdzięczności, daje nam wskazówkę: przysługa, którą wyświadczamy drugiemu, pozostaje przysługą, pozostaje bezinteresowna, nawet jeśli nasze serce podpowiada nam, że powinniśmy ją czynić, że powinniśmy być hojni, powinniśmy przebaczać. A dlaczego? Ponieważ należymy do siebie w głębokiej solidarności, którą serce dostrzega. Należymy do siebie, ponieważ razem jesteśmy zobowiązani wobec rzeczywistości, która nas przekracza.
Przychodzą mi na myśl słowa Chrystusa: „Jeśli przyniesiesz dar swój na ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw pojednaj się z bratem swoim, a potem przyjdź i ofiaruj dar swój” (Mt 5, 24). Jest to w doskonałej zgodności z tradycją proroków Izraela, którzy twierdzili, że prawdziwą ofiarą jest dziękczynienie, że prawdziwą ofiarą jest posłuszeństwo, że prawdziwym znaczeniem uczty ofiarnej jest miłosierdzie, „ hesed ”, przymierze, miłość, która łączy ludzi ze sobą, wiążąc ich jako jedną wspólnotę z Bogiem.
Odrzuca się pusty rytualizm, a nie rytuał. Dziękczynne miłosierdzie i posłuszeństwo nie mają zastąpić rytuału, lecz nadać mu pełne znaczenie. W istocie, całe nasze życie ma stać się świętym rytuałem dziękczynienia, cały wszechświat ofiarą. Kiedy prorok Zachariasz mówi, że „w owym dniu” (w dniu Mesjasza) „każdy garnek i patelnia w Jerozolimie i Judzie będą poświęcone Panu Zastępów, aby wszyscy, którzy składają ofiary, mogli przyjść i z nich korzystać”, sugeruje się, że nie ma niczego na ziemi, co nie mogłoby stać się naczyniem wypełnionym naszą wdzięcznością i wzniesionym ku Bogu.
To właśnie ta powszechna „Eucharystia”, to kosmiczne świętowanie ofiary dziękczynnej, stanowi serce chrześcijańskiego przesłania. I nawet tym z nas, którzy nie są chrześcijanami, doświadczenie wdzięczności daje, przynajmniej spekulatywny, dostęp do chrześcijańskiej wiary, że spirala dziękczynienia jest dynamicznym wzorcem całej rzeczywistości, że w absolutnej jedności Trójjedynego Boga jest miejsce na wieczną wymianę darów i dziękczynienia, spiralę radości. W obrębie jednego i niepodzielnego Bóstwa Ojciec oddaje się Synowi, a Syn oddaje się Ojcu w dziękczynieniu. A Dar Miłości wiecznie wymieniany między Ojcem a Synem jest On sam, osobowy i boski, Duch Święty Dziękczynienia.
Stworzenie i odkupienie są po prostu przepełnieniem tego boskiego „perichorese”, tego wewnątrztrynitarnego tańca, przepełnieniem tego, co samo w sobie jest nicością. Bóg Syn staje się Synem Człowieczym w posłuszeństwie Ojcu, aby przez swoją ofiarę zjednoczyć w miłości miłosiernej wszystkich ludzi między sobą i z Bogiem, prowadząc ich z powrotem w Duchu Dziękczynienia do tego wiecznego uścisku, w którym „Bóg będzie wszystkim we wszystkich” (1 Kor 15, 28). „Wszystko, co istnieje, istnieje przez ofiarę” (Sat. Brah. XI, 2. 3. 6). Cały kosmos odnawia się chwila po chwili poprzez ofiarę: przywracany do źródła przez dziękczynienie i przyjmowany na nowo jako dar w całej swojej pierwotnej świeżości. Ale ta powszechna ofiara jest możliwa tylko dlatego, że jeden Bóg, sam, jest Dawcą, Dawcą Dziękczynienia i Darem.
Tym z nas, którzy wkroczyli w tę tajemnicę przez wiarę, nie trzeba jej wyjaśniać; innym nie da się jej wyjaśnić. Lecz w takim stopniu, w jakim uczyniliśmy miejsce w naszych sercach dla wdzięczności, wszyscy mamy udział w tej rzeczywistości, jakkolwiek ją nazwiemy. (To rzeczywistość, której nigdy w pełni nie uchwycisz. Liczy się tylko to, że pozwolimy jej nas pochłonąć). Liczy się tylko to, abyśmy weszli w tę ścieżkę wdzięczności i poświęcenia, ścieżkę, która prowadzi nas do wewnętrznej integralności, do zgody między sobą i do zjednoczenia z samym Źródłem Życia. Bo „…tylko to się liczy: że możemy się ukłonić, złożyć głęboki ukłon. Tylko tyle, tylko tyle”.
Przedruk z :
Główne nurty myśli współczesnej
(maj-czerwiec 1967, tom 23, nr 5, s. 129-132)
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
2 PAST RESPONSES
In all things give thanks with a grateful heart. This is to rise above caught up in LOVE. }:- ❤️ anonemoose monk