Pozwólcie, że przedstawię logikę, która zaprzątała mnie odkąd jako nastolatek uświadomiłem sobie stan planety:
Świat ma teraz kilka poważnych problemów. Kryzys jest pilny. Nie ma czasu na oddawanie się małym, nieistotnym rozwiązaniom, które zostaną zmiecione przez tsunami zmian klimatycznych, załamanie gospodarcze, nuklearny holokaust, wojny napędzane niedoborem zasobów itd. Potrzebujemy poważnych rozwiązań poważnych problemów. Dlatego cokolwiek robisz na poziomie lokalnym, lepiej upewnij się, że jest skalowalne. Lepiej upewnij się, że może stać się wirusowe, ponieważ w przeciwnym razie jego wpływ będzie trywialny.
W tej logice zawarta jest niejawna hierarchia, która ceni wkład niektórych ludzi – i niektórych rodzajów ludzi – bardziej niż innych. Ceni działania ludzi, którzy mają duży zasięg, dużą platformę, głośny głos lub pieniądze lub władzę instytucjonalną, aby wpłynąć na tysiące lub miliony ludzi. Ta ocena jest, jak możesz zauważyć, niemal identyczna z przydziałem statusu i władzy w dominującej kulturze – fakt, który powinien dać nam do myślenia.
Logika wielkości dewaluuje babcię spędzającą cały dzień z wnuczką, ogrodnika przywracającego zdrowie jednemu małemu zakątkowi ziemi, aktywistę pracującego nad uwolnieniem jednej orki z niewoli. Dewaluuje wszystko, co pozornie nie mogłoby mieć większego wpływu na świat w skali makrokosmicznej. Dewaluuje to, co kobiece, intymne, osobiste i ciche. Dewaluuje dokładnie te same rzeczy, które zdewaluowały globalny kapitalizm, patriarchat i technologia.
Jednak logika wydaje się niepodważalna. Z pewnością mój przekaz będzie miał większy wpływ, jeśli usłyszy go milion osób, niż tysiąc, jedna osoba lub nikt? Jeśli ogrodnik umieści film ze swojego projektu regeneracji gleby w mediach społecznościowych, będzie miał znacznie większy potencjalny wpływ, niż gdyby praktykował go niewidocznie na swoim małym kawałku ziemi. Ponieważ jeśli nikt się o tym nie dowie, wpłynie to tylko na kilka metrów kwadratowych gleby i nic więcej. Tak?
Tutaj dochodzimy do tego, co niektórzy nazywają „teorią zmiany”, która leży u podstaw ambicji zrobienia czegoś wielkiego, skalowania tego, dotarcia do milionów. U jej podstaw leży kosmologia Newtona, która mówi, że zmiana następuje tylko wtedy, gdy siła jest wywierana na masę. Jako pojedyncza osoba, ilość siły, jaką masz do dyspozycji, jest dość ograniczona, ale jeśli możesz koordynować działania milionów ludzi, być może zostając prezydentem lub ekspertem, lub mając dużo pieniędzy, to twoja moc jako agenta zmian również wzrasta. Dlatego czasami widzimy ambitność wśród organizacji pozarządowych i aktywistów, która niepokojąco odzwierciedla ambitność dyrektorów generalnych i celebrytów: wyścig o fundusze, członków, polubienia na Facebooku, listy mailingowe, uwagę konsumentów.
Przyczynowość oparta na sile, w której większe jest koniecznie lepsze, jest przepisem na rozpacz, paraliż i wypalenie wśród tych, którzy szukają społecznej i ekologicznej sprawiedliwości na świecie. Po pierwsze, rządzące elity, które są przywiązane do status quo, mają o wiele większą władzę – więcej pieniędzy, więcej broni i dzięki koncentracji mediów o wiele większy głos – niż jakakolwiek organizacja aktywistyczna mogłaby kiedykolwiek mieć. W walce o siłę przegrywamy. Co więcej, kiedy kupujemy większe jest lepsze, większość z nas musi żyć z przygnębiającą świadomością, że jesteśmy mniejsi i gorsi. Ilu z nas może mieć duży głos, który dociera do milionów? Z konieczności bardzo niewielu.

Filozofowie moralności zmagali się przez kilka stuleci z przygnębiającym wnioskiem: że to, co robisz, nie ma znaczenia. Na przykład, bez względu na to, jak bardzo sumiennie przetwarzasz i oszczędzasz, twoje indywidualne działania nie będą miały znaczenia. Potrzeba milionów innych, którzy robią to samo, a jeśli miliony innych to robią, to nie ma znaczenia, czy ty to robisz, czy nie. Filozofowie wysunęli różne zasady moralne i etyczne, aby obalić tę logikę, która sama w sobie jest niepodważalna. Najważniejszą z nich jest kategoryczny imperatyw Kanta: postępuj tak, jak chciałbyś, aby wszyscy postępowali w danej sytuacji. Ta idea jest powszechna w dzisiejszej popularnej moralności: nie wylewaj trucizny do ścieku, ponieważ nawet jeśli nie będzie miało znaczenia, czy to zrobisz, to gdyby wszyscy tak myśleli, miałoby to znaczenie. Jednak pod tą moralnością kryje się tajemny, nihilistyczny strach: „Tak, ale nie każdy tak myśli. Właściwie nie ma znaczenia, co robię”.
Potrzebujemy innego powodu, aby robić te małe rzeczy. Potrzebujemy powodu wykraczającego poza „Gdyby każdy je robił, świat byłby piękniejszy”. Ponieważ ty i ja nie jesteśmy „wszyscy”.
Moje wpojenie logiki wielkości wywarło podstępny wpływ na moje własne życie, sprawiając, że zawsze kwestionuję, czy robię wystarczająco dużo. Kiedy skupiam się na małych, intymnych sferach życia, poświęcając godziny na pielęgnowanie relacji, upiększanie przestrzeni, być może, lub na wejście do ponadczasowego świata dziecka z moim najmłodszym synem, jestem narażona na niepokój w stylu: „Jest coś ważniejszego, co powinnam robić”. Logika wielkości dewaluuje samo sedno życia.
Wszyscy mamy inne źródło wiedzy, które uznaje małe, osobiste działania za święte. Jeśli bliska osoba ma nagły wypadek, porzucamy wszystko, aby jej pomóc, ponieważ wydaje się to najważniejszą rzeczą, jaką możemy zrobić w danym momencie. Wydaje się, że najważniejszą rzeczą na świecie jest być przy łóżku umierającej bliskiej osoby lub być obecnym przy dziecku w szczególnym momencie.
Rzeczywistość, co więcej, często okazuje się być przeciwieństwem tego, co sugerowałaby arytmetyka mierzalnego wpływu. Najpotężniejsze działania są często podejmowane bez uprzedniego myślenia o rozgłosie. Są szczere i nieobliczalne, dotykają nas pewnego rodzaju naiwnością. Zapytaj siebie, co jest bardziej inspirujące: przypadkowe bycie świadkiem wzruszającego aktu hojności, czy oglądanie tego samego aktu wyreżyserowanego, aby stał się spektaklem? Pomyśl o mężczyźnie, który stał przed czołgiem na placu Tiananmen. Czy byłby to tak samo potężny symbol, gdyby najpierw upewnił się, że ktoś jest tam, aby go sfotografować?
Najpotężniejsze działania są często wykonywane
bez myślenia o rozgłosie.
Są szczerzy i nieobliczalni,
dotykając nas pewnego rodzaju naiwnością.
Zadaj sobie pytanie, co jest bardziej inspirujące:
być przypadkiem świadkiem wzruszającego aktu hojności, lub
oglądać ten sam akt wystawiony tak, by stał się widowiskiem?
W mojej pracy odkryłem, że najpotężniejsze zgromadzenia to te, które nie zostały zarejestrowane, jakby osłona przed światem zewnętrznym pozwalała nam wejść do odrębnej rzeczywistości w sposób pełniejszy. Te zgromadzenia zdają się również rozprzestrzeniać swoją moc w przyszłość poza pomieszczenie, pomimo braku jakichkolwiek prób, aby to się stało. Być może przyczynowość nie działa tak, jak nam powiedziano.
Odchodzimy od narracji, która oddziela nas od siebie i świata, w stronę nowej i starożytnej historii, którą Thich Nhat Hanh nazywa interbeing. W tym światopoglądzie, jaźń i wszechświat odzwierciedlają się wzajemnie; cokolwiek przydarza się jakiejkolwiek istocie, dzieje się również w jakimś zakątku nas samych. Każde nasze działanie rozchodzi się, wpływając na cały świat i ostatecznie wraca, by wpłynąć na nas samych. Rupert Sheldrake nazywa to zasadą rezonansu morficznego: zmiana, która zachodzi w jednym miejscu, generuje pole zmian, które powoduje, że podobne zmiany zachodzą wszędzie.
Być może częścią tego przejścia od starej historii separacji jest dziwna i rosnąca niezdolność tych mocarstw, które mają największą siłę do swojej dyspozycji. Pomimo swojej potężnej armii, Stany Zjednoczone wydają się coraz bardziej niezdolne do osiągnięcia celów swojej polityki zagranicznej. Pomimo arsenału antybiotyków i farmakologii, współczesna medycyna wydaje się bezradna w powstrzymaniu stagnacji lub pogorszenia stanu zdrowia w rozwiniętym świecie. A światowi bankierzy centralni są bezsilni w naprawianiu światowej gospodarki, pomimo posiadania zdolności do tworzenia nieskończonych ilości pieniędzy. Jako społeczeństwo tracimy wiarę w narzędzia i metody, które, jak myśleliśmy, dały nam władzę.
Zasada interbytu lub rezonansu morficznego pokrywa się z naszym odczuwanym doświadczeniem znaczenia, gdy angażujemy ludzi i lądujemy wokół nas z miłością, odwagą i współczuciem. Nawet jeśli nie mamy pojęcia, jak te wybory wpłyną na większy świat, czujemy, że tak jest, a mimo to, paradoksalnie, nie dokonujemy wyborów z tego powodu. Czasami napotykamy szczególne punkty wyboru w życiu, które wydają się być celowo skonstruowane tak, aby nie oferować możliwości egoistycznej korzyści – nawet korzyści z możliwości powiedzenia sobie, że robisz coś ważnego. Te chwile są okazjami do samostworzenia, gdy decydujemy się słuchać głosu serca zamiast głosu kalkulującego umysłu, który mówi, że jesteśmy niepraktyczni, nierozsądni lub nieodpowiedzialni.
Rozumując z interbytu, stosując zasadę rezonansu morficznego, ta opozycja między sercem a umysłem rozpada się. Każdy akt współczucia wzmacnia globalne pole współczucia; każdy wybór sumienia wzmacnia globalne pole sumienia. Każdy czyn staje się równy; każdy czyn „skaluje się w górę”, nawet jeśli poprzez proces tak tajemniczy i niemożliwy do wyśledzenia, że unika jakiejkolwiek dostrzegalnej sekwencji przyczyny i skutku. Jak ktokolwiek może wiedzieć, jakie owoce przyniesie ten monumentalny wysiłek cierpliwości, który podjąłeś, niezauważony, kiedy byłeś delikatny wobec swojego dziecka w to frustrujące popołudnie?
Ludzie posiadają rodzaj pierwotnej etyki, która rozumie, że wszyscy jesteśmy tak samo ważni, że żadne ludzkie życie nie powinno być cenione bardziej niż inne. W związku z tym musi istnieć jakaś perspektywa oka Boga, z której każdy wybór prezydenta kraju nie jest bardziej lub mniej znaczący niż wybór samotnego narkomana w zaułku. Wybory pierwszego mogą mieć natychmiastowy i widoczny wpływ na świat, podczas gdy drugiego mogą przynieść owoce za 500 lat. Nie możemy tego wiedzieć.
Nie oznacza to, że powinniśmy angażować się w to, co małe i skromne, w nadziei, że i tak będzie miało to makroskopowy wpływ. Nie chodzi też o zastąpienie jednej waloryzacji wielkości opartej na przyczynowości Newtona inną opartą na rezonansie morficznym. Moim zamiarem jest usunięcie myślenia opartego na skali z drogi miłości w działaniu. Uważam, że historia współbycia łagodzi mój niepokój, który mówi: „A co, jeśli to nie robi różnicy?” „A co, jeśli to wszystko jest na nic?” Ten niepokój jest wbudowany w nowoczesny światopogląd, a co bardziej dotkliwe, w struktury społeczne nowoczesności, w których osobiste relacje ze społecznością, miejscem, rozszerzoną rodziną i istotami świata roślin, zwierząt i minerałów zostały osłabione lub zerwane, zastąpione rozproszonymi, generycznymi relacjami gospodarki rynkowej.
Pozbawione pełnego zestawu osobistych relacji, jaźń, która jest osadzona w takim świecie, czuje się nie na miejscu, zagubiona i nigdy nie czuje się jak w domu. Kiedy jestem w relacji z twarzami, które widzę przez cały dzień, kiedy je znam, a one znają mnie, ja również znam siebie. Należę. Tym bardziej, kiedy jestem w żywej relacji ze zwierzętami, roślinami i ziemią wokół mnie, które mnie karmią, ubierają, dają mi mieszkanie. Kiedy natura staje się zamiast tego spektaklem lub niedogodnością, kiedy moje codzienne interakcje dotyczą nieznajomych lub znajomych, których ważne historie są mi nieznane; kiedy moje ludzkie, cielesne potrzeby są zaspokajane poprzez zdekontekstualizowane, standaryzowane towary, wtedy mała skala wydaje się mniej istotna.
Kiedy pojmuję figowiec w moim ogrodzie jako wyjątkową jednostkę, z którą mam wzajemnie wspierającą relację, to nie potrzebuję makroskopowego powodu, aby dobrze się nim opiekować, tak jak nie potrzebuję powodu, aby dbać o moje dzieci. Ale jeśli mówię o globalnym problemie wylesiania, to nie postrzegam już drzew jako jednostek; są one raczej generycznymi członkami kategorii, jednostkami, które stają się ważne, przyczyniając się do ilości. Myślę w kategoriach hektarów lub ton węgla – więc oczywiście, większy znaczy lepszy. Lepiej chronić milion hektarów niż tysiąc. Lepiej chronić tysiąc niż tylko jedno drzewo. A jednak jestem tutaj, zaraz wyjdę i znowu podleję mój figowiec. Czy planeta nie byłaby w lepszej sytuacji, gdybym nie spędzał tyle czasu przy tak małym efekcie? Czy nie byłoby lepiej, gdybym mógł go skalować?
Nie tworzymy ruchów;
Jeśli cokolwiek, to one nas tworzą.
Powstają jak wzburzenia w oceanie,
suma milionów zmarszczek
które wzajemnie się napędzają i pobudzają.
Większość ludzi nie zakłada ogrodu ani
założyć spółdzielnię lub sprzeciwić się eksmisji z domu lub
posadź drzewo figowe z przemyślanym zamiarem
rozpoczęcia ruchu.
Bardziej prawdopodobne jest, że jest odwrotnie –
Ruch ten inspiruje nas do działania.
Innymi słowy, „Większy znaczy lepszy” jest zakodowany w nowoczesnym systemie społecznym, jak również w nowoczesnej ontologii ogólnych bloków konstrukcyjnych rządzonych przez bezosobowe siły. Jest to implicite w naukowym światopoglądzie, że „tylko to, co mierzalne, jest rzeczywiste”. Jest to również implicite w systemie ekonomicznym, który przypisuje wszystkim rzeczom wartość liniową. Skalowanie w dół wydaje się zatem nowoczesnemu umysłowi głęboko irracjonalne, a nawet wywrotowe. Jest to sprzeczne nie tylko z konwencjonalnym programowaniem ekonomicznym, ale także z quasi-ekonomicznymi koncepcjami stosowanymi w filantropii (mierzalny wpływ) i ekologii (rachunek emisji dwutlenku węgla).
Celebrowanie małej skali nie oznacza zaprzeczania ważności przedsięwzięć, które mogą wymagać przewidywania i planowania oraz obejmować wspólną pracę milionów ludzi. Problem, jak to widzę, polega na tym, że zmodernizowany umysł ma tendencję do poszukiwania skali domyślnie, tendencji opartej na ideologii i nawykach. W ten sposób jeszcze bardziej wzmacnia te instytucje, które już sprawują władzę na dużą skalę. W polityce, na przykład, niezależnie od orientacji politycznej wielkiego planu, zwycięzcą jest zawsze ten sam: głębokie państwo. Kolejnym problemem jest to, że pośpiech w zwiększaniu skali może spowodować zwarcie w pojawieniu się czegoś zupełnie innego poprzez skierowanie kreatywnej energii do zwykłych form.
Kiedy ludzie pytają mnie, dlaczego nie buduję organizacji wokół pracy, którą wykonuję, mówię: „Nie jestem pewien, czy świat potrzebuje teraz kolejnej organizacji”. Organizacje, jakie znamy, zachowują się w sposób, w jaki zachowują się organizacje, na dobre i na złe. Potrzebne jest coś innego. Nie jestem pewien, co, ale może będzie miało szansę się pojawić, jeśli oprzemy się rutynowemu impulsowi do skalowania.
Biorąc pod uwagę skalę kryzysów ogarniających planetę, potrzeba zwiększenia skali i uczynienia jej wielką jest całkiem zrozumiała. Wiele osób mówi: „Musimy stworzyć ruch”. Uważam, że to błąd. Nie tworzymy ruchów; jeśli już, to one tworzą nas. Powstają jak wzdęcia w oceanie, suma milionów zmarszczek, które wzajemnie się napędzają i pobudzają. Większość ludzi nie zakłada ogrodu, nie zakłada spółdzielni, nie stawia oporu eksmisji ani nie sadzi drzewa figowego z wyrachowanym zamiarem rozpoczęcia ruchu. Bardziej prawdopodobne jest, że jest odwrotnie – ruch inspiruje nas do robienia tych rzeczy. Oferuje zaproszenie, na które możemy odpowiedzieć, każdy na swój mały sposób. Zmniejszając skalę, rezygnujemy z ambicji ratowania świata, ale otwieramy się na możliwość bycia częścią czegoś, co może właśnie to zrobić.
Dla mnie zmniejszanie skali oznacza rodzaj zaufania, że jest w porządku robić właśnie to, tu i teraz. Porzucając kontrolowanie makroskopowego wyniku, działanie staje się rodzajem modlitwy, rodzajem dostosowywania się do świata, który chce się zobaczyć.
Mój znajomy ekolog, Mark Dubois, opowiedział mi rozdzierającą serce historię o rzece, którą on i grupa aktywistów próbowali uratować przed zaporą. Walczyli z tamą bezskutecznie – ostatecznie zniszczono wspaniały odcinek rzeki z dziewiczymi ekosystemami. Ich smutek był tak wielki, że przez długi czas zdewastowani członkowie grupy ledwo mogli znieść swój widok. Wydawało się, że ich lata zaangażowania poszły na marne. Ale zbiegiem okoliczności Mark powiedział mi, że była to ostatnia tama zbudowana w Ameryce Północnej. To było tak, jakby ich działania były rodzajem modlitwy. Wszechświat chciał wiedzieć: „Czy na pewno chcesz, aby tamy się zatrzymały? Jak bardzo tego chcesz?”. Fakt, że dali z siebie wszystko, odpowiedział na to pytanie. Z punktu widzenia współbycia, żadne działanie nie jest zmarnowane.
Nie umknęła mi ironia próby przypisania miejsca na skalowanie w ramach narracji o ogólnym obrazie. Narracje uniwersalistyczne z natury ryzykują dewaluacją tego, co lokalne i szczegółowe, zacierając ich różnice w sposób, który najczęściej przyczynia się do ideologicznej hegemonii (a często także interesów ekonomicznych i politycznych) tych, którzy dokonują uniwersalizacji.
Czy potrzebujemy skalowanych koncepcji, takich jak interbyt lub rezonans morficzny, aby stanąć w obronie tego, co małe i skromne? Nie sądzę, aby takie pytania dopuszczały łatwe odpowiedzi. W istocie, każda prosta, kategoryczna odpowiedź sama w sobie stanowiłaby skalowanie, nawet gdyby była krytyką skalowania. Dlatego też uniknę tego pytania, aby zaoferować, przepraszająco, jeszcze jedną uniwersalną receptę: uwolnijmy naszą ocenę wartości od metryk, które definiują wielkość i małość na początek.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
3 PAST RESPONSES
Thank you, Charles! One of my favorites:
Crowds tend to be wise only if individual members act responsibly and make their own decisions. A group won't be smart if its members imitate one another, slavishly follow fads, or wait for someone to tell them what to do. When a group is being intelligent…it relies on its members to do their own part. For those of us who sometimes wonder if it's really worth recycling that extra bottle to lighten our impact on the planet, the bottom line is that our actions matter, even if we don't see how.
Think about a honeybee as she walks around inside the hive. If a cold wind hits the hive, she'll shiver to generate heat and, in the process, help to warm the nearby brood. She has no idea that hundreds of workers in other parts of the hive are doing the same thing at the same time to the benefit of the next generation.
"A honeybee never sees the big picture any more than you or I do," says Thomas Seeley, the bee expert. "None of us knows what society as a whole needs, but we look around and say, oh, they need someone to volunteer at school, or mow the church lawn, or help in a political campaign."
If you're looking for a role model in a world of complexity, you could do worse than to imitate a bee.
Peter Miller, Swarm Theory, National Geographic
[Hide Full Comment]While not a huge Eisenstein fan, I am a "fan" of Divine LOVE (God by any other name), and I believe LOVE reveals its Truth in many places and through many people, often unbeknownst even to them? }:- ❤️ anonemoose monk
Thank you so much for such a deeply thoughtful explanation of the value of the small in a world of scaling up. I deeply resonated. In my own experience often that one person encounter is what makes the biggest impact. <3 And as someone who also works as a part time Storytelling Consultant at the World Bank, I constantly see the push to "scale up" sometimes to the detriment of a project or to staff feeling beyond burned out. Here's to knowing the small makes a difference too. <3