Back to Stories

Jacob Needleman: Nie Jestem sobą

Adaptacja fragmentu książki I Am Not I autorstwa Jacoba Needlemana, opublikowanej przez North Atlantic Books, copyright © 2016 by Sky Nelson-Isaacs. Przedruk za zgodą wydawcy.

Pośród wielkich pytań ludzkiego serca, żadne nie jest bardziej centralne niż pytanie: „Kim jestem?” I wśród wielkich odpowiedzi ludzkiego ducha, żadna nie jest bardziej centralna niż doświadczenie „Jestem”. W rzeczywistości, w toku intensywnie przeżytego ludzkiego życia — normalnego ludzkiego życia wypełnionego poszukiwaniem Prawdy — to pytanie i ta odpowiedź ostatecznie biegną równolegle do siebie, zbliżając się coraz bardziej, aż pytanie staje się odpowiedzią, a odpowiedź pytaniem.

Niedługo po tym, jak rozpocząłem karierę profesora filozofii, odkryłem, że w wielu ludziach kryje się tęsknota za myślą metafizyczną, za ideami dotyczącymi rzeczywistości i ludzkiego życia, które niosą nadzieję na odkrycie wielkiego celu we wszechświecie, a co za tym idzie, w naszym własnym życiu.

Wielokrotnie byłem świadkiem niezwykłego wpływu, jaki pewne rodzaje idei i pytań filozoficznych mogą mieć na stan umysłu, nie tylko u moich studentów, ale także u mężczyzn i kobiet w każdym wieku, których zdarzyło mi się spotkać poza środowiskiem akademickim. Wpływ takich idei i pytań był nie do pomylenia — w świetle w oczach, a często w sposobie, w jaki jednostka nagle zmieniła swoją postawę. W umyśle budziło się coś wyjątkowego.

Na początku przypisałem to, co zobaczyłem, głównie samym wielkim ideom, które pobudzają umysł do rozważania kwestii ostatecznego znaczenia i celu — kwestii, które obecny naukowy światopogląd delegitymizuje poprzez swoje materialistyczne standardy logiki i dowodów. Zaniepokoiło mnie, jak wiele współczesnych wyjaśnień wyższych ludzkich zdolności — miłości, sztuki, uczuć religijnych, a nawet samej myśli naukowej — sprowadzało te zdolności do mechanicznie „wyewoluowanych” automatyzmów, służących takim celom, jak bezsensowne fizyczne przetrwanie i bezsensowna fizyczna lub egoistyczna przyjemność. Zaniepokoiło mnie, że dominacja toksycznych idei i koncepcji nie daje żadnej nadziei na osiągnięcie transcendencji, która jest jedyną możliwością wpisaną w samą istotę ludzkiej świadomości. Takie toksyczne idee i światopogląd, który rodzą, nie mogą nie mieć mrocznego wpływu na aspiracje i moralność całych narodów, czy to świadomie, czy nieświadomie.

Byłem szczególnie zaniepokojony tym, jak ta sytuacja wpływa na edukację i rozwój młodszego pokolenia mężczyzn i kobiet, reprezentowanego przez moich studentów na uniwersytecie. Przychodzą na moje zajęcia zanurzeni w nawykach myślenia i wyjaśniania, które spłaszczają zarówno ich postrzeganie świata, jak i poczucie tożsamości. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy przychodzą już bardzo zainteresowani zagadnieniami filozoficznymi, wielkimi dziełami sztuki i literatury lub zdumiewającymi odkryciami współczesnej nauki. I dzieje się tak nawet wtedy, gdy przychodzą z bolesną nadzieją, że pomogą temu światu lub po prostu po to, by nadać sens rozdzierającym serce burzom niesprawiedliwości, ludzkiego cierpienia i korupcji szalejącym w całej naszej cywilizacji. Zawsze, u prawie wszystkich tych młodych mężczyzn i kobiet, ich utrwalone standardy myślenia i rozumienia, ukształtowane przez toksyczny splątanie idei na temat wszechświata, natury ludzkiej i samej Wielkiej Natury, zamykały ich umysły w pozbawionej powietrza rzeczywistości pozbawionej wewnętrznego znaczenia i celu.

I oto są przede mną, zeszyty lub laptopy w gotowości. Na ekranie przed nimi lub w zasięgu ręki jest ich przydzielona lektura.

Tekst mógłby być fragmentem Dialogów Platona, z jego głęboko napisanym dramatem rozmów Sokratesa, zmuszającym nas do zadania sobie pytania: Czy to rzeczywiście prawda, że ​​my, istoty ludzkie, w tym ja sam, żyjemy w mrocznych jaskiniach iluzji, nigdy nie zdając sobie sprawy z prawdziwej prawdy i dobra? I czy to prawda, że ​​istnieją nieliczne jednostki, które cicho sięgają do nas z innego poziomu zrozumienia, wzywając nas do poszukiwania — z ich pomocą — naszego własnego prawdziwego umysłu i serca? Czy to wszystko może być rzeczywiście prawdą o nas samych teraz i tutaj, a nie tylko „starożytnym” lub „akademickim” pytaniem?

Albo może tekstem jest Bhagavad Gita, najbardziej czczone pismo święte Indii. Już od pierwszych stron studenci odkrywają, że są zanurzeni w dziwnym i wzniosłym oceanie idei i obrazów, na przemian burzliwych i bosko spokojnych. Tutaj oferowane są im wizje kosmosu wykraczające poza wszystko, co współczesna nauka każe nam wierzyć o bezdusznym wszechświecie, w którym ludzkość i ludzki cel są jedynie znikającymi drobinkami w nieskończoności czasu i przestrzeni. Tutaj, przeciwnie, umysł Indii pokazuje nam wszechświat przesiąknięty ogromnym celem, z niewidzialną, nieśmiertelną „Złotą Osobą”, zwaną Puruszą, w sercu rzeczywistości — tak jak w ludzkim mikrokosmosie , we mnie samym, jest ta sama nieśmiertelna Purusza, jeszcze niewidzialna złota osoba, moja własna prawdziwa tożsamość, moja własna wyższa świadomość, wzywająca mnie, abym pozwolił jej wejść do mojego życia.

Albo może mamy traktat czternastowiecznego proroka chrześcijańskiego życia wewnętrznego znanego jako Mistrz Eckhart. Tutaj, w redefinicjach Mistrza Eckharta doświadczenia Boga, Syna Bożego i Ducha w ludzkiej duszy, zarówno uczniowie, jak i ich nauczyciel odkrywają zdumiewającą odpowiedź na ciągle zbliżającą się tragedię ludzkiego życia na Ziemi: odpowiedź na plagę strachu, nienawiści i rozpaczy rozprzestrzeniającą się w więzieniu ludzkiego egoizmu. Czy to naprawdę prawda, pytamy Eckharta — i czy to w ogóle możliwe — że narodziny Chrystusa muszą stać się wydarzeniem, które ma miejsce nie tylko zewnętrznie, w historii, ale wewnętrznie, w sobie samym, w sobie samym? Jakim człowiekiem byśmy się wtedy stali? I jaka Ziemia, jaki świat, również by się wtedy narodziły? I jaka jest prawdziwa walka, której się od nas wymaga?

A może tekst pochodzi od lwa, Friedricha Nietzschego, z jego ryczącą wizją możliwego przeznaczenia ludzkości, wykraczającego poza tak zwaną moralność, poza dobro i zło, poza psychologią, neurologią czy odizolowaną od świata „racjonalnością”.

Albo mogą czytać strony z dzieła Odmiany doświadczenia religijnego, napisanego ponad sto lat temu przez amerykańskiego filozofa Williama Jamesa, którego uczciwość i zdrowy rozsądek w jakiś sposób zawierają w sobie prostą wolność umysłu, oferując więcej nadziei niż wszystkie tajemne argumenty niemieckich metafizyków.

Albo pełen zachwytu niepokój, dowcip i uczciwość Sørena Kierkegaarda, odsłaniający dla naszej teraźniejszości ezoteryczną ludzką walkę w sercu wydarzenia Chrystusa.

Albo przenikliwe odkrycie Ludwiga Wittgensteina nagiego pomieszania naszego dumnego języka filozoficznego i myśli.

Albo boska wolność od myśli, jaką daje buddyzm zen D.T. Suzukiego.

Albo bezdenna studnia żydowskiego mistycyzmu zawarta w Zoharze, z jej objawieniami głębszych psychologicznych i kosmologicznych poziomów znaczeń w naszej aż nazbyt dobrze znanej Biblii.

Pomysły, pomysły, pomysły! Wielkie pomysły, wielkie wizje, przynoszące ze sobą smak nadziei daleko poza wszelkimi ostatecznie martwymi myślami o sukcesie, sławie, pieniądzach i fizycznej przyjemności. Ale także, i jakże niezwykłe i tajemniczo pełne nadziei: smak poza i teraz dziwnie w kruchej nadziei pomocy ludzkości i Ziemi i, tak, Bogu!

Czy naprawdę mogę ośmielić się przenieść tę książkę, ten dialog między moim obecnym ja i młodszym ja, do pałacu takich budzących się idei?

Ale czekaj! Co tak naprawdę jest źródłem tej upragnionej nadziei? Czy to źródło leży tylko w treści tych idei, w ich wizji kosmicznej rzeczywistości i ludzkości, która budzi nowe aspiracje w umyśle, nowe wezwanie do zrozumienia godnego najpoważniejszego ćwiczenia intelektu? I czy to przebudzenie nadziei jest również w dużej mierze spowodowane atmosferą głębokiego dzielenia się w klasie, w której uczniowie i ich nauczyciel są partnerami w pracy wzajemnego słuchania — pracy wspólnego słuchania, która zamiast dostarczać głównie mentalnych odpowiedzi, pogłębia wielkie pytania serca?

Tak, wszystko to jest konieczne, zarówno wielkie idee, jak i ciepła atmosfera wzajemnego słuchania. Ale faktyczne pojawienie się w tych młodych umysłach obiektywnej jakości nadziei — świadomej nadziei — wynika, jak odkryłem, z zupełnie innego źródła.

Same słowa nie mogą dać prawdziwego sensu tego źródła. Rok po roku stawałem przed moimi uczniami, obserwując, jak cała ich obecność cicho i intensywnie ożywa. Ale dopiero teraz, właśnie teraz, po ponad pół wieku nauczania, uświadomiłem sobie prawdziwą naturę tej nadziei.

Stoję tam przed klasą, zaraz zacznę drugą sesję mojego kursu zatytułowanego Transformative Knowledge, w której naszymi tekstami będą wydanie przez o. Williama Johnstona czternastowiecznego klasyka chrześcijańskiego mistycyzmu, The Cloud of Unknowing, oraz tłumaczenie Upaniszadów autorstwa Eknatha Easwarana, zwłaszcza „dialogu ze śmiercią”, znanego jako Katha Upanishad.

Na pierwszym spotkaniu klasy przedstawiłem szerokie podsumowanie niektórych głównych zagadnień filozoficznych, które mieliśmy omawiać:

• Stany świadomości i cechy myśli specyficzne dla każdego stanu

• Wiedza transformacyjna (gnoza) w religii i filozofii

• Etyczne i metafizyczne znaczenie wiedzy transformacyjnej

• Myślenie jako funkcja święta i świecka

• Niejasności i nieporozumienia dotyczące mistycyzmu

• Związek filozofii z dyscypliną duchową

• Poziomy wiedzy: informacja, teoria, zrozumienie, mądrość

Właśnie gdy zaczynam mówić, studentka w pierwszym rzędzie podnosi rękę. To młoda Chinka, Jiao Li, która zrobiła na mnie wyraźne wrażenie w poprzednim tygodniu, na pierwszym spotkaniu klasy. Przez całe dwie i pół godziny nic nie powiedziała, tylko patrzyła na mnie z prostą niewinnością i zdziwieniem, które zaskakiwały mnie za każdym razem, gdy patrzyłem w jej kierunku. Ale teraz, na samym początku dzisiejszych zajęć, pewnie podniosła rękę i, nie czekając, aż ją zauważę, powiedziała z prostotą i czystością, jakich nigdy nie spotkałem w środowisku uniwersyteckim:

„Czym jest czas?” Zatrzymało mnie to. Zacząłem się uśmiechać i powstrzymałem impuls, by zrobić mały żart na tak głębokie i nieupiększone pytanie. Czy ona naprawdę wyobrażała sobie, że mógłbym po prostu udzielić jednozdaniowej odpowiedzi na to pytanie, na które nikt nigdy tak naprawdę nie odpowiedział ani nie potrafił odpowiedzieć? Półświadomie, tuż pod powierzchnią mojego dyskomfortu, miałem wrażenie, że coś w rodzaju energicznej, surowej inteligencji nagle wynurzyło się w niej, jakby zaskoczyło ją tak samo, jak zaskoczyło mnie.

Szybko zdałem sobie sprawę, że nie jest to po prostu „inteligencja”, jak się ją zwykle rozumie, którą widzę. Ale co to właściwie było?

Dopiero później tego samego dnia przyszła do mnie odpowiedź. Myśląc o niej, przywołałem wspomnienie wielkiego przyjaciela z dzieciństwa, Eliasa Barkhordiana, o którym pisałem w kilku moich książkach. Wyraz jej twarzy był dokładnie tym samym wyrazem, który pojawiał się na twarzy Eliasa i, jak sądzę, również na mojej własnej twarzy, gdy siedzieliśmy razem po szkole, rozmawiając o astronomii i ostatecznych pytaniach, takich jak „Jeśli Bóg istnieje, kto Go stworzył?” i „Co było przed początkiem wszechświata?” i „Co naprawdę dzieje się z nami po śmierci?”

Miałem jedenaście lat, kiedy poznałem Eliasa; był o rok starszy. Jego ormiańska rodzina niedawno przeprowadziła się do eleganckiego „domu narożnego” tuż w bardziej modnej dzielnicy, która graniczyła z naszym skromnym odcinkiem bardzo zwyczajnych „domów szeregowych” w Filadelfii.

Pewnego dnia, jakby znikąd, Elias pojawił się na naszej ulicy. Pamiętam wszystko o naszym spotkaniu. Był ciepły dzień, zaraz po zakończeniu zajęć szkolnych, a zwykłe hałaśliwe gry uliczne dzieci z sąsiedztwa właśnie spontanicznie się zaczynały.

Gdy przechodził przez alejkę za moim domem, ja byłem w drodze, aby pobiec i dołączyć do jednej z gier. Podszedł do mnie i przedstawił się, co było bardzo niezwykłe. Nikt nigdy się do mnie nie „przedstawił”. Na początku wydawał się po prostu samotny i nie na miejscu. Ale wkrótce poczułem, że jest w nim coś wyjątkowego i po chwili siedzieliśmy razem na niskim kamiennym murze wokół domu naszego sąsiada, rozmawiając o najnowszym pokazie w Fels Planetarium.

Rozmawialiśmy bez końca o astronomii, zasypując się nawzajem faktami o planetach, księżycach, kometach, asteroidach, gwiazdach, konstelacjach, odległościach, wielkich odcinkach czasu, statystykach, prędkościach, atmosferach (lub ich braku) i tak dalej.

Znałem całkiem sporo faktów na temat astronomii, znacznie więcej niż jakikolwiek dzieciak, którego znałem. Ale wkrótce byłem zdumiony, gdy zdałem sobie sprawę, że Elias wiedział jeszcze więcej ode mnie — znacznie, znacznie więcej. Z łatwością prześcignął mnie w naszym przyjacielskim „konkursie na fakty”. Ale wydawało się, że było też coś innego w tym, co wiedział, coś, czego nie potrafiłem określić. Od samego początku naszej przyjaźni to „coś” w nim sprawiało, że półświadomie czułem do niego jak do starszego, mądrzejszego brata, szczególnie później, gdy nasze spotkania schodziły głównie na pytania o to, co poza nim.

Spędziliśmy godziny na rozmowach o astronomii, ku mojej uciesze. Znalazłem nowego przyjaciela, niepodobnego do żadnego innego. Kiedy w końcu rozstaliśmy się pierwszego dnia, ustalono, że spotkamy się ponownie następnego dnia w tym samym miejscu. I tak robiliśmy przez kilka kolejnych dni, z wyjątkiem niedzieli, kiedy Elias musiał być z rodziną z jakichś chrześcijańskich powodów religijnych, o których nic nie wiedziałem.

Kiedy spotkaliśmy się ponownie w poniedziałek, gdy zacząłem znowu rozmawiać o nauce i astronomii, zadał mi pytanie zupełnie innego rodzaju: „Czy uważasz, że masz duszę?”

Okazało się, że poprzedniego dnia poszedł z rodziną na nabożeństwo żałobne, upamiętniające rocznicę śmierci ukochanego dziadka. Rytuał ten głęboko go poruszył, szczególnie żałoba po matce.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć na jego pytanie. Nigdy nie myślałem wiele o duszy, ponieważ idea duszy, a nawet samo słowo, nie były częścią akceptowanej religii mojej rodziny. Ortodoksyjny judaizm moich dziadków mówił tylko o jednostkach żyjących w pamięci bliskich. I zawsze wydawało mi się to hipokrytyczne i rozczarowujące. Nie uważałem tego za coś w rodzaju prawdziwej nieśmiertelności.

W końcu odpowiedziałem mu wzruszeniem ramion. I siedzieliśmy tam, patrząc sobie w oczy przez dość długi czas, nic nie mówiąc. Pamiętam popołudniowe słońce tuż za nim, które w swoim powolnym ruchu zdawało się wchodzić w czubek jego głowy.

Teraz, wiele lat później, mogę powiedzieć, co oboje czuliśmy podczas tej długiej ciszy. To było uczucie Ja Jestem. Tutaj, teraz, istnieję — uczucie niepodobne do żadnej innej emocji w naszym życiu, uczucie, którego dotykaliśmy w pewnym momencie każdego dnia przez prawie dwa lata, kiedy spotykaliśmy się przy niskim kamiennym murze. Podczas tych lat nasze dyskusje o astronomii i nauce nieuchronnie schodziły na pytania filozoficzne, wykraczające daleko poza wszystko, na co mogła odpowiedzieć współczesna nauka.

W tych chwilach byliśmy poruszeni pojawieniem się w nas samych bardzo pięknej obecności, która wydawała się tajemniczym powrotem do domu . Jestem tutaj. Jestem w domu.

Z biegiem lat w końcu nawiązałem kontakt z ideami i przyjaźniami, które pokazały mi, co to doświadczenie naprawdę znaczyło. Było to doświadczenie wezwania z czegoś głęboko ukrytego w nas, a jednocześnie bardzo blisko powierzchni nas samych. Było to wezwanie Ja Jestem, unikalnie uniwersalnego Ja, świadomości Purusha w każdym człowieku, prawdziwego źródła miłości i zrozumienia.

Słowa nie są w stanie opisać uczucia cichego zdziwienia, zdumienia i nadziei, jakie przyniosło to doświadczenie — wraz z radosnym żądaniem, w żadnym sensie nie uciążliwym, aby zawsze i wszędzie walczyć o to, aby stawiać to na pierwszym miejscu w swoim życiu. Elias zmarł na białaczkę, wówczas nieuleczalną, tuż przed swoimi czternastymi urodzinami. W miesiącach następujących po wystąpieniu choroby spotykałem się z nim w cichym pokoju muzycznym z tyłu jego domu, naprzeciwko dużego, starannie pielęgnowanego, pełnego słońca ogrodu. W miarę jak jego choroba postępowała, a on stawał się słabszy, moje uczucia co do jego umysłu pogłębiały się. Mówił otwarcie o tym, co go czeka i żałował tylko, że nie będzie żył wystarczająco długo, aby zrozumieć wszystko, co chciał zrozumieć o wszechświecie. Ale jakoś, niewątpliwie z powodu częstszego pojawiania się w nas wspólnej świadomej obecności, jego śmierć ostatecznie, w latach, które nastąpiły, przyniosła mi więcej nadziei niż żalu, nadziei, która powstaje z „dźwięku” prawdziwie świętej świadomości wołającej do nas z naszego wnętrza.

Teraz widzę, że to właśnie ten rodzaj nadziei starałem się cały czas przekazać zarówno sobie, jak i moim studentom i czytelnikom, w obliczu iluzorycznych nadziei i nieuchronnego pesymizmu, tak charakterystycznych dla naszej epoki.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

1 PAST RESPONSES

User avatar
Patrick Watters Mar 25, 2019

Another modern day philosopher struggling with the age old questions. Mystics know that the struggle is necessary to truly “know”, it appears poets too? }:- ❤️ anonemoose monk