Back to Stories

Oniemiały

28 lipca 2018

Pewnego ranka obudziłam się bez głosu, tylko z cichym, zdyszanym szeptem. To byłoby zawsze denerwujące, ale tego dnia czułam się, jakbym była w bajce. Za kilka godzin miałam opowiedzieć historię i uczyć medytacji uważności w Rubin Museum of Art na Manhattanie. I nie mogłam wydać z siebie żadnego dźwięku.

W środku dnia roboczego, w delikatnie oświetlonym teatrze w nowojorskim muzeum, ponad sto osób w różnym wieku, płci i o różnych realiach miało usiąść i razem pobyć w bezruchu. Historie i wskazówki, które chciałem zaoferować, były proste: chciałem pomóc im pamiętać, że żyją.

Sati , palijskie słowo oznaczające uważność, dosłownie oznacza pamiętanie chwili obecnej. Podczas medytacji okresowo przypominałem wszystkim, aby powrócili do odczucia oddechu, zauważyli, kiedy są zagubieni w myślach i powrócili do bezpośredniego doświadczenia bycia w ciele. Łaciński rdzeń słowa „conspire” oznacza oddychać razem. Uwielbiałem przypominać ludziom, że spiskujemy. I rzeczywiście czuliśmy się tak, jakbyśmy byli częścią radykalnego ruchu, odrywając się od ekranów komputerów na jakiś czas, aby powrócić do korzeni bytu.

Ukrywając się pod kołdrą, próbowałem rozmawiać, szeptać, krakać, cokolwiek. Nic nie wyszło, tylko upiorny świst powietrza. Anulowanie było opcją, ale wydarzenie było nowe i wątpliwe było, aby w tak krótkim czasie udało się znaleźć zastępczego nauczyciela.

Wstanie nie pomogło. Nie pomogło też rozciąganie się, chodzenie ani odważne uśmiechanie się do lustra w łazience. Przechadzałam się po cichym domu zalanym złotym letnim światłem. Straszne obrazy przelatywały mi przed oczami: twarze patrzące na mnie, niezrozumiałe, przerażone. Ludzie kierujący się do wyjść.

Kiedyś Budda nauczał bez słów, trzymając w górze jeden biały kwiat. Ten bezsłowny gest musiał oszołomić tłum, który przyszedł, oczekując błyskotliwych opowieści i odpowiedzi na swoje najgłębsze pytania. Jednak według legendy nikt nie rzucał kamieniami ani nie zaczepiał Przebudzonego, a jeden człowiek zrozumiał, że uosabiał niewyrażalną istotę życia. Ale ja nie byłem Buddą. Nie było trzymania w górze róży ani goździka kupionego w nowojorskim delikatesie gdzieś między Grand Central Terminal a muzeum na West 17th Street. Ktoś mógłby pomyśleć, że to gra w buddyjskie kalambury i zawołać „Kazanie o kwiatach”, jak zaczęto nazywać tę naukę. Ale nikt nie przychodził do muzeum w porze lunchu po imitację. Mieli nadzieję na coś prawdziwego.

Stałem na kamiennej podłodze mojego frontowego ganku, patrząc przez drzwi na kwiaty i drzewa. Wszystko wydawało się spokojne i pogodne, jakby życie było stabilne i przewidywalne. Ale wszystko podlega zmianom. Kwiatów, a nawet niebieskich płyt kamiennych, na których stałem, nie było tutaj rok wcześniej, kiedy jeszcze nie uczyłem w Rubin Museum i nie zdiagnozowano u mnie dysfonii spastycznej, rzadkiej choroby głosu, która sprawia, że ​​mój głos jest cichszy i bardziej chrapliwy niż kiedyś, drżący i czasami słabnący.

Po pewnym czasie oporu, teraz poddaję się standardowej terapii zastrzyków z toksyny botulinowej w struny głosowe co trzy lub cztery miesiące. To pomaga. Ale wyniki mogą być nieprzewidywalne. Niska dawka, która dobrze działała, może stać się nieskuteczna lub nagle zbyt silna, kradnąc głos na wiele tygodni.

„Może wszechświat próbuje ci coś powiedzieć” – powiedział mi ktoś, kiedy opowiedziałem o swoim głosie. To nie było miłe, ale też nie było złe. Dowiedziałem się, że bycie bez głosu w świecie pełnym słów jest przytłaczające. Ale niemówienie może również pomóc ci słuchać głęboko i obserwować.

Budda. Rubin Museum of Art. Zdjęcie Car396

Budda. Rubin Museum of Art. Zdjęcie Car396

Podczas trudnych chwil widziałem, że życie toczy się doskonale bez większości moich opinii, które są w większości płytkie i z drugiej ręki, nie warte wysiłku, jaki trzeba włożyć, aby je wykrzyczeć. Kiedy trudno jest być usłyszanym, musisz mieć na myśli to, co mówisz. Słowa muszą być zakorzenione w obecności, w rzeczywistym doświadczeniu tego, jak się tu czuje.

Życie jest trudne dla każdego, przypomniałem sobie. Nawet piękni ludzie z wszelkimi pozornymi zaletami żyją jak żołnierze bojowi przez większość czasu, walcząc o przetrwanie, zmagając się z utrzymaniem pozytywnego nastawienia, ostrożni, zmęczeni i przestraszeni. Ludzie, którzy mieli wejść do muzeum, wszyscy toczyli bitwy. Szukali bezpieczeństwa, powitania i towarzystwa.

Przez krótkie okresy, gdy życie staje nam na drodze, możemy czuć, że w końcu gdzieś zmierzamy. Możemy czuć, że w końcu stajemy się kimś, kto rozumie to szalone życie. Mając ten obraz siebie na swoim miejscu, możemy zdecydować, że jesteśmy dobrzy, a życie jest dobre i że możemy się tym dzielić z innymi. Ale wszystko się zmienia. Głos, związek, praca lub zdrowie zostają utracone.

Natychmiast kurczymy się, zamykając drzwi i okna przed intruzami. Stajemy się małymi fortecami w świecie, który nagle staje się ciemny i niebezpieczny. Kiedyś słyszałem, jak pewien nauczyciel buddyjski nazywał ego obroną przed bólem. Słyszałem, jak inny wielki nauczyciel mówił, że nie ma sensu próbować zabić ego, ponieważ nigdy tak naprawdę nie żyło. To zestaw wyuczonych reakcji i myśli, które próbują nas chronić, oddzielając nas od całości. Ale nie lubimy żyć w tych zamkniętych, małych śluzach powietrznych. Czujemy się odcięci od życia. Boimy się wyjść na zewnątrz. Chcemy komfortu znanego.

Wziąłem prysznic i ubrałem się, by wyjść, przestraszony i zmartwiony tym, jak wypadnę na scenie i co ludzie o mnie pomyślą. Ale w tym uczuciu bycia uwięzionym w świetle reflektorów nastąpiło kolejne odkrycie: że pod tym pobudzonym umysłem jest inny umysł, znacznie spokojniejszy i bardziej wrażliwy, patrzący bez osądu. A w ciele, które było tak dziwaczne i problematyczne, było ciało bardziej subtelne, również receptywne i wrażliwe. W czasach kryzysu, przypomniałem sobie, to ciało wie, co trzeba zrobić. Wsiadłem do samochodu i pojechałem na pociąg.

Medytacja i praktyka duchowa zostały nazwane śmiercią za życia. Umieramy dla nadziei, że nasze życie prowadzi nas dokądś. Puszczamy i pozwalamy sobie otworzyć się na nowe życie, życie dzielone. Przypomniałem sobie, że dzieje się to z każdym oddechem, puszczaniem i wdechem. Na przestrzeni kilku oddechów uciekłem z dzwonu nurkowego ego i spojrzałem na olśniewająco błękitne niebo.

Umarłbym, gdybym nie umarł . To mantra, którą często dzielę się z innymi. Przypisuję ją duńskiemu filozofowi Sørenowi Kierkegaardowi, choć nie jest to dokładny cytat. Wyszło na jaw podczas dyskusji na zajęciach na studiach na temat skoku wiary Kierkegaarda. Po tylu latach nie jestem pewien, kto powiedział to w ten sposób, czy powiedział to Kierkegaard, profesor, czy to była moja własna parafraza. Ale fraza ta utkwiła i uczyniłem ją swoją przez lata. Wielokrotnie ją weryfikowałem, że często, gdy dzieje się najgorsze, gdy nadzieje i marzenia legły w gruzach, prawdziwe życie wlewa się do środka.

Nauki Buddy. Ósmy lub dziewiąty wiek, Maha Vihara Mojopahit, Jawa Wschodnia. Zdjęcie Anandajoti Bhikkhu

Nauki Buddy. Ósmy lub dziewiąty wiek, Maha Vihara Mojopahit, Jawa Wschodnia. Zdjęcie Anandajoti Bhikkhu

Wsiadłem do pociągu. Tego ranka czułem, że to coś więcej niż wycieczka do miasta, a raczej podróż. Ale w najwyższej warstwie mojego umysłu, tej, która rozumowała i porównywała, uznałem to uczucie poszukiwania i tęsknoty za śmieszne. Nie rozwijała się żadna wielka historia ani nie było żadnej roli dla bohaterskiej jednostki. Rzeczy po prostu się działy.

Jednak na poziomie świadomości głębiej w moim ciele, bliżej tego, co starożytni nazywali duszą lub esencją, pojawiło się poszukiwanie. Kim naprawdę byłem? I jakiego rodzaju życie chciałem wieść? Nagle te pytania wydały mi się niezbędne. W swoim przemówieniu z okazji otrzymania Nagrody Nobla irlandzki poeta Seamus Heaney powiedział, że wszyscy jesteśmy myśliwymi i zbieraczami wartości. Pragnąłem żyć w świecie większym niż moje własne małe ego, dbać o coś ważniejszego niż dobre brzmienie lub dobry wygląd, ponieważ ten wysiłek był skazany na niepowodzenie. To był sens, którego szukałem, i przez chwilę wiedziałem, że nie jest to propozycja, którą można oddać słowami. To było uczucie bycia żywym, częścią większej całości.

„Wszyscy musimy być bohaterami jednej historii — naszej własnej” — napisała PL Travers, autorka powieści o Mary Poppins, w pierwszym numerze tego magazynu, „The Hero”. Ale czy musimy? Kiedy pierwszy raz przeczytałam ten cytat, poczułam się zrugana przez magiczną brytyjską nianię za złe nastawienie, zwłaszcza że Joseph Campbell, który spopularyzował Podróż Bohatera, był również współpracownikiem Paraboli .

Ale teraz zrozumiałem, że bohater to ktoś, kto potrafi zdjąć zbroję, kto może być bezbronny i mimo wszystko się pojawić, doświadczając tego, co naprawdę się dzieje, nie próbując stawiać oporu ani uciekać. Zobaczyłem, że akt heroizmu może być działaniem, które dzieje się wewnątrz, bez niczyjego zauważenia, ruchem dostępności, chęcią bycia widzianym, słyszanym i dotykanym przez życie.

Aż do Grand Central Station strach i towarzyszące mu poczucie kurczenia się nadchodziły falami. Zauważyłem, że kiedy myślałem o sobie i o tym, co może się wydarzyć, cierpiałem. Kiedy zatrzymałem się i zauważyłem ludzi wokół mnie, poczułem się pełen energii i żywy. Strach nadal był obecny, ale przypomniałem sobie, że byłem również częścią większego życia, które zawierało nieznane możliwości.

Podróż bohatera nie jest koniecznie długą próbą. W każdej chwili możemy opuścić zamknięty świat naszych myśli i wylądować w chwili obecnej, która zawsze jest nieznanym terytorium. Jednak to również przypomina powrót do domu. Wydaje się cudowne, że można przejść z jednego stanu bycia do drugiego, od myślenia do otwarcia się na obecność.

Przeszedłem dwadzieścia pięć przecznic do Rubin. Czasami czułem się jak Anna Boleyn wkraczająca na schody swojej egzekucji. Ale w Rubin zostałem przyjęty z życzliwością. Przyniesiono szklankę wody i filiżankę herbaty. Dostarczono mocny mikrofon ręczny. Kiedy pierwszy raz szepnąłem do tłumu, rozległo się kilka pomruków zaskoczenia i zaniepokojenia, nie nieuprzejmości. Powiedziałem ludziom, żeby się pochylili, jakbym leżał na łożu śmierci i miał im wyjawić sekret życia, i tak zrobili. Wszyscy oprócz jednej osoby zostali.

Później więcej niż jedna osoba zapewniła mnie, że słyszeli mnie bardzo wyraźnie. Częściowo dzięki doskonałemu systemowi dźwiękowemu. Ale także dzięki sposobowi, w jaki słuchali. Kilka osób powiedziało mi, że bardziej wzruszyła je moja chęć pojawienia się i użycia głosu takim, jaki był, niż cokolwiek, co mógłbym powiedzieć w innych okolicznościach.

Tego dnia mówiłem o wielkim micie o drodze Buddy do przebudzenia, a zwłaszcza o czasie, gdy przytłaczają go przerażające projekcje dotyczące tego, co może mu się przydarzyć. Kiedy siedzi i medytuje pod drzewem Bodhi, diabeł Mara wysyła pokusy, aby nastraszyć go i zmusić do opuszczenia swojego miejsca i najgłębszych poszukiwań. Mara przywołuje obrazy Buddy jako wielkiego przywódcy, niezwykle bogatego i potężnego, otoczonego pięknymi kobietami. Ale Budda się nie rusza.

Gdy pokusa nie działa, Mara ucieka się do strachu, przywołując wizje straszliwych armii i straszliwej rzezi. Mimo to Budda nie drgnie. Powoli i bez słowa sięga w dół i dotyka ziemi. Klasyczne wyjaśnienie jest takie, że prosi Ziemię, aby dała świadectwo jego prawu do siedzenia tam, potwierdzając jego wiele życiowych wysiłków, aby się obudzić.

Ale dotknięcie Ziemi symbolizuje również pokorę, akt zejścia z naszych myśli, aby pamiętać o ciele i chwili obecnej, pozostawiając gorączkowe centrum kontroli ego, aby dołączyć do reszty życia. Łacińskie słowo humus , żywa ziemia, jest związane ze słowem pokora . Kiedy pojawiają się wielkie trudności, mamy tendencję do pamiętania, że ​​to, co naprawdę się liczy, to istotne, ziemskie rzeczy, dawanie i otrzymywanie szklanki wody, filiżanki herbaty, branie kolejnego oddechu. To w trudnych chwilach zauważamy, że życie nieustannie się nam ofiarowuje.

Rubin Museum of Art, 2011. Zdjęcie: Beyond My Ken

Rubin Museum of Art, 2011. Zdjęcie: Beyond My Ken

Medytacja nauczana w Rubin jest zawsze świecka, dostępna dla wszystkich, którzy wchodzą. Ale na dużym ekranie za sceną, gdzie siedzą nauczyciele medytacji, wyświetlane są obrazy świętej sztuki buddyjskiej z kolekcji muzeum. Wśród nich znajdują się dzieła przedstawiające Padmasambhawę, „Zrodzonego z Lotosu”, buddyjskiego mistrza z VIII wieku. W buddyzmie tybetańskim uważa się, że ten wielki guru miał moc przewidywania przyszłości, ukrywając nauki, które miały zostać odkryte w nadchodzących latach. Przewidział wiek ciemności, czas wielkiej niezgody i zniszczenia, kiedy ludzie stracą zdolność rozróżniania tego, co jest cenne, a co jest jedynie rozproszeniem, odciągając ich od tego, co dobre i niezbędne.

Wielki mędrzec zen Dogen nauczał, że kiedykolwiek ludzie siadają, aby praktykować ciszę, siadają z Buddą i wszystkimi starożytnymi, którzy szukali przebudzenia, w tym Padmasambhavą, który jest również nazywany „drugim Buddą”. Tego dnia w Rubin, pośród mrocznych czasów, odkryłem, że prawda czekała na odnalezienie: Kiedy puszczamy i umieramy dla znanego, znajdujemy nieznane. A kiedy odważymy się być ciszą i dotknąć ziemi naszego życia, możemy znaleźć nasz prawdziwy głos.♦

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

2 PAST RESPONSES

User avatar
Virginia Reeves Aug 1, 2019

Remarkable story. Goes to show that even a disappointing thing that might happen to us can be turned into a positive experience. Look for it. Accept what is and move on.

User avatar
Patrick Watters Aug 1, 2019

Of course in my own way, my chosen path, I see Truth here. In all the people and places Tracy speaks (writes) of I “see” the Universal Christ. It is surrender that enables me to see and hear, that enables any of us to see and hear. }:- ♥️🙏🏾 anonemoose monk