Co wiedzą południowokoreańskie babcie i dziadkowie, którzy zajmują się ogrodnictwem .
Ogrodnictwo nie jest tu hobby. Wynika z wewnętrznej świadomości, że pielęgnacja ogrodu i poświęcanie czasu na obcowanie z naturą ma wrodzoną wartość.

Ponad sto lat temu urbanista Ebenezer Howard wymyślił koncepcję „miasta-ogrodu” – miasta z tętniącym życiem śródmieściem, rozszerzającym się na zielone dzielnice, a następnie dalej na tereny rolnicze. Wszystko to teoretycznie jest połączone w półzamkniętym, zrównoważonym cyklu.
Dorastając w San Jose w Kalifornii, zastanawiałem się, dlaczego nigdy nie widziałem żadnego z tych miast, zwłaszcza że sama idea była tak stara. Z niską gęstością zabudowy, rozległymi centrami handlowymi i pochylonymi biurowcami, obramowanymi zróżnicowaną siatką betonu i asfaltu, San Jose zdawało się całkowicie odrzucać wszystko, o czym pisały miasta-ogrody Howarda.
Dwie dekady później, studiując na Uniwersytecie Edynburskim, uświadomiłem sobie bardziej przygnębiającą prawdę: San Jose było w istocie miastem-ogrodem, aczkolwiek płytką wersją wizji Howarda. San Jose, wraz z licznymi innymi ekonomicznie produktywnymi, a ekologicznie destrukcyjnymi miejscami marnotrawstwa czasu, przestrzeni i zasobów naturalnych, które zbiorowo nazywamy przedmieściami, to miasta-ogrody, zbudowane tak, jak kultura oparta na marzeniu o niekończącym się wzroście gospodarczym uzna to za stosowne. To miasta-ogrody bez kultur-ogrodów.
Ludzie zamieszkujący dane miejsce mogą mieć znacznie większy wpływ na sposób jego wykorzystania.
A co, gdyby kultura ogrodowa mogła rozkwitnąć wszędzie, niezależnie od tego, jak zaprojektowano miasto ? I co, gdybyśmy, pozwalając takiej kulturze rozkwitnąć, mogli zacząć leczyć niektóre z naszych najpilniejszych problemów ekologicznych i społecznych?
W ciągu ostatnich pięciu lat, moja partnerka Suhee Kang i ja mieliśmy okazję dogłębnie poznać tego typu miejsca – zarówno wybrukowane betonem miejskie korytarze, jak i bujne pola naturalnych farm na zboczach wzgórz. To doświadczenie z imponującą jasnością pokazało, że ludzie zamieszkujący dane miejsce mogą mieć o wiele większy potencjał w zakresie dyktowania sposobu wykorzystania przestrzeni niż jakikolwiek projekt fizyczny, oznaczenie czy nakaz rządowy.

Hyunsung Park, emerytowany policjant, to jedna z wielu osób w dzielnicy Dae-dong w Daejeon w Korei Południowej, które tworzą kulturę miasta-ogrodu na gęsto zabudowanym obszarze miejskim.
Dae-dong, stara dzielnica miejska położona na wzgórzu obok tętniącego życiem miasta Daejeon w Korei Południowej, nie wygląda jak raj dla miejskiego ogrodnika. Jednak w tej ciasno zaludnionej, biednej okolicy, prawie żaden kawałek ziemi – a w wielu przypadkach nawet kawałek nieużywanego asfaltu – nie pozostaje bez jakiejś pielęgnowanej rośliny, czy to kwiatów, łodyg kukurydzy, letniej dyni, koreańskiej czerwonej papryki gochu , czy czegokolwiek innego, co lubią tutejsi sąsiedzi.
Osiedle jest zbudowane w ludzkiej skali. Poruszanie się po najszerszych ulicach Dae-dong nawet najmniejszym samochodem bywa uciążliwe, a większość ulic to ścieżki, ledwie wystarczająco szerokie, by dwie osoby mogły się swobodnie minąć. Ta niewielka przestrzeń tworzy spójną, sprzyjającą spacerom atmosferę, ale jednocześnie bardzo utrudnia ogrodnictwo, wymuszając wykorzystanie przestrzeni w najściślejszym tego słowa znaczeniu.
A jednak uprawa ziemi jest wszechobecna w okolicy, nawet na najmniejszym skrawku ziemi, w skrawku zaniedbanego chwastu w parku czy w starej wannie pozostawionej na zewnątrz. Nie zawsze jest to „ładne” w zachodnim rozumieniu estetycznym, ale w Dae-dong odnajdujemy kwitnącą kulturę miasta-ogrodu, w dzielnicy, w której praktycznie nie ma zaplanowanej przestrzeni na ogrody.
Miłość do natury
Projekt dzielnicy nie jest wyrazem miłości do miejskich ogrodów, ale zdecydowana większość mieszkańców je uwielbia. Miłość do natury jest przewodnią etyką Dae-dong.
Ludzie, którzy zajmują się ogrodnictwem w tej konkretnej okolicy – pieszczotliwie nazywam ich babciami i dziadkami-ogrodnikami – zazwyczaj pochodzą z pokolenia, które wciąż pamięta czasy, gdy sami głodowali. Przez większość XX wieku Korea doświadczyła ogromnych zmian w organizacji politycznej, zmagając się z przymusową okupacją, licznymi wojnami, separacją i powolną, często krwawą walką o demokrację, która formalnie zakończyła się dopiero w 1987 roku. Zrozumiałe jest, że starsze pokolenie postrzega tu ogrodnictwo jako sposób na przetrwanie.
Jednym z takich mężczyzn jest Hyunsung Park, 77-letni emerytowany policjant, który mieszka w Dae-dong z niewielką emeryturą. Spotykamy go przypadkiem w alejce przed jego domem i od razu zaczyna nam opowiadać o swoich papryczkach. „W tym roku nie są takie duże, ale są bardzo ostre. Proszę, spróbujcie” – mówi, częstując nas kęsem. Moje słabe, amerykańskie usta pieką intensywnie.
W swoim domu, przy filiżance kawy rozpuszczalnej, opowiada o swoich zmaganiach, o tym, jak śmierć ojca skłoniła go do podjęcia pracy w organach ścigania, o tym, jak okolica była domem dla uchodźców podczas wojny. Uśmiecha się przez cały czas.
Park tętni życiem i energią. „Kładę się spać o 21:00, budzę się o 3:00 i od razu idę na długi spacer po górach i lesie” – mówi, wskazując na wzgórza na wschodnim krańcu miasta. „Potem spędzam trochę czasu w ogrodzie i z rodziną… moje życie obecnie koncentruje się głównie wokół natury i rodziny”.
Korea Południowa podjęła śmiały krok w kierunku ucieleśnienia kapitalistycznej historii Kopciuszka i odniosła duży sukces.
Przez kolejne miesiące naszej filmowej rezydencji staramy się codziennie spacerować, nawiązywać rozmowy z kolejnymi babciami i dziadkami z Dae-dong, spotykając się z nimi na kawę, herbatę, a w jednym przypadku na miskę gotowanych ziemniaków z lokalnej uprawy, które z dumą wręczamy. Kilkoro z nich odwiedza dom, w którym mieszkamy, aby porozmawiać lub dostarczyć jedzenie ze swoich ogródków, a my często odwdzięczamy się, przynosząc im danie ugotowane z ich warzyw.
Dzięki tym interakcjom poznajemy Dae-dong jako miasto-ogród w sposób być może niewyobrażalny dla urbanistów takich jak Howard. Jednak stabilność tego typu miasta-ogrodu z konieczności zależy od jego kultury, a rzeczywistość jest taka, że od czasu, gdy starsze pokolenie miejskich ogrodników rozpoczęło swoją pracę w Dae-dong, dominująca kultura poszła w przeciwnym kierunku. W ciągu ostatniego półwiecza Korea Południowa podjęła śmiały krok, by ucieleśnić kapitalistyczną historię Kopciuszka, z dużym sukcesem. Większość Koreańczyków z Południa poniżej 40. roku życia bardziej interesuje praca, nauka i walka o stanowisko w Hyundaiu czy Samsungu niż pielęgnacja ogrodu czy spacer po lesie o 3 nad ranem.
Ale jeśli kulturę związaną z naturą udało się usunąć z jednego kraju w ciągu jednego pokolenia, to można ją równie dobrze odrodzić w innym.
Odzyskiwanie kultury związanej z naturą
Podczas warsztatów poświęconych więzi z naturą, które prowadziliśmy w ciągu ostatnich kilku lat w Azji Wschodniej, Europie i Ameryce Północnej, natrafiliśmy na silne przesłanki potwierdzające zasadność tej idei: gdy tylko damy jednostkom „pozwolenie” na pielęgnowanie osobistych relacji z naturą, staje się to dla nich czymś zupełnie łatwym.
W W koreańskich tradycjach mądrościowych, a także w tradycjach rdzennych ludów niemal każdej innej części świata, odnajdujemy bogatą historię, która potwierdza przekonanie, że owszem, kiedyś je mieliśmy, ale niektórzy z nas je utracili.
Każdy z nas ma zdolność do ponownego nawiązania relacji z Ziemią, a stale rosnąca liczba osób i organizacji pracuje z tą ideą w kontekście naszej współczesnej kultury. Od autorów takich jak EO Wilson, Wendell Berry i Joanna Macy, przez artystów takich jak Andy Goldsworthy, James Turrell i Collins-Goto, po organizacje takie jak Biophilic Cities Network, Intertwine Alliance, The Nature of Cities i nasze własne SocieCity, istnieje mnóstwo inicjatyw lokalnych, regionalnych, a nawet globalnych. Nie zawsze są one widoczne i rzadko pojawiają się w „The New York Times” czy wieczornych wiadomościach, ale znajdujemy je, gdy spojrzymy – nieopisane i niereklamowane, a jednak widoczne – w osiedlowych ogrodach, salonach i wąskich alejkach na całej Ziemi.
Pielęgnowanie miłości do natury jest nieodłączną częścią życia.
Wszystko to musi zacząć się w każdym z nas. Niezależnie od tego, czy budzimy się każdego ranka pod okapami drzew, czy na najwyższych piętrach wieżowców pośród lasu kolejnych wieżowców; czy odprowadzamy dzieci do szkoły przez park, czy jedziemy samochodem zakorkowanymi ulicami na targ; czy spędzamy poranki w salach konferencyjnych, czy pielęgnujemy miejskie ogrody, każdy z nas jest potencjalnym budowniczym nowej kultury, a każde nasze działanie stwarza szansę na transformację.
W ostatnim tygodniu naszego pobytu w Dae-dong postanawiamy upiec ciasto dla pary, Yongdeoka Hana i Yangsoon Kim, właścicieli małego sklepiku osiedlowego, który często odwiedzamy. Sprzedają tam typowe produkty pierwszej potrzeby i śmieciowe jedzenie, dostępne w większości sklepów spożywczych, ale zawsze mają też przed sobą karton pełen świeżych warzyw z ich ogrodu, który, zgodnie z tradycją Dae-dong, jest wciśnięty w cienki pas ziemi między betonową ścianą a domem. Ciasto, które im przynosimy, jest zrobione z dyni z tego pudełka.
Uśmiechają się do ciasta i częstują nas kolejnymi dyniami. Han, mąż, śmieje się i odmawia przyjęcia zapłaty. „Potraktuj to jako dar serca” – mówi, śmiejąc się teraz do rozpuku. „Nie hoduję dyń dla pieniędzy, hoduję dynie, bo lubię uprawiać dynie!”
W Dae-dong i wielu innych podobnych dzielnicach na całym świecie nie można powiedzieć, że ogrodnictwo to hobby ani nawet sposób na zarabianie pieniędzy. Wydaje się, że ma ono o wiele głębszy cel, zrodzony z uświadomienia sobie przez ludzi, że pielęgnacja ogrodu i codzienne poświęcanie czasu na obcowanie z naturą ma wrodzoną wartość.
Wspólną cechą tych ludzi jest to, że pielęgnowanie miłości do natury jest nieodzowną częścią życia.
Choć to stwierdzenie może wydawać się proste, jest też niezwykle potężne, by je zapamiętać i wykorzystać. Na tyle silne, by stworzyć fundament, na którym zrównoważona żywność, odporne miasta i przyroda mogą się połączyć poprzez ponowne połączenie naszej kultury z ziemią, na której żyjemy – kultury, która być może w końcu wyrzuci stare plany miast-ogrodów Ebenezera Howarda do kompostownika.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
2 PAST RESPONSES
This lovely article shows me how simple and wonderful life really is when we are truly connected to it.
Mr. Park's daily ritual is inspiring. He rises at 3 a.m. to walk in nature and then spends time with his garden and family. The natural way he communes with nature and his garden is a model for us all. I also love the joy Mr. Han exudes by growing and sharing his pumpkins! “Consider it a gift from my heart” he says... “I don't grow pumpkins for money, I grow pumpkins because I like growing pumpkins!”
It is beautiful to see gardens lovingly and responsibly tended by wise and experienced hands. This commitment to "nature-connected" culture is indeed a body, soul and community-nurturing gift. Imagine what life could be if this was practiced in your community by young and seasoned residents alike!
Beautiful, powerful . . .
Grateful to live in a diverse city where many practice tending the garden. And yes we have a garden too at da Moose Lodge. }:- ❤️