
Ilustracja autorstwa Michelle Urra
Dwa lata temu zaszłam w ciążę pozamaciczną. To było nagłe i niespodziewane, i pozostawiło mnie w szoku. Stało się to o tej porze roku. Pogoda powoli się zmieniała. Dni nagle stawały się dłuższe. Siedziałam na naszym nowym podwórku, czytałam, oddychałam głęboko i płakałam. Przesunęłam krzesło, by gonić słońce po trawniku. Oglądałam wiosnę za oknem mojego salonu, kobiety w sukienkach letnich i sandałach. Ich radość wydawała się odległa o całe życie od mojej goryczy. Czekałam. Czekałam, żeby zobaczyć, czy moje ciało wybuchnie.
To właśnie przypominają mi te dni. Te dni czekania i przeczuć. Siedzę i czekam. Ale jest jedna różnica — tym razem całe miasto robi to ze mną.
NAWET TO JEST beznadziejnie ludzkie. Aby połączyć się z jakimkolwiek bólem, muszę stać się autoreferencyjny. Aby zrozumieć globalną pandemię, muszę sprawić, by dotyczyła mnie.
JEDNĄ Z RZECZY, KTÓRE najmniej lubię w sobie, jest to, jak bardzo jestem zamknięta w sobie w żałobie. Dość łatwo poddaję się samouwielbieniu i defetyzmowi, jak przepieczone ciasto kruszące się pod najmniejszym widelcem. Podczas ektopii czułam się twardo gotowana ze złości — czułam się odległa o całe światy od wszystkich, których znałam. Przyglądałam się światu w oszołomieniu. Te kobiety w sukienkach letnich nie były po prostu innym gatunkiem; były inną linią czasu , przyszłością lub przeszłością, wyraźnie nie zamieszkującymi tych samych dni co ja. Jak więc nadać sens temu, co przytrafia się każdemu? Nie ma kobiet w sukienkach letnich. Wybuch, którego wszyscy się obawiamy, już pęka i żadna granica — ani fizyczna, ani wewnątrzpsychiczna — nie może mnie teraz oddzielić od innych.
NIGDY W MOIM ŻYCIU nie byłam tak brutalnie świadoma współzależności. Wyobrażam sobie, że nie jestem w tym sama. Cały dzień myślę o swoim ciele w relacji do innych ciał. Wszystko jest obecnie kalkulacją przecięcia. Skrzynka z przesyłkami, której dotykam, została dotknięta przez listonosza. Przez pracownika magazynu. Przez każdego, kogo dotknęli. Każdy słup metra jest naznaczony duchami setek, tysięcy rąk. Nieznajomy, którego dłoń mój mąż uścisnął na weselu w Providence kilka tygodni temu, przeciął się z wyprowadzaczem psów sąsiada mojego współpracownika. Nagle wszyscy staliśmy się uśpionymi komórkami. Nikt nie jest nieprzepuszczalny. Nikt nie może się z tego wykupić. (Chociaż z pewnością ci bez zasobów będą cierpieć bardziej.) Wszyscy jesteśmy w rozbudowanym, skomplikowanym balecie ze wszystkimi innymi, a jedyną rzeczą bardziej zadziwiającą niż ta nowa rzeczywistość jest to, że wcale nie jest nowa. Tylko nasza świadomość jej jest.
DNI ZLECAJĄ SIĘ w samokwarantannie. Pewnego wieczoru, mój mąż i ja zwijamy się na kanapie i omawiamy sytuację. Co dobrego może z tego wyniknąć , pytamy. To kwestia szczęściarzy, wiem. Kwestia przywilejów. Tych, którzy mają pracę zdalną, opiekę zdrowotną i konta oszczędnościowe. Nawet możliwość filozofowania o jasnych stronach oznacza luksus złapania oddechu. Oznacza pewne zakątki spokoju, ciszy i refleksji. Nie jestem lekarzem na ostrym dyżurze. Ani matką piątki dzieci w obozie dla uchodźców. Mieszkamy w domu dwurodzinnym. Mamy naszą skórzaną kanapę. Naszego psa. Nasze podwórko, które łapie i uwalnia słońce. Jesteśmy po prostu szczęściarzami, wdzięczni i przestraszeni.
Z natury nie jestem optymistą. Mam skłonności do nieufności i katastrofizacji. Mam ciało, które ma tendencję do adrenaliny, umysł, który ma tendencję do obsesyjności, a gdy mam za dużo wolnego czasu, popadam w spiralę. Dziwne, że w tym czasie szukam pozytywnych stron. Zamierzam zakończyć dziewiętnasty dzień kwarantanny. Moi rodzice przylecieli z Bejrutu na kilka godzin przed wprowadzeniem zakazu podróży. Nadal ich nie widziałem. Każdego dnia, przez co najmniej kilka godzin, czuję ucisk podobny do cegły w klatce piersiowej. Zauważyłem, że ustępuje podczas medytacji, co wskazuje na niepokój. Mieszkam na Brooklynie, w obecnym epicentrum epidemii, i każdego ranka wzdrygam się, gdy patrzę na wiadomości. Powietrze jest ostre od oczekiwania i strachu. Jesteśmy tutaj — jak mówią nam gubernator, naukowcy — przez długi, długi czas. Mamy zostać w domu z wodą z kranu i konserwami. Z naszym niepokojem i traumami. Naszymi smutkami. Naszymi samymi sobą.
Nadal zadaję to pytanie. Co dobrego?
CO DOBREGO.
W tym roku poważnie zwróciłem się ku medytacji, rok naznaczony chaosem, mój rok Jezusa, rok, który był już trudny, a teraz wydaje się absurdalny. Podczas medytacji często myślałem o obfitości, o tym, jak ona istnieje w czasach nieobecności, cierpienia lub oporu, o tym, jak możemy jednocześnie siedzieć z dialektycznymi prawdami o stracie i odrodzeniu. Jak dobrze. Tego rodzaju doświadczenie nigdy nie miało miejsca za mojego życia, ale historia istnieje dłużej niż trzydzieści trzy lata. A najlepszym wskaźnikiem przyszłości, jak głosi psychologiczne przysłowie, jest przeszłość. Aby szukać nadziei, musimy spojrzeć na naszą historię, na inne momenty, kiedy świat cierpiał razem, na płodność tamtych czasów.
HISTORIA kwarantanny rozpoczęła się podczas dżumy dymieniczej w XIV wieku, praktyki mającej na celu ochronę miast nadmorskich, takich jak Wenecja. Statki pozostawały zakotwiczone przez czterdzieści dni, zanim żeglarze wkroczyli do miast. Świat był już wtedy spleciony: handel, wyprawy i kolonizacja. W kolejnych stuleciach świat stawał się coraz mniejszy. To, co zajęło lata, aby podróżować z jednego brzegu na drugi, teraz wymaga sześciogodzinnego lotu transatlantyckiego. Prawdą jest, że ludzie rozprzestrzeniali choroby między sobą od początku czasów. To tylko sprawia, że ksenofobia i nacjonalizm w retoryce politycznej wokół tej ostatniej epidemii są jeszcze bardziej frustrujące. Historycznie rzecz biorąc, kolonizatorzy przynieśli chorobę, cichszą, bardziej ukrytą formę inwazji, dziesiątkując społeczności tubylcze.
Pomyśl o tych marynarzach , mówię mężowi. Mówię sobie późno w nocy. Wyobrażam sobie ich kaszel i samotność, pluskanie wody wokół nich. Spójrz na swoje półki z książkami , mówię sobie. Na swój głupi telefon. Na swoją spiżarnię.
Chcę porozmawiać z tymi marynarzami. Z tymi, którzy przeżyli epidemię grypy hiszpanki, która trwała dwa lata i odradzała się po każdym lecie. Ale także chcę porozmawiać z moimi pradziadkami, z pokoleniami, które przeżyły ludobójstwo i imigrację. Nigdy wcześniej nie byłem bardziej świadomy roli starszych, populacji, którą kapitalizm — a co za tym idzie, nasza kultura — ma tendencję do pomijania i niedoceniania. Nigdzie nasza historia nie istnieje bardziej żywo niż w tych, którzy ją przeżyli. Chcę ustawić w szeregu moich przodków. Chcę wiedzieć, jak przetrwali. Ta część świata zna schronienie. Była odkażana przez kilka pokoleń; nawet jej wojny toczą się na cudzej ziemi. Myślę o milionach — przeszłych i obecnych — stłoczonych w piwnicach z latarkami i zatęchłą wodą, czekających na bomby; moja własna matka w Damaszku po inwazji na Kuwejt, czekająca na przybycie mojego ojca przez tygodnie. Czas mijał , mówi mi. Czas zawsze mija. Okazuje się, że sekret wytrzymałości tkwi w umiejętności czekania.
NIE JESTEM ani historykiem, ani prognostykiem i ledwo mogę pojąć, jakie będą implikacje tego kryzysu — zamykam oczy i odległym wzrokiem wyobrażam sobie reformę opieki zdrowotnej, lepszą komunikację międzynarodową; być może to myślenie życzeniowe. Ale wiem, że każda powszechna katastrofa, od wojen światowych po załamane rynki, ma swoje dziedzictwo. Postęp technologiczny. Globalizacja rynków gospodarczych. Ta pandemia wydaje się mieć w swojej istocie lekcję pokrewieństwa. Co jesteśmy sobie winni? Co jesteśmy winni nieznajomym po drugiej stronie świata? Pociągnij za nić, a okaże się, że jest ona przywiązana do reszty świata , zauważa Nadeem Aslam. Podobnie jak niechętni małżonkowie, jesteśmy w tym — razem — na dobre i na złe. Łatwo było o tym zapomnieć. Prawdopodobnie po tym nie będzie już tak łatwo.
Empatia to potężny eliksir, nie dla osób o słabym sercu. Empatia wymaga otwarcia się na cierpienie. Zastanawiam się, jakie mięśnie empatii zostaną zbudowane dzięki temu doświadczeniu — wobec tych, którzy zmagają się ze swoim zdrowiem, tych, którzy są uwięzieni, tych, którzy są przetrzymywani uciekając przed katastrofą. Tych, którzy żyją pod okupacją. (Nawet teraz, nawet w zamknięciu, nawet w samym sercu epidemii, takie porównania wydają się odrażające; współczujemy ich status quo, a dla wielu z nas, z wygodnych domów z zaopatrzonymi lodówkami i nieprzerwanym prądem. Rozważenie, że te miejsca również doświadczają tego, czego my — Gaza ma około dwudziestu dostępnych respiratorów dla dwóch milionów ludzi — jest niezrozumiałe nawet dla najbardziej otwartych i empatycznych serc). Ale nić została lekko pociągnięta i dla wielu z nas nasza wspólnota zostaje nagle odsłonięta, surowy, pulsujący nerw.
JAKO TERAPEUTA, przyjaciel, człowiek, zauważyłem pewien trend. Pandemia niekoniecznie wywołuje u ludzi strach. Zamiast tego służy jako latarka — oświetla najbardziej niestabilne, niedokończone części. Pokazuje nam, gdzie pozostaje nasza praca. Ludzie rozmawiają o swoich byłych chłopakach, dawno rozwiązanych zaburzeniach odżywiania, sekretach z dzieciństwa. Nie wiem, dlaczego to teraz do mnie dociera — ciągle słyszę. Ale to ma sens. Duża część świata jest zamknięta. Nie ma dokąd pójść, co oznacza, że jest mniej miejsc, w których można się ukryć przed sobą. Przed naszymi lękami, smutkami, obsesjami. Współczesne życie to jedno, długie, wbudowane rozproszenie, nie wspominając o ruchu. Poprzednie pokolenia spędzały życie głównie w domu, w swojej wiosce, ze swoim plemieniem. Ale nowoczesność — i współczesne pieniądze — charakteryzują się mobilnością: jedzeniem na mieście w restauracjach, chodzeniem do barów, wakacjami w obcych miastach. Te rozproszenia nagle ustały. Jak stwierdził wieki temu Blaise Pascal, wszystkie problemy ludzkości biorą się z nieumiejętności siedzenia cicho w pokoju , a my wszyscy, czy nam się to podoba, czy nie, mamy okazję temu zaradzić.
Lubię swoje rozrywki tak samo jak każdy inny. Boję się zbyt długiego „pustego” czasu, bycia samemu przez długi czas, utraty rutyny i nawyków; to jest jak nagłe wrzucenie mnie w eksperyment ekspozycyjny bez żadnego rusztowania. To nie są ćwiczenia. To nie jest próba. Moje życie, podobnie jak życie miliardów innych, zostało przerwane. Ale to jest najlepszy scenariusz. Jak mówi moja matka, jeśli Bóg pozwoli, zdrowie. Jeśli Bóg pozwoli, bezpieczeństwo. Więc jeśli Bóg zechce tych rzeczy, to jestem ciekaw: Jak to będzie zostać okradzionym ze wszystkich tych rusztowań? Czy ostatecznie będzie to mniej kradzieży niż edukacji?
JEST COŚ w pandemii, co przypomina mi diasporę. Sposób, w jaki wszystko staje się prowizoryczne — prowizoryczne tradycje, prowizoryczne wspomnienia. Nagle nie ma fizycznych znaczników znajomości i, tak jak w doświadczeniu diaspory, w nieobecności tego, co znajome, tworzysz rytuał, gdziekolwiek jesteś. Świat przemieścił się do wnętrz, a pośród całej tej izolacji wszędzie pojawia się społeczność. Od uniwersytetu po Centrum Islamskie, od grup pisarskich po kluby towarzyskie, doświadczenie przejścia na tryb zdalny wydobyło — podkreśliło — wartość tych połączeń. Na całym świecie sztuka trwa — prowadzący późnowieczorne monologi ze swoich salonów, mistrzowie wiolonczeli transmitujący na żywo przed pustymi audytoriami. Ponieważ fizyczny meczet nie jest już opcją, ludzie nie przestali się modlić. Po prostu nauczyli się modlić z daleka. Nauczyli się tworzyć inny rodzaj meczetu.
NIEKTÓRE RZECZY UCZYMY SIĘ TYLKO PRZEZ ODEJŚCIE — jeśli chcesz wiedzieć, jak bardzo coś jest dla ciebie ważne, zabierz to. Jeśli chcesz wiedzieć, jaką rolę odgrywa (lub nie) społeczność w twoim życiu, zabierz to. Zobacz, za czym tęsknisz. Jestem w trzecim tygodniu samokwarantanny i tęsknię za metrem. Tęsknię za moją rodziną, mimo że jesteśmy od siebie oddaleni o mile. Tęsknię za miękkim, ciepłym splotem ciał podczas wieczorów gier, za tym, jak kładliśmy się razem na kanapie, błogo nieświadomi naszej bliskości, traktując ją jak coś oczywistego, za dziewczyną mojego brata zaplatającą mi warkocze. Tęsknię za Washington Square Park, ławkami na peronie pociągu L, za łatwym wpadaniem na siebie na zatłoczonych ulicach. Zastanawiam się, czy normy społeczne bliskości zmienią się po tym wszystkim. Zastanawiam się, co będzie potrzebne, abyśmy znów swobodnie złączyli nasze ciała w jedno.
POSŁUCHAJ. Wirus nie jest błogosławieństwem. Nie jest osobistym przebudzeniem. Jest wirusem. Jest obojętny na objawienia. Pandemia, która sieje spustoszenie w systemach, które — przynajmniej w Stanach Zjednoczonych — powinny były poradzić sobie o wiele, wiele lepiej. Zastanawiając się nad tym, jak pandemia wpływa na sposób, w jaki kochamy, łączymy się i radzimy sobie — to również jest beznadziejnie ludzkie, sposób na próbę narzucenia kontroli, poprzez perspektywę, jeśli nic innego. Wiem, że prawda jest taka, że jesteśmy bezsilni wobec tego, co się dzieje. To są prawdziwi ludzie, którzy umierają. Każda syrena, która przebija powietrze w Brooklynie, jest przywiązana do osoby, adresu, rodziny, całej biblioteki, jak głosi przysłowie, która zostanie spalona na węgiel, jeśli umrze. Wiem to. Nie chcę tego wiedzieć, ale wiem. A pod tym publicznym, wspólnym żalem kryją się miliony, miliardy, również prywatnych żalów. Odwołane śluby. Przegapione łoża śmierci. Żale, które nie mają nic wspólnego z wirusem i przypadkowo się z nim pokrywają. Poronienia. Rozwody. Wszystkie te marzenia — nowa praca, przeprowadzka za granicę, próby poczęcia — odłożone. Praca nad byciem człowiekiem nigdy się nie kończy.
Nadal... Jest COŚ poruszającego w globalnym cierpieniu. Jesteśmy tak zdeterminowani i przygotowani, aby myśleć o sobie jako o narodach i jednostkach; jesteśmy karmieni tak wieloma wiadomościami o granicach. Ale co się dzieje, gdy jesteśmy dewastująco, jednoznacznie przypominani o naszym podobieństwie? Powiedz mi, że nie ma czegoś boleśnie wykwintnego w naukowcach — z każdego zakątka globu — gorączkowo pracujących dla jednego wspólnego celu. Powiedz mi, że to nie przypomniało ci, jak zaszczytna i starożytna jest rola uzdrowiciela. Tak, czasami nie chcę mieć nic wspólnego z tym bólem — są chwile, kiedy czuję, że się zamykam. Robię bilans swojego życia. Mojego bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa tych, których kocham. Chcę się odgrodzić. W takich chwilach poślubiłbym każdą granicę na świecie. Ale to nie działa. Straszniejszą, prawdziwszą rzeczą jest nie odwracanie wzroku. Bycie z cierpieniem. Niezależnie od tego, gdzie się znajdują na świecie, niezliczona liczba osób zastanawia się, czy ucisk w ich piersiach to zmartwienie czy wirus, czy ich bliscy będą w porządku, czy oni sami czują się tak samotni, tak przytłoczeni, tak niespokojni. Takiego pokrewieństwa nie da się udawać.
SŁYSZĘ O przyjaciółce, która boi się urodzić w tym czasie. Słyszę o innej, która dowiaduje się, że jest w ciąży. Inna nie może przestać sprzątać drzwi wejściowych. Inna pielęgnuje złamane serce na kwarantannie. W całym Brooklynie karetki pogotowia przychodzą i odlatują jak ptaki bez żadnego schematu migracji. Każdego ranka trzymam telefon przy uchu i słucham głosów innych. Ich radości nie są dokładnie moimi; ani ich smutki. A jednak — nawet przy całej tej odległości, nie wydaje się to takie odległe. Nie ma innych osi czasu. Czuję się przyklejona do tej chwili, do teraźniejszości. Prawie czuję smak whisky, którą moja przyjaciółka nalewa w Bejrucie. Mogę wejść w strach przed porodem w pustym pokoju, kwilenie pierwszego krzyku niemowlęcia rozchodzące się w powietrzu. To są rzeczy, których chcę; to są rzeczy, których się boję. I czuję je u innych ludzi. Widzę twarz mojej matki na wideo. Słyszę syreny. Samoloty. Ludzie odlatujący. Ludzie powracający. Już nie wydaje się to takie odległe.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
2 PAST RESPONSES
I’ve posted this before from Hala Alyan (Emergence magazine) but it bears repeating and taking to heart.
What I will say is that this is actually an important rehearsal for coming similar global pandemics because this won’t be the last.
}:- a.m. biologist & eco theologian
Such a stunning, poignant, and timely reflection by a Muslim woman on our global connectedness, on the very day when Christians contemplate a mother cradling her crucified son, and the whole world is held captive by a virus.... Thank you, Hala Alyand, and thank you, DailyGood.