Mój przyjaciel odwiedzał Berkeley. Po długim spacerze po kampusie Cal trafiliśmy do najlepszego delikatesu w Northside. W Saul's panował tłok, ludzie czekali na stolik obok szklanej gabloty z ogórkami kiszonymi, śledziami i makaronikami w czekoladzie. Wślizgnęliśmy się do naszej czerwonej, skórzanej kabiny i pośród ciepłego zgiełku kucharzy wydających zamówienia i wyciskanych soków z pomarańczy, śmialiśmy się i jedliśmy. Mój talerz był już prawie pusty, spojrzałem w górę na gołe rury wysokiego sufitu, zbierając się na odwagę, by opowiedzieć o mojej nadziei na napisanie książki. Nie mogłem się doczekać, by poznać punkt widzenia mojego przyjaciela, który jest ode mnie starszy o piętnaście lat i uznanym pisarzem.
Poczułem, jak twarz mi płonie, gdy dałem mu miniaturkę: książka miała być tym, czym było zostanie księdzem episkopalnym, nawet gdy pogodziłem się z samobójstwem mojej matki, nawet gdy szesnaście miesięcy później opłakiwałem nagłą śmierć mojego małego synka. Wszystkie trzy wydarzenia miały miejsce w niecałe półtora roku, a moje święcenia kapłańskie zostały obarczone niemal nieprzezwyciężoną tragedią. Jak poprowadzić zgromadzenie ku nadziei? Podtrzymywać Dobrą Nowinę, jaką są Ewangelie, przez cały ten czas?
Mój przyjaciel słuchał uważnie. W końcu przemówił: „Myślę, że musisz wybrać jedno. Mama czy Fritz”. Zrobił pauzę, po czym dodał: „Opowiadać o obu w jednej książce? To już przesada”.
Poczułam, jak żar odpływa mi z twarzy i zanurzyłam latke w musie jabłkowym ze śmietaną, zyskując czas na odpowiedź. Jego opinia była dla mnie ważna, na tyle, że nagle poczułam się zażenowana, że podsunęłam mu ten pomysł. Niepewnie próbując wyjaśnić swoje intencje, zażenowanie zaczęło mnie jeszcze bardziej palić w piersi – najpierw jako rozczarowanie, potem gniew. Nakazywał mi rozbić moją historię na kawałki. Chciałam, żeby zrozumiał: tak, oczywiście, że to za dużo. Właśnie o to mi chodziło.
Przytłaczające i nakładające się na siebie tragedie stały się w zeszłym roku codziennością. Mamy do czynienia z oczywistymi katastrofami, takimi jak COVID-19 i supremacja białej rasy, które sieją spustoszenie wokół nas. Do tego dochodzą głębokie, a czasem cichsze straty: rodzice zmuszeni do wyboru między byciem obecnym przy dzieciach a wiązaniem końca z końcem, relacje rozbite pod ciężarem takiego stresu, utrata tożsamości, towarzystwa i namacalnej wspólnoty.
Przeżywamy nieustanną konstelację strat i słyszę niemal nieustanne próby bagatelizowania tego, jak bardzo jest ciężko. Zapytani, jak sobie radzimy, ja również wypowiadam takie słowa: „Oczywiście, że nie mogę pracować na pełen etat i uczyć dzieci w domu, ale – ale!” – powtarzam jednym tchem – „to cud, że tak angażuję się w ich naukę”. Wdzięczność jest szczera. I tak bardzo kuszące jest, by wysunąć na pierwszy plan moje znużone uznanie, przyćmiewając to, jak nie do zniesienia jest ta sytuacja.
Nasze zbiorowe radzenie sobie z problemami przejawia się również w serdecznych rundach Współzawodnictwa w Żalu, tych Igrzyskach Olimpijskich czasów pandemii. Zasady się jednak zmieniły – celem nie jest już zwyciężanie w najbardziej dotkliwych problemach, ale raczej utwierdzanie się w przekonaniu, że nie jest tak źle, że wręcz mogłoby być znacznie gorzej. Wygrywamy, przekonując siebie i wszystkich w zasięgu słuchu, że bez względu na to, jak bardzo jesteśmy pogrążeni w żałobie, nie ma potrzeby współczucia ani narzekania. Kiedy ktoś się melduje, zwłaszcza pytając o obserwowane trudności, doświadczony sportowiec Współzawodnictwa w Żalu spieszy z wyjaśnieniem, dlaczego jest naprawdę dobrze, a ktoś inny ma gorzej.
Przez lata mojej posługi kapłańskiej spotykałem się z ludźmi opłakującymi wszelkiego rodzaju straty: wolność utraconą przez chorobę, tożsamość utraconą przez trudności finansowe, energię i nadzieję utraconą w nieustannym ucisku systemowym. A także straty zupełnie prozaiczne: nudę, która tak często towarzyszy opiece nad noworodkiem, niezbyt ekscytującą rutynę, która pojawia się po wielu latach małżeństwa. Te straty, ten żal – wszystkie one mogą nas roztrzaskać, pozostawić nas rozdartymi. Nieważne, jak się do siebie odnoszą. Są one przenoszone tylko o tyle, o ile łączymy się w tych stratach, pomagamy sobie nawzajem je dźwigać przez jakiś czas.
Mam przeczucie, że ten nasz taniec promyków nadziei ma swoje korzenie w powiedzeniu, że Bóg – albo wszechświat, albo życie – nie da nam więcej, niż jesteśmy w stanie udźwignąć. Nawet jeśli odrzucamy to podstępne i fałszywe przysłowie, myślę, że często pragniemy, aby było prawdziwe, gdy pokonujemy trudności naszego życia. Ta droga nam nie służy. Może nigdy nie służyła, ale deklarowanie, że nie da nam więcej, niż jesteśmy w stanie udźwignąć, nie przyniesie nam teraz ulgi. To wszystko jest zbyt wiele.
Opowiem wam o mojej przyjaciółce Beth. Spotkałyśmy się tylko raz, krótko, na kilka miesięcy przed śmiercią mojego syna. Kiedy usłyszała tę nowinę, zarezerwowała lot ze swojego stanu do mojego, żeby przyjechać na jego pogrzeb. Kilka tygodni później byłyśmy razem na konferencji w hrabstwie Sonoma i wymknęłyśmy się do małej cukierni w mieście. Na środku stały dwa małe metalowe stoliki, każdy z dwoma krzesłami. Rozmawiałyśmy długo, aż skończyły nam się latte i babeczki, opowiadając sobie historie o naszych utraconych dzieciach: ja opowiedziałam całą historię nagłej śmierci syna i jej następstwa, a Beth szczerze opowiedziała o stracie córki w dwudziestym tygodniu życia kilka lat wcześniej. To nie była cicha rozmowa. I była prawdziwa, nie przebierałyśmy w słowach. Po jakichś dwóch godzinach podniosłyśmy wzrok, ze zdziwieniem zauważając, że są tam też inni ludzie. Kilku klientów czekało na pomoc obok nas; pracownica ostrożnie wkładała babeczki do białego kartonowego pudełka, być może również ostrożnie odwracając wzrok od naszego stolika. Beth i ja spojrzeliśmy na siebie, nie krzywiąc się, lecz wybuchając śmiechem. Jak to było dla tej młodej kobiety słyszeć szelest naszego bólu po drugiej stronie lady? Może to nie było normalne, mówić tak otwarcie, ale nie obchodziło mnie to. Uświadomiłem sobie, że strata Beth wciąż była ogromna, z pewnością wciąż przekraczała moje możliwości, a jednak przez te godziny żałoba była czymś, co mogłem przeżyć z kimś innym.
Tak, to wszystko rzeczywiście jest zbyt wiele. Połączenie się w tym nadmiarze nie czyni go możliwym do opanowania, nie czyni magicznie czymś, z czym możemy sobie poradzić. Ale wierzę, że to nas przemienia. Ross Gay mówi o tej prawdzie w swojej „Księdze rozkoszy” , zastanawiając się na głos: „A co, gdybyśmy połączyli nasze pustkowia?”. Ćwiczy wszelkiego rodzaju pustkowia, każdy przejaw straty i żalu, temat minionego roku, a potem wciąż pyta: „A co, gdybyśmy połączyli nasze smutki, mówię. Mówię: A co, jeśli to jest radość?”.
To połączenie nie zdarza się tylko ludziom, którzy przeżyli podobną stratę, choć ta zażyłość może przynieść szczególny rodzaj pocieszenia. W pierwszym roku po śmierci syna z przerażeniem uświadomiłem sobie, że rocznica jego śmierci mnie zniszczy. Nie mogłem być sam. I tak tego dnia, i każdego roku od tamtego dnia, mój przyjaciel Phil towarzyszył mi przez Wzgórza Berkeley. Powoli podążaliśmy krętymi, porośniętymi bluszczem ścieżkami, a on zadawał mi szczere pytania o mojego syna, o mój smutek, o moje życie z obojgiem. W zeszłym roku, kiedy wyruszaliśmy, była mgła, a wysoko na wzgórzach mgła zmieniła się w ulewę. Wróciliśmy przemoczeni i siedzieliśmy w pustym sanktuarium. Phil trzymał mnie za rękę, gdy byłem pogrążony w żalu, oboje milczeliśmy, jak deszcz i łzy spływały krwistą czerwienią po wypolerowanej cementowej podłodze. To nie był dzień na znalezienie różowego końca całej tej straty, ale na to, by towarzyszyć mi, nawet gdy uginałem się pod jej ciężarem, ufając, że to również zostało podtrzymane.
Radość, która przychodzi, jest ciężko wywalczona. Udowadnia się ją w ogniu naszego bólu. Nie jest tania. I przyjaciele, ważne, że to za dużo — ten miniony rok, to życie, wszystko, co trzymają, za dużo. Są tacy, którzy będą to dźwigać razem z wami, którzy dołączą do was. Droga naprzód nie polega na przekonywaniu samych siebie, że możemy sobie z tym poradzić, ani na wybieraniu tego skrawka straty, który naszym zdaniem inni mogą udźwignąć, a my sami zostajemy rozdarci w tym procesie. Sposób na przeżycie tego żalu wyłania się z bycia szczerym wobec tego, co znosimy, i łączenia się tam ze sobą. Wasza dzicz i moja, jakikolwiek by nie był ich kształt i wszystko to jest za dużo, i ufność, że jakoś, w ich połączeniu, znajdziemy tę nieuchwytną, cenną, niezbędną radość.
***
Dołącz do sobotniego spotkania Awakin Call z pastor Liz Tichenor. Więcej szczegółów i informacje o możliwości zapisania się tutaj.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
3 PAST RESPONSES
What a wonderful, refreshing article! I've experienced much loss the past 12 months - loss of mom, loss of health, loss of daughter's marriage, loss of freedom caring for elderly parents, loss of beloved dog. I have felt as a believer that I needed to remain joyful, positive, encouraging but each time I got knocked down, I found it harder to get up and frankly, I'm exhausted. And I'm learning it's okay to admit that it's okay to not be okay!
Yes, I have known much suffering and grieving, I’m old. Yet we will all know in time. Ross Gay is correct, it is in sharing with one another that we are comforted and then mysteriously, JOY wells up within. }:- a.m.
Thank you, you've spoken far more eloquently what I've been feeling on the one year anniversary of living apart, not always together.