Back to Stories

Jak Na człowieka specjalizującego się W żałobie I smutku, Psychoterapeuta Francis Weller Z pewnością Wydaje się radosny. Kiedy przybyłem Do Jego Domku W Forestville W Kalifornii, wyszedł Z uśmiechem I Mnie objął. Jego żona, Judith, udała się Do Ogr

człowiek od razu z tego wyśmieje”. Musimy być wystarczająco mądrzy, aby wiedzieć, kiedy, gdzie i z kim rozmawiać: Czy ta przyjaźń jest wystarczająco solidna, aby tolerować to, co zamierzam do niej wlać, czy też pęknie naczynie? To wymaga wielkiej rozwagi. Czasami cierpimy z powodu tego, co nazywam „przedwczesnym objawieniem”. [Śmiech.]

Ale wstyd powstrzymuje większość ludzi przed dzieleniem się w ogóle. Moi klienci na terapii często mówią mi, że nie chcą obciążać innych swoimi problemami. Pytam, jak by się czuli, gdyby przyjaciel zadzwonił i powiedział: „Mam dziś naprawdę ciężki czas. Po prostu muszę z kimś porozmawiać”. Zazwyczaj mówią, że poczuliby się zaszczyceni zaufaniem przyjaciela, ale nie potrafią sobie wyobrazić odwrotnej sytuacji: że przyjaciel mógłby poczuć się zaszczycony, gdyby mu zaufał . W zdrowych kulturach rana jednej osoby jest okazją dla drugiej, by przynieść lekarstwo. Ale jeśli milczysz o swoim cierpieniu, to twoi przyjaciele pozostają duchowo bezrobotni.

Na przykład w kulturze Navajo choroba i strata są postrzegane jako wspólne problemy, a nie jako odpowiedzialność jednostki. Leczenie jest kwestią przywrócenia hózhó — piękna/harmonii w społeczności. Ludzie San z Kalahari mówią: „Kiedy jeden z nas jest chory, wszyscy jesteśmy chorzy”. Cztery razy w miesiącu przeprowadzają całonocny rytuał uzdrawiania dla całej społeczności.

Ta dziewczyna z twojej klasy zainicjowała rozmowę telefoniczną i odpowiedź. Wysłała to wezwanie: „Cierpię na ból”, a reszta z was odpowiedziała.

McKee: Czy dostrzegasz jakieś istotne różnice w sposobie, w jaki mężczyźni i kobiety przeżywają żałobę?

Weller: Niektóre. Muszę dokonać uogólnień, ale zaobserwowałem pewne trendy.

Mężczyźni z pokolenia naszych ojców byli prawdopodobnie jednymi z najbardziej samotnych, jacy kiedykolwiek chodzili po planecie. To część gorzkiego dziedzictwa surowego indywidualizmu. Jako mężczyźni w tej kulturze, mamy jeden archetyp do naśladowania — samotnego bohatera — i nigdy nie wiemy, kiedy go odłożyć. Mamy więc mężczyzn, którzy są wystarczająco starzy, by być starszymi, ale nadal działają z tą młodzieńczą, głupią brawurą. Nie wychodzimy poza pewne zaabsorbowanie sobą i nie przekraczamy tego progu — jak stare tradycje zachęcały nas do tego podczas ceremonii inicjacyjnych — w znacznie szerszej roli troski o dzieci i wioskę. Jeśli głównym zmartwieniem większości mężczyzn w wieku pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu lat jest ich własna ranga lub status, to jesteśmy w poważnych tarapatach.

Kobiety natomiast mają nieco więcej swobody, by uciec od tej przytłaczającej ciszy, szczególnie wśród innych kobiet. Ale jednym z głównych pytań, jakie pojawiają się u kobiet w mojej praktyce, jest: Czy ja mam znaczenie? Jak wielka strata. Kobiety są niezwykle cenne dla społeczności, a mimo to wiele z nich zostało zmuszonych do wątpienia w swój status.

McKee: Nazywasz żałobę aktem protestu przeciwko życiu „otępiałym i małym”. Co masz na myśli?

Weller: Wielu z nas kojarzy żałobę ze stanem martwoty lub odrętwienia, ale to wcale nie jest żałoba. Żal jest dziki; to dzika energia. Więc kiedy ludzie naprawdę otwierają się na żałobę, ostatnią rzeczą, jaką robią, jest działanie w uprzejmy lub towarzyski sposób. To stan wybuchowy. To, czego potrzebujemy, raz jeszcze, to wystarczająca ilość czasu, aby wyrazić pełną miarę żalu, który nosimy.

Jedną z najważniejszych rzeczy, które możemy teraz zrobić w tej kulturze, jest żałoba, ponieważ jest to protest przeciwko zbiorowemu układowi o odwróceniu się od tego, co się dzieje. Wystarczy spojrzeć na nagłówki: trzęsienia ziemi spowodowane szczelinowaniem; wiele społeczności w niebezpieczeństwie po zabiciu Afroamerykanów przez policję; coraz większe nierówności ekonomiczne; poziom dwutlenku węgla przekraczający czterysta części na milion. Łatwo to wyłączyć. Potrzebujemy ludzi, którzy są gotowi to poczuć i zareagować. Jak powiedział James Hillman: „Oburzenie jest pewnym znakiem przebudzonej duszy”.

Piękno pracy z żalem polega na tym, że szybko zdajesz sobie sprawę, że nie jest to wyłącznie twój żal. Mogę mieć osobiste historie o żalu — wszyscy je mamy — ale płaczę również nad tym, co dzieje się z lasami. A patrzenie, jak kalifornijska wieś więdnie w tej suszy, rozdziera mi serce. Jeśli jestem gotów zarejestrować straty otaczającego mnie świata, mogę stać się rzecznikiem Ziemi.

Pamiętam, jak jechałem przez północną Kalifornię i natrafiłem na wycinkę. Szok po prostu mnie uderzył. Niektórzy psychologowie powiedzieliby, że to projekcja: reaguję na własne rany, na moją wewnętrzną wycinkę. Ale co, jeśli świat przemawia przez nas, a jednym z naszych duchowych obowiązków jest otwartość na wołanie ziemi?

Sprawiedliwość rasowa i ekonomiczna wciąż nam umyka. Najbogatsi z nas kupują wybory. Naukowcy zajmujący się klimatem sugerują, że ludzkość może stanąć w obliczu rychłego wyginięcia. To, co kiedyś było solidne i niezawodne, staje się chwiejne i nieprzewidywalne. Skumulowany ciężar tego wszystkiego jest oszałamiający. Doświadczyliśmy podobnego niepokoju podczas zimnej wojny, ale teraz różnica polega na tym, że szerszy zakres zagrożeń przyczynia się do naszych lęków. I bez względu na okoliczności, w jakich się znajdujemy, musimy wykonać własną pracę wewnętrzną i pracę wspólnotową, aby móc pojawić się, aby zająć się kryzysem.

Anima mundi — dusza świata — próbuje przemówić. Mówi nam, że jej zdolność do samonaprawiania się jest zagrożona. A my jesteśmy częścią anima mundi , intymnie uwikłani w tę sieć zdarzeń. Myślimy, że jesteśmy w jakiś sposób oddzieleni od natury, ponieważ mieszkamy w miastach, jeździmy samochodami i cały dzień patrzymy w ekrany komputerów, ale nadal jesteśmy uwikłani w ziemię. Michael Sendivogius, piętnastowieczny alchemik, powiedział: „Większa część duszy leży poza ciałem”. Moja dusza jest spleciona z tymi jodłami Douglasa, sekwojami, szczawiem, szopem i lisem.

McKee: Co sądzisz o przyjmowaniu leków przeciwdepresyjnych i przeciwlękowych, aby poradzić sobie ze smutkiem i cierpieniem?

Weller: Jest dla nich miejsce. Depresja to poważna choroba. Czasami, jeśli nosimy w sobie emocjonalny ból zalegający w ciele przez zbyt długi czas, zaczyna on zmieniać naszą fizjologię i tracimy zdolność reagowania. Leki przeciwdepresyjne i przeciwlękowe nie rozwiązują problemu, ale mogą nam umożliwić pracę nad nim. I miejmy nadzieję, że potrzeba leków jest tymczasowa.

Ale inną rzeczą, którą mówię moim klientom, jest to, że nie jestem zainteresowany poprawą ich życia. Chcę pogłębić ich zdolność słuchania tego, czego wymagają od nich ich objawy. Niezależnie od tego, czy jest to skaleczenie skóry, czy rana duszy, zaniedbanie pogorszy się. Hillman powiedział, że depresja jest objawem kultury uzależnionej od szybkości, działania i działania. W depresji psychika mówi: „Nie zrobię ani jednego kroku naprzód. Zatrzymam się tutaj, dopóki nie zwrócisz na mnie uwagi”.

McKee: Kiedyś poszłam do psychoterapeuty, który zauważył podczas naszych sesji, że mam tendencję do łapania się na tym, gdy zaczynam mówić o czymś emocjonalnym. Moim odruchem było zachowanie spokoju.

Weller: Ten odruch pochodzi z niebycia widzianym w kształtujących momentach bólu i smutku. Kiedy nie ma nikogo, kto powiedziałby: „Widzę, jaki ból odczuwasz”, jakaś część nas się odrywa. Odcinamy się od tej części i pozostaje ona cicha, dopóki nie przeżyjemy doświadczenia, które z nią rezonuje. Wtedy może przejąć kontrolę, w pewnym sensie nami zawładnąć. Nagle stajesz się pięcioletnim chłopcem, który próbuje powstrzymać łzy, zacisnąć brzuch i nie pokazać, że jest przestraszony, smutny lub zraniony.

Nie ma znaczenia, ile masz lat chronologicznie. Nawet jako pięćdziesięciodziewięcioletni mężczyzna, mogę bardzo szybko zmienić się z powrotem w pięcioletniego chłopca.

W mojej pracy próbuję przenieść żal z rąk dziecka na ręce dorosłego. Jeśli to młodsze ja w tobie jest jedynym, które reaguje na żal, to kończysz robiąc to, co nazywam „recyklingiem żalu”, ponieważ to młodsze ja nie ma zdolności, aby sobie z nim poradzić.

Zadaniem dojrzałej osoby jest nieść smutek w jednej ręce i wdzięczność w drugiej i być przez nie szeroko rozciągniętym. Ile smutku mogę utrzymać? Tyle wdzięczności mogę dać.

McKee: Skąd wzięło się Twoje zainteresowanie żałobą?

Weller: Często mówię, że nigdy nie zgłosiłem się na ochotnika do tej posady; zostałem powołany przez osobiste straty. Pierwsza miała miejsce, gdy mój ojciec miał potężny udar, gdy miałem piętnaście lat i stracił zdolność mówienia. To był koniec mojej młodości. Nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek odbyli prawdziwą rozmowę, a teraz już nigdy nie będziemy. Zmarł, gdy miałem dwadzieścia trzy lata. Przez lata po tym wydarzeniu mogłem zacząć płakać w dziwnych momentach, mimo że w ogóle o nim nie myślałem. Nazywałem to „atakami taty” i nie miałem przed nimi obrony.

Drugą stratą było poczucie własnej wartości. Przez większość dorosłego życia czułem się oderwany, bezwartościowy, nie byłem prawdziwym uczestnikiem życia. Pełniłem rolę Francisa, posłusznego syna, męża i ojca. Czegokolwiek ode mnie oczekiwano, starałem się być tym. Moim jedynym zmartwieniem była akceptacja. Czy zrobiłem to dobrze? Czy spełniłem wasze oczekiwania? Nie mogłem powiedzieć, czego potrzebowałem . Musiałem zadowolić wszystkich, ponieważ jeśli zawiodę, karą będzie wygnanie — tak mi się przynajmniej wydawało. Nie mogłem znieść samotności, ale nie chciałem też, żeby ktokolwiek się do mnie za bardzo zbliżył: Czy mnie polubią? Czy się odsuną? Pamiętam, jak jeden z moich przyjaciół powiedział: „Nigdy nie patrzysz mi w oczy”. To była prawda. Byłem zbyt zawstydzony. Nie mogłem ryzykować, że zobaczy, jak okropnie się czuję w środku. Próbowałem prześlizgnąć się przez życie, nie dając się złapać. Na moim nagrobku miał być napis: W KOŃCU BEZPIECZNY!

W końcu, z rozpaczy, poprosiłam przyjaciół, aby pomogli mi uwolnić się z więzienia, w którym żyłam. Przeprowadzili intensywny rytuał, który mnie obudził. Musiałam wyrazić cały żal, który tłumiłam. Płakałam każdego dnia przez miesiące. To był intensywny czas, ale od tamtej pory naprawdę zamieszkuję to życie, które mi dano.

Niemożność doświadczenia mojego życia przez tak długi czas stała się dla mnie źródłem ogromnego smutku: przegapiłem cztery dekady i tak już krótkiego istnienia. Pamiętam, jak siedziałem na kanapie z moją żoną, szlochając i mówiąc: „Dopiero co tu dotarłem, a już prawie czas iść!”

Aby w pełni zamieszkać w tym życiu, najpierw musiałem opłakać wszystko, co straciłem. Jeśli nie możemy przekroczyć tego progu żalu, żyjemy w oderwaniu od naszego najistotniejszego „ja”. Kiedy w końcu przebiłem się, mogłem pozwolić żonie i przyjaciołom być przy mnie i płakałem przez długi czas. To było jak powolny chrzest.

Jako terapeuta zacząłem dostrzegać żal w sercu niemal każdego problemu, z jakim ludzie przychodzą do mojego gabinetu. Bez względu na to, co wydarzyło się w życiu moich klientów, można było to powiązać ze stratą: dzieciństwa, związku, rodzica, zdrowia, małżeństwa, dziecka. Wiedziałem, jak radzić sobie z takimi stratami poprzez terapię, ale dopiero gdy zacząłem uczyć się o rytuale, odkryłem architekturę, choreografię, która pozwala na pełne wyrażenie żalu. Musimy mieć bezpieczne spotkanie z tym, co w nas najbardziej wrażliwe. Nie mamy tego w naszym codziennym życiu. Są pewne rzeczy, które mogą się wydarzyć tylko w kontenerze rytuału, gdzie zaniedbane, wyparte części nas są zapraszane do głosu.

Pamiętam, jak jeden z moich przyjaciół powiedział: „Nigdy nie patrzysz mi w oczy”. To była prawda. Zbyt się wstydziłem. Nie mogłem ryzykować, że zobaczy, jak okropnie się czuję w środku. Próbowałem prześlizgnąć się przez życie, nie dając się złapać. Na moim nagrobku miał być napis: „NARESZCIE BEZPIECZNY!”

McKee: Jak zmieniła się jakość twoich relacji od czasu przełomu?

Weller: Co kilka miesięcy spotykam się z trzema dobrymi przyjaciółmi na obiedzie i dzielimy się poezją. Nie ma tematów „nie pójdziemy tam”. W przeszłości nie pozwoliłbym nikomu zobaczyć mnie w pozycji bezbronnej. Teraz jestem gotów pozwolić się zobaczyć bez względu na to, co jest w moim sercu.

Jakiś czas temu dostałem e-mail z informacją, że pewien mężczyzna, którego znałem, właśnie się zastrzelił. Wyszedłem do salonu, gdzie moja żona powiedziała: „Wyglądasz na wstrząśniętego”. Byłem, absolutnie. Przez kilka następnych dni słyszałem o czterech kolejnych samobójstwach. W tym samym czasie zmarł mój wujek, zmarł mój kot i redaktor mojej książki, którego kochałem. Pływałem w tym morzu śmierci. Wcześniej próbowałem sobie z tym poradzić i nikomu o tym nie mówić, ale zamiast tego opowiedziałem o tym moim przyjaciołom. Znalazłem odwagę, by wyciągnąć rękę w obliczu straty.

Żal nie jest abstrakcją. Nie możesz myśleć o nim. Musisz mieć z nim fizyczne spotkanie. To doświadczenie cielesne. Musimy poczuć ucisk w klatce piersiowej lub brzuchu, zanim będziemy mogli się z nim sensownie zmierzyć. Strata mogła nastąpić wiele lat temu, ale te rany nie zauważyły, że minął choćby jeden dzień. A kiedy naprawdę mogę dotrzeć do żalu, jestem prawie z powrotem w tym momencie, z zaledwie włosem oddzielenia od niego. Ale ten mały dystans jest niezbędny. Jung powiedział, że nie możemy uleczyć tego, od czego nie możemy się oddzielić. Jeśli nadal jestem uwięziony w stracie, ta część mnie, która początkowo jej doświadczyła, odpowie jako pierwsza. Ale jeśli mogę się od tego trochę zdystansować, to jestem z tym doświadczeniem, a nie w nim.

Musimy być w odpowiedniej relacji ze smutkiem. Jeśli utoniemy w nim, nic się nie stanie. Jeśli będziemy zbyt oderwani, nic się nie stanie. Potrzebujemy odpowiedniej ilości uwagi i separacji, aby przekształcić nasz smutek w coś istotnego i służącego życiu.

McKee: A co, gdy nie potrafimy nazwać źródła naszego bólu? Czy nadal możemy być „z” nim?

Weller: Źródła żalu mogą być niejasne i czasami nie ma potrzeby ich odkrywania. Ale nawet jeśli nie potrafię w pełni nazwać źródła smutku, nadal mogę mieć jakieś odczucie w ciele. Mogę je trzymać z litością i nie wchodzić z lupą, żeby zobaczyć, o co chodzi. Źródło może się ujawnić, ale ważniejsze jest, żebym poświęciła smutkowi uwagę, której potrzebował.

McKee: Mieszkałem w RPA przez pięć lat i zauważyłem, zwłaszcza na terenach wiejskich, że pytanie „Jak się masz?” często wywoływało długą, szczegółową odpowiedź, ponieważ ludzie nie obawiali się podania „zbyt wielu informacji”.

Weller: Mitolog Michael Meade mówi, że istnieją trzy warstwy doświadczenia. Pierwsza to warstwa społeczna: „Hej, jak leci?” „Dobrze, a ty?” Druga warstwa to trudne emocje, takie jak żal, gniew, wściekłość, zazdrość, przemoc. Trzecia warstwa to głęboki kontakt z duszą, prawdziwa intymność. Meade mówi, że nie można przejść z warstwy pierwszej do trzeciej bez przejścia przez warstwę drugą, a my za wszelką cenę unikamy warstwy drugiej. Pozostajemy na powierzchni, gdzie rozmawiamy o pogodzie i o tym, kto co robi na Kapitolu. Potrzebujemy sposobu, jako społeczność, aby przejść przez warstwę drugą. W przeciwnym razie, gdy wydarzy się tragedia, jak sobie z nią poradzimy? Jeśli nie będziemy roztrząsać tych tematów, one roztrząsają nas.

McKee: Powiedziałeś, że żałoba może być przekazywana z pokolenia na pokolenie. Jak to się dzieje?

Weller: Większość z nas w tym kraju może prześledzić swoje pochodzenie do wiejskiego otoczenia: języków, jedzenia, tradycji i konkretnej geografii, w której nasi przodkowie mogli żyć przez tysiące lat. Znali ten teren mitycznie i duchowo, a nagle nastąpił ten przewrót i zostali wyrzuceni przez ocean na inny kontynent.

W mojej rodzinie moi rodzice mówili po niemiecku, ale nie uczyli tego języka swoich dzieci. Dlaczego? Czy to był jakiś wstyd związany z dwiema wojnami światowymi? Nie jestem pewien, ale ich ojczysty język miał w sobie coś tajemniczego. Mówili starym językiem, kiedy nie chcieli, żebyśmy wiedzieli, o czym mówią. Często mogłem stwierdzić, że ich rozmowa była gorąca, a moja niezdolność do zrozumienia ich słów sprawiała, że ​​czułem się wykluczony z trosk moich rodziców i, co za tym idzie, z mojego dziedzictwa.

Więc nastąpił rozłam w linii rodzinnej: straciliśmy coś. Z pewnością straciłem procesy rytualne, które podtrzymywały kulturę moich przodków.

Druga część żalu przodków dla białych ludzi w USA ma związek z tym, co wielu naszych europejskich przodków zrobiło, kiedy tu przybyli. Zdziesiątkowali rdzenną ludność poprzez wojnę i choroby. Przynieśli niewolnictwo na ten kontynent. Nie pogodziliśmy się z rdzennymi mieszkańcami tego kraju ani z ludźmi, których sprowadziliśmy tutaj z Afryki. Ten żal jest nadal obecny w naszej zbiorowej psychice. Ledwo go dotknęliśmy. Niektóre inne kraje o podobnej historii zaczynają radzić sobie z takimi żalami. Rząd Kanady niedawno przeprosił swoich rdzennych mieszkańców, choć teraz wycofuje się. Australia wykonała symboliczną pracę z rdzennymi mieszkańcami. Komisja Prawdy i Pojednania w Republice Południowej Afryki była znacząca. Ale żal przodków jest gęsty w USA

Trzecim elementem żalu przodków jest ból przekazywany z pokolenia na pokolenie. Widzę to często w swojej praktyce. Ktoś będzie nosił w sobie wstyd, który zaczął się w jakimś poprzednim pokoleniu: na przykład ciąża z gwałtu. Kiedy dziecko urodzone w wyniku gwałtu dorośnie i będzie miało dzieci, ból może zostać przekazany dalej. Niedawno słuchałem psycholog o imieniu Joy DeGruy, która opowiadała o swoich badaniach na temat tego, jak skutki niewolnictwa z pokolenia na pokolenie pojawiają się w życiu Afroamerykanów. Ten nierozwiązany żal rzuca długi cień.

Pracowałam z kobietą, która zmagała się ze swoim ciałem i seksualnością. Patrzyła na swoje ciało z pogardą i nie tolerowała intymnego kontaktu ze swoim mężem. Pewnego dnia powiedziałam jej, że moim zdaniem ten żal nie jest jej. Myślałam, że należy do pokoleń, które były przed nią, a teraz pojawia się w jej ciele, prosząc o uzdrowienie. Pozwoliła temu do siebie dotrzeć, a następnie przypomniała sobie, w jaki sposób jej matka i babcia zaniedbywały i odrzucały swoje ciała. Czuła tę traumę, którą od nich otrzymała. Więc stworzyła rytuał, który obejmował spisanie wszystkich kłamstw, których ją nauczono, na dużym kamieniu, który następnie wrzuciła do oceanu. Była w stanie zacząć pozbywać się starej historii i odzyskiwać intymną część swojego życia.

Nie rozgryziemy tego wszystkiego: żal nie musi zostać rozwiązany; trzeba się nim zająć. Niezależnie od tego, czy pochodzi od naszych przodków, czy z tego, czego nie otrzymaliśmy od osób nam najbliższych, czy z części nas samych, które odcięliśmy, czy ze zniszczenia świata przyrody, naszym zadaniem jest opłakiwać tę stratę, abyśmy mogli stać się ludźmi, którzy reagują na świat, a nie tylko przetrwają z dnia na dzień. Jeśli spróbuję sam to wszystko rozgryźć, po prostu wrócę do trybu przetrwania. Malidoma powiedział mi, że w jego wiosce jest takie słowo: yielbongura . Oznacza ono „rzeczy, których wiedza nie może zjeść”. Nie możesz zrozumieć żalu. Wiedza nie może pomóc ci go strawić.

McKee: Napisałeś, że są pewne smutki – zwłaszcza te społeczne, takie jak zmiany klimatyczne, niewolnictwo i Holokaust – których nie da się przepracować; trzeba się z nimi „żyć”.

Weller: To pomysł, który przyszedł mi do głowy od dwóch pisarek, Mary Watkins i Helene Shulman, które mówią nam, że istnieje żałoba odkupieńcza, w której zmieniamy się pod wpływem czasu spędzonego w smutku; i istnieje żałoba nieodkupieńcza, po stratach, o których społeczności nigdy nie powinny zapomnieć, ale zachować w pamięci poprzez rocznicę, rytuał lub pomnik, jak pomniki upamiętniające ludobójstwo w Rwandzie, Holokaust lub weteranów z Wietnamu. Tych wielkich strat nie da się naprawić. Przypominają nam, że musimy żyć inaczej, abyśmy nie zrobili tego ponownie.

McKee: W jaki sposób inne kultury skuteczniej integrują żałobę i stratę w swoich społecznościach?

Weller: Irlandczycy nadal przestrzegają tradycyjnego czuwania, podczas którego kładą ciało zmarłego w domu i na zmianę świętują osobę i opłakują jej odejście toastami, wierszami, piosenkami i lamentami. Ciało nigdy nie jest pozostawione samo podczas czuwania, które trwa dwa lub trzy dni. Następnie jest przenoszone do kościoła w celu pochówku.

Meksykański Dzień Zmarłych, o którym wspomniałeś wcześniej, to trzytysięczna tradycja pochodząca od Azteków. Jest to sposób corocznego czczenia przodków i utrzymywania zmarłych w naszym życiu.

Mamy w naszej kulturze praktyki, które pomagają nam przeżywać żałobę. Kiedy mój ojciec zmarł, nasz dom był pełen sąsiadów przynoszących jedzenie i kondolencje. Czuliśmy, że nie jesteśmy sami z jego śmiercią, że społeczność była z nami. To wiele znaczyło. Przyjaźń jest prawdopodobnie najważniejszym narzędziem, jakie mamy w czasach straty.

Poezja i muzyka mogą odgrywać znaczącą rolę w żałobie. Myślę, że poeci są bardziej w kontakcie ze smutkiem, ponieważ zwracają większą uwagę na psychikę. Muzyka bluesowa to amerykańska tradycja, która może pomóc nam znaleźć drogę przez cierpienie. A muzyka chóralna w kościołach: requiem, pieśni żałobne — wszystkie te utwory zostały zaprojektowane, aby pomóc nam poradzić sobie ze smutkiem. Rzadko je już słyszymy.

To od nas zależy, czy wymyślimy własne rytuały. To, co opłakujemy jako kultura, jest wyjątkowe, więc nasze rytuały muszą być specyficzne dla naszych czasów. Uważam, że rytuał wyrasta z ziemi. Jeśli zwolnimy i wsłuchamy się w ziemię, na której jesteśmy, będziemy wiedzieć, co musimy zrobić. Nie chcę po prostu kopiować innej tradycji, przywłaszczać jej sobie. Szanuję tradycyjne kultury, ale nie mogę po prostu przyjąć ich form. Nie są moje. Nie zostały ukształtowane przez mój lud, na tym kontynencie, w tym czasie. Wykonałem kilka z tych pojawiających się rytuałów z Malidomą i po jednym z nich powiedział mi: „To ma sens dla twojego ludu, ale nigdy nie zobaczyłbyś tego w mojej wiosce!” Nasze rytuały muszą odnosić się do konkretnych sposobów, w jakie zostaliśmy ukształtowani lub zdeformowani przez naszą kulturę.

Jedną z wartości rytuału jest to, że ma on zdolność do wytrącania nas z równowagi, do wytrącania nas ze starych form. Potrzebujemy tego wytrącenia z równowagi, ponieważ obecny układ nie działa.

McKee: A co ze ślubami, ukończeniami szkół, nabożeństwami kościelnymi? Czy to nie są rytuały?

Weller: Tak, mamy ceremonie, ale wychodzimy z nich mniej więcej tacy sami, jak weszliśmy. Powinieneś wyjść z rytuału, zastanawiając się, co do cholery się stało. Rytuał łączy nas z duchem i duszą. Może nas wytrącić z naszego zwykłego stanu umysłu. Ceremonia służy podtrzymywaniu i odnawianiu więzi społecznych. Potrzebujemy obu, ale rzadko mamy dostęp do rytuałów, które są wystarczająco silne, aby nas otworzyć.

McKee: Piszesz o „ciągłej rozmowie z żalem”. To brzmi wyczerpująco!

Weller: [Śmiech.] Chodzi mi o to, że smutek zawsze jest po mojej stronie. Każdego dnia będzie wymiana zdań między mną a moim melancholijnym bratem. Mogę usłyszeć smutną historię w radiu lub mogę prowadzić samochód i zobaczyć potrącone zwierzę na poboczu. Chcę być wrażliwy na straty wokół mnie. Wycofanie się z rozmowy oznaczałoby izolację, a nie chcę już tego robić. Czasami bycie otwartym na smutek jest męczące, ale z drugiej strony nigdy nie znałem więcej radości niż teraz. Pamiętam, jak powiedziałem pewnej kobiecie w Burkina Faso: „Masz tyle radości”. A ona odpowiedziała: „To dlatego, że dużo płaczę”.

McKee: Nazywasz wydobycie żalu i śmierci z cienia naszym „świętym obowiązkiem”. Dlaczego „świętym”?

Weller: Mam na myśli, że naszym moralnym obowiązkiem jest pozostawanie zaangażowanym. Serce, które w jakiś sposób nie radzi sobie z żalem, staje się twarde i nieczułe na radości i smutki świata. Wtedy nasze społeczności stają się zimne; nasze dzieci pozostają bez ochrony; nasze środowisko może zostać splądrowane dla dobra nielicznych. Tylko jeśli nauczymy się przeżywać żałobę, możemy utrzymać nasze serca wrażliwymi i wykonać trudną pracę przywracania i naprawiania świata.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

4 PAST RESPONSES

User avatar
Srinivasan G Aug 13, 2023
My father died in India 2 years back during 2nd wave of Corona. I drove to Chennai and came back. There were only 3 people(not 4) to carry the body at burial ground.
My mother died when i was 12 (34 years ago) and did not express grief. Most of relatives went away, leaving pampered boy father ( who i knew a little).
Yes, in near times, I have felt a great sense of emptiness. This piece reminds me of my past feeling of " being alone at death, with little or no support" . I need to work on myself and should ask for help.
User avatar
Amaya Fay Mar 27, 2020

Wonderful article. my partner best friend passed away almost 3 years ago. I couldn't bring myself to groups in order to process my grief. It was a deep sense of a soul loss as part of me died with him. I am getting back on my feet after experiencing PTSD & panic attacks. I have worked a lot of hospice in my life but this loss took me deeper into a personal crisis only to finally experience love life & joy again and deep gratitude finally for all that life brings. Loss can compound emotions when other losses are recognized along with a major personal one.

User avatar
Kay Feb 27, 2019

Thank you for this very hopeful and informative article! As I grow older, I see the value in diving into the depths of life only to then experience the heights of joy. To ride the waves of life with their swells and lows can be transformative!

User avatar
Barbara Feb 27, 2019

After 4 1/2 years of loss, I am finally allowing myself to embrace the depth of my loss. I can not believe these tears of intense pain can give me such a sense of freedom. It's not that I am over my loss, but that I am acknowledging how I miss my husband and how deeply we loved each other. I truly loved this article, but also would like to know more ways to embrace my grief. I recently went to a labrinth and cried as I reflected on all the people who love me. Music seems to offer me an outlet to express grief especially because my husband sang to me.